Strona główna / Wyróżnione / Trzy słowa v. 4.0

Trzy słowa v. 4.0

Morze przyjemnie szumiało, słońce przyjemnie grzało skórę, a wietrzyk przyjemnie przewiewał włosy. Krzysiek zanotował sobie w głowie, żeby po powrocie z obozu poszukać w jakimś słowniku kilku synonimów słowa „przyjemnie”. Przydadzą się – jak nie do zwykłych rozmyślań, to do wstępów przed rozkazami.

Tę chwilę zamyślenia Krzysiek przypłacił zamoczeniem butów – pod nieuwagę chłopaka dziarska fala morza Śródziemnego skutecznie zaatakowała jego treki. Przelatująca rybitwa zaśmiała się swym skrzekliwym głosem.

Włoska plaża, którą właśnie szli, była malownicza. W ogóle, cały obóz wędrowny wzdłuż północnego wybrzeża „Śródziemniaka” był kapitalnym pomysłem, a uczestnicy byli zachwyceni. Cudne widoki; niespotykany w Polsce (nawet po globalnym ociepleniu) klimat; ciekawi ludzie i ich odmienna kultura – to wszystko fascynowało wędrowników. A dodatkowo morale chwilowo wzmacniała wizja miejscowego balu, na który mieli się wieczorem wybrać.

Tylko Krzysiek nie był całkiem szczęśliwy. Przede wszystkim dlatego, że na bieżąco śledził wydatki, które swą kwotą niebezpiecznie zbliżały się do wpływów. A była to dopiero połowa obozu.

Trudna sytuacja finansowa wynikała zaś z niespodziewanych i nagłych przypadków losowych, które mnożyły się jak stado królików. Krzysiek zastanawiał się nawet, czy nadal można je nazywać losowymi, jeśli pojawiają się w praktycznie każdej możliwej sytuacji.

A wszystko było winą Harcerskiego Ośrodka Badawczego.

HOB miał mianowicie zwyczaj, żeby wyjeżdżającym na obozy, biwaki, itp. wręczać prototypy różnych nowych urządzeń, by przetestowali je przed wprowadzeniem ich na rynek masowy. Innymi słowy, drużyny Związku były beta-testerami. Miało to swoje „zady i walety”.

Niewątpliwą zaletą była możliwość darmowego pobawienia się nowoczesną elektroniką. Co prawda HOB zawsze udzielał na swój sprzęt wysokich zniżek dla członków Związku, ale i tak nie były to ceny, na jakie mogli sobie pozwolić zwykli śmiertelnicy.

Krzysiek z pewnym rozrzewnieniem wspomniał, jak kilka lat temu dostali na stacjonarny obóz Radar Podczerwony. Jakaż to była wygoda, kiedy warta nocna nie musiała wałęsać się po całym wielkim terenie, tylko siedziała cicho w magazynie sprzętu i obserwowała punkciki na ekranie radaru. A ile było przy tym zabawy: na przykład obstawianie, kto kryje się pod tą czerwoną kropką, która co noc wymykała się z męskiej komendy i zdążała chyłkiem pod młody świerk na głównej drodze. Podobne zakłady dotyczyły innej kropki, która kilka minut później wychodziła z żeńskiego podobozu i tajemniczym trafem udawała się pod ten sam świerk.

Niestety, prototypu HOB-u miały poważną wadę: były prototypami. Doświadczyła tego na przykład inna warta nocna: podczas ich służby Radar przestał aktualizować stan ekranu. Wydawało się więc, że wszystko jest w najlepszym porządku, gdy tymczasem ktoś podszedł obóz i wykradł cały zapas konfitur z magazynu kuchennego. Felerna warta gorzko pożałowała zbytniej ufności w technikę, i to dosłownie: do końca obozu za karę nie jedli żadnych dżemów.

