To był przepiękny dzień. Słońce świeciło tak jasno, a wiatr delikatnie rozwiewał włosy przybyłych. Na cmentarzu zebrały się tłumy ludzi. Dziesiątki przyjaciół i znajomych, oświetlonych jasnymi promieniami lipcowego słońca, ze wzruszeniem wpatrywało się na zdjęcia niesione przez harcerki i harcerzy. Ostatni raz mogli zobaczyć Jej uśmiech, ostatni raz powiedzieć: „Żegnaj”. Tyle ludzi, a wokół cisza. Wiele par oczu wpatrzonych w stronę kaplicy i tylko Ona śpiąca tak beztrosko. A jeszcze 4 dni wcześniej z uśmiechem na ustach wybiegała z domu biegnąc załatwiać sprawy obozowe.10 lipca rozpoczął się jak każdy dzień. Rodzice z samego rana wyszli do pracy, ja zaprosiłam koleżankę przygotowując ostatnie materiały do gry obozowej, a Olga umówiona z komendantką obozu wybiegła z rana z listą zakupów do zrobienia. Początek dnia jak każdy inny, ale zakończenie zupełnie niespodziewane.
O 13.00 telefon – zdarzył się wypadek! Zamarłam, a serce zaczęło bić szybciej. Czy to możliwe? Zaniemówiłam. Zdążyłam wymówić tylko, że powiadomię rodziców i zamarłam znowu. Chwilę trwało zanim wykręciłam numer do taty, ale jak to powiedzieć? Co powiedzieć? Czy to może być prawda? Wiele myśli kołatało mi się w głowie. Nagle telefon – mama. Zrobiła przerwę w spotkaniu, bo coś ją tknęło, aby zadzwonić do domu i spytać co u nas. Wykrztusiłam z siebie – był wypadek…
Od tej chwili minuty mijały coraz wolniej. Ciągnęły się w nieskończoność, a niepewność narastała. Nikt nie chciał mi nic mówić. Miałam niecałe 14lat, rodzice chcieli mnie uchronić przed najgorszym. Ale serce czuje co się dzieje. Rozum oddala od siebie myśli, ale serce nie kłamie. O godz. 18 wraz z Agnieszką i najbliższymi sąsiadami udaliśmy się na mszę, aby błagać o szczęśliwe rozwiązanie całej sprawy. Jednak było już za późno. Zanim msza się rozpoczęła, sąsiadka wzięła mnie na stronę i rzekła – to będzie msza za spokój duszy Olgi. Zaniemówiłam, a łzy same zaczęły lecieć. Mało pamiętam co się dalej wydarzyło. To był dzień, który zmienił naszą rodzinę.
Tłumy przyjaciół czekają na rozpoczęcie uroczystości pogrzebowej, a ja patrząc na trumnę przed oczami widzę te 14 lat, które spędziłyśmy razem. Jaka była Olga? – często słyszę to pytanie. Wiele lat nie umiałam na nie odpowiadać. Ciężko mi było opowiadać o niej, bo wspomnienia zawsze docierały do tamtego pamiętnego dnia, którego nie sposób wymazać
z pamięci. Nie łatwo też w kilku zdaniach ją opisać. Jej życie to nie wielkie czyny, osiągnięcia czy zasługi. To małe, często ciche gesty, którymi zaskarbiała sobie miłość u ludzi. Dopiero zaczęłam ją poznawać. Dopiero miałyśmy szanse się zaprzyjaźnić, dopiero teraz różnica 7 lat zaczęła się zamazywać. Ale tylko 14 lat było mi dane z nią spędzić. I za ten czas dziękuję Bogu.
Byłyśmy jak dwa przeciwieństwa – ja rozbrykana, ciągle coś brojąca, a ona cicha i spokojna. Moja starsza siostra, która od samego początku opiekowała się mną, dbała o mnie i zawsze stawała w mojej obronie. Niezwykle sromna i skryta w sobie. Rzadko mówiła o swoich uczuciach. Oddana ludziom i przyjaciołom. Nasza domowa pisarka jak ją nazywaliśmy – to ona dbała o to, aby na każde święta i zwyczajnie w ciągu roku pamiętać o naszych znajomych. Listów i kartek wysyłała na tony. W tym odnalazła sposób na kontakt z ludźmi i wyrażania swoich myśli i uczuć. Odziedziczyłam po niej całą szufladę „złotych myśli”, książeczek z życzeniami, kartek i papeterii. To niezwykła kolekcja. Czasem otwierając książeczkę w poszukiwaniu odpowiedniego cytatu do życzeń znajduję myśl, obok której zapisane jest imię oraz data listu,
w którym daną myśl Olga zamieściła. Wychodząc z domu 10 lipca wrzuciła jeszcze plik listów do skrzynki. Doszły one do adresatów już po powiadomieniu ich o jej śmierci.
