10 lipca 2002 r. to tragiczny dzień, w którym zgasło życie Mariusza Szczerkowskiego. Był naszym dobrym kolegą, osobą radosną, przyjaźnie nastawioną do innych, a przy tym odpowiedzialną i pracowitą. Stanowił też prawdziwe oparcie dla swojego młodszego brata, z którym był blisko związany.

Urodził się w 1982 r., uczęszczał do tej samej szkoły co ja – Szkoły Podstawowej nr 87 im. Włodzimierza Puchalskiego – tylko do o rok młodszej klasy. Tam też, jak wielu żądnych przygód młodych chłopców, wstąpił do zuchów a następnie do 28 Łódzkiej Drużyny Harcerzy im. Antoniego Olbromskiego. Pojechał z nami na obóz nad Jez. Tuczno w Międzychodzie. Zapamiętałem go jako trochę cichego, ale zawsze sympatycznego i bezkonfliktowego kolegę. Na obozie zdobył stopień młodzika i złożył Przyrzeczenie Harcerskie. Niestety zastęp, w którym był miał słabego zastępowego i to zapewne spowodowało, że Mariusz po ponad półtorarocznej przygodzie w drużynie harcerskiej wystąpił z szeregów ZHR.
Nasze drogi spotkały się dopiero po 6 latach gdy pełniłem funkcję drużynowego i wraz ze Zbyszkiem Ledzionem szukaliśmy kucharza na samodzielny obóz Szczepu „Myśli Braterskiej” w Bieszczadach. Od Kamila dowiedzieliśmy się, że jego brat kończy właśnie Technikum Gastronomiczne i zna się na rzeczy. Wtedy w ciągu pierwszych pięciu minut spotkania porozumieliśmy się z Mariuszem. Pamiętam, że miał obawy wynikające z braku doświadczenia, ale nie pękał. Przed obozem przyjechał osobiście do magazynu przygotować sobie potrzebny sprzęt a następnie pojawił się na pakowaniu i bardzo nam pomógł. Wtedy poczułem, że nie jest to człowiek z zewnątrz, tylko ktoś z nas tworzący zespół. Na obozie okazało się, że Mariusz jest nie tylko bardzo dobrym kucharzem, rozsądnym intendentem, ale przede wszystkim sprawnym organizatorem pracy w kuchni. Zaskarbił sobie sympatię uczestników życzliwym podejściem do zastępu kuchennego, bez zbędnego krzyku i nieporozumień. Znając metodę harcerską i pamiętając swoją przygodę w drużynie doskonale zdawał sobie sprawę, że wszystkie sprawy dotyczące pracy w kuchni należy omawiać z zastępowym i jego rozliczał z powierzonych zadań. Posiłki były smaczne i na czas.

Wiedzieliśmy, że wreszcie znaleźliśmy super kucharza na stałe, bo Mariuszowi obóz bardzo przypadł do gustu. Rok później znowu pojechaliśmy razem do Orchówka koło Włodawy. Tym razem Mariuszowi towarzyszyła Andżelika – jego przyjaciółka od serca. Ten obóz był jeszcze bardziej udany. Niestety rok później zaplanowaliśmy wyjazd na samodzielny obóz drużyny w gronie samych chłopaków. Mariusz chciał pojechać razem z Andżeliką. Po środowisku rozeszła się fama, że jest rewelacyjnym kucharzem, więc bez problemu porozumiał się z komendantką obozu w Łąkorzu phm. Beatą Jerenkow i pojechał na ten właśnie obóz. Spotkałem go jeszcze 4 lipca nad ranem, gdy przyjechaliśmy z naszego obozu w krótkie nocne odwiedziny. Nigdy nie zapomnę tej ostatniej sympatycznej krótkiej rozmowy. 10 lipca dotarła do nas tragiczna wiadomość…
Przynajmniej dwa razy do roku staramy się wraz z małżonką odwiedzić grób Mariusza na cmentarzu przy ul. Szczecińskiej i pomodlić się za niego. Znając go jestem przekonany, że patrzy na nas z nieba i uśmiecha się widząc nasze smutne twarze.
hm. Adam Kralisz