Od dzieciństwa borykała się z wrodzoną wadą stopy. Ale całe 21 lat swojego życia dzielnie znosiła niedogodności z tym związane. Nigdy nie dawała po sobie znać, że ją boli. Przyjmowała to cierpienie i z uśmiechem na twarzy dalej robiła swoje. Była harcerką od urodzenia. W wieku 4 miesięcy wraz z rodzicami pojechała na swój pierwszy obóz. Harcerstwo było jej pasją. Tu się odnajdywała. W końcu imię otrzymała po Oldze Małkowskiej. Niezwykła kreatywność, podejście do dzieci i cierpliwość były jej atutami w pracy z zuchami. To im poświęciła ostatnie lata swojej służby harcerskiej.
Dopiero co zaczęła studiować. Chciała pracować z ludźmi, dlatego wybrała pedagogikę. Myślę, że byłaby wspaniałym wychowawcą. I choć to dziwnie zabrzmi czasem sobie myślę, że była za dobra dla tego świata. Tak bardzo wierzyła w ludzi. Zawsze prawdziwa w swoich czynach, mogłaby sobie nie poradzić w świecie biegnącym wciąż dalej i dalej, wciąż szybciej i szybciej.
Nasze życie to wędrówka, to przygotowanie do życia wiecznego. Myślę sobie, że te 21 lat wystarczyło jej, aby zasłużyć na życie wieczne. Wiem, że teraz czuwa nade mną, nad moją rodziną i będzie nas wspierać gdziekolwiek byśmy byli. Jestem zaszczycona, że była (a w sercu nadal jest) moją siostrą. Msza się skończyła. Jeszcze tylko modlitwa przy grobie i po wszystkim. 14 lipca 2000r pożegnaliśmy ją po raz ostatni. Ale przecież jeszcze się spotkamy – mam nadzieję, że będzie wtedy ze mnie dumna. Te zdarzenia scaliły naszą rodzinę. Dzięki nim wiemy, że cokolwiek by nas nie spotkało mamy siebie i razem wszystko przetrwamy. Ona wzmocniła miłość między nami. W tym nieszczęściu byliśmy zwycięzcami.
Maria Broniewska

3 komentarze
hej, Marysiu! jak to dobrze, że napisałaś.
To jest najmocniejszy tekst w „Wywiadowcy”. Takiego nie było i być może długo się nie pojawi. Dla takich tekstów warto, żeby to pismo istniało.
Znałem Olgę krótko – nie mogę napisać dużo więcej niż to, co napisał Piotr. Pamiętam dzień pogrzebu Olgi, kiedy na Starym Cmentarzu zgromadziły się nieprzebrane tłumy – harcerze, nieharcerze, rodziny harcerzy, przyjaciele…. Chyba dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jakim Olga była człowiekiem, skoro tylu ludzi chciało Ją pożegnać.
Znałem Olgę i miałem przyjemność współpracować z Nią. Miała w sobie takie cechy, które podziwiać można czasami w filmach ale i tak nie wierzymy, by obok nas był ktoś taki. Zawsze podziwiałem jej niesamowitą skrupulatność, dbałość o szczegóły i cierpliwość. Dla kilku pokoleń harcerzy XV-tki była jak starsza siostra. Obecna przy wielu imprezach i uroczystościach tej drużyny, częstokroć wspomagająca ich organizację. Z lat, kiedy to ja realizowałem swe próby na pierwsze stopnie, pamiętam tę drużynę, że była wspaniale rozśpiewana. Ileż to razy Olga nam akompaniowała na gitarze bo tak się złożyło, że przez dobrych kilka lat nie było nikogo z takimi umiejętnościami w XV-tce. Jej skrupulatność przejawiała się także w innych drobnych/codziennych rzeczach. Pamiętam prowadzone przez nią kroniki. Dzięki nim byłem w stanie poznać moich kolegów z zastępu tak, jakbym chodził z nimi na zbiórki zuchowe i harcerskie ostatnie 7 lat, a nie dopiero od 3 miesięcy. To pewnie przy ich tworzeniu znalazła zdjęcie z mojego przyrzeczenia. Któregoś dnia, pół roku później, przyszedł do mnie list z odbitką tego zdjęcia – list, którego w ogóle się nie spodziewałem – a to zdjęcie jest do dziś moja cenną pamiątką. Taka ona właśnie była – pamiętała o rzeczach drobnych i często umykających z pamięci, które dla otaczającego ją świata wcale drobnymi nie były. I była w tym niezmordowana. Cała ona.