I właśnie wady testowanego sprzętu były przyczyną trudnej sytuacji finansowej obozu wędrownego Krzyśka. Taki na przykład Rozstawiacz Namiotów: fantastyczna zabawka! Rozbicie „dychy” przestało nagle wymagać pięciu osób i kilkunastu minut (nie licząc późniejszego poprawiania naciągów), a stało się kwestią kilku sekund. Wystarczyło tylko nakierować ustrojstwo na zwinięty namiot, wybrać na ekranie kilka opcji (przede wszystkim typ namiotu), a potem zdefiniować teren rozstawienia – i voila! Zwijanie było analogicznie banalne.

Harcerze byli zachwyceni możliwościami urządzenia. Krzysiek miał jednak pewne wątpliwości. Przewidywał, że z powodu tego wihajstra zniknie jakże integrujące zajęcie wspólnego rozstawiania namiotów. Na HaBeCie punkt z rozbiciem i zwinięciem marabuta też nie będzie miał już sensu. Ale cóż: postępu nie da się zatrzymać… Kiedyś mapa i busola, a dziś nikt nie wyobraża sobie podróży bez GPS-u…

I którejś z poprzednich nocy Rozstawiacz ujawnił swoje wady, sprowadzając masę kłopotów.

Był piękny nów, dobra temperatura, lekka bryza. Drużyna postanowiła zanocować na plaży. Chłopaki wyjęli więc ręczniki, koce i rozłożyli się na nich pokotem. Warunki były wręcz idealne do spania na świeżym powietrzu.

Aż do mniej więcej drugiej w nocy, kiedy to zaczął padać deszcz. Wszyscy zerwali się, by ratować dobytek. Chwycili za Rozstawiacze, by w try miga rozbić namioty i schować w nich plecaki (oraz samych siebie). Niestety, w tamtym krytycznym momencie odkryli w Rozstawiaczach kilka błędów projektowych.

Po pierwsze, wyświetlaczom brakowało podświetlenia, skutkiem czego, przy słabym świetle księżyca, niewiele było na nich widać. Trudno było więc spieszącym się chłopakom wybrać właściwy typ namiotu. Również wycelowanie w półmroku urządzenia w namiot nie było banalnym zadaniem. A jeszcze trudniejsze było późniejsze wskazanie kawałka wolnej przestrzeni, na której miałaby stanąć konstrukcja – wszędzie dookoła kręcili się bowiem druhowie, niczym mrówki w zaatakowanym mrowisku.

Klęska była spektakularna: marabut, który znalazł się w strzępach po tym, jak próbowano go rozstawić niczym „sanitarkę”; biedny zaspany wędrownik, który został wzięty za namiot (skończyło się na szczęście tylko kilkoma zwichnięciami stawów po krótkim ekwilibrystycznym wyczynie, bo operator Rozstawiacza rozwalił urządzenie, gdy zorientował się o swojej pomyłce); oraz Jasio… który znalazł się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie, to znaczy był tam, gdzie właśnie miał wylądować prawie gotowy namiot. Wynikło z tego coś, co można by nazwać wielką plątaniną nóg, rąk i masztów.

Nie obyło się bez wizyty w szpitalu z kilkoma pokiereszowanymi druhami ani bez zakupu dwóch nowych namiotów. Krzysiek cierpiał, podając sprzedawcy kartę płatniczą, a wraz z nim cierpiała Książka Finansowa obozu.

Roztrząsanie przykrych wspomnień zostało brutalnie przerwane przez donośny gwizdek. Krzysiek się rozejrzał dookoła i zobaczył biegnącego ku nim włoskiego policjanta. Westchnął – to nie wróżyło nic dobrego.

Wyciągnął z kieszeni kolejny prototyp, w jaki zostali wyposażeni – Tłumacz Symultaniczny. O dziwo, sprzęt działał nawet nieźle – o ile każdy mówił powoli i wyraźnie, a odgłosy tła nie były zbyt donośne. Krzysiek włączył urządzenie.

Policjant podbiegł do nich i zaczął szybko coś klarować, wskazując na tabliczki gdzieś w tyle. Okazało się (dzięki pomocy Tłumacza, który co prawda nie nadążał za Włochem, ale starał się oddać główny sens wypowiedzi), że chłopaki wkroczyli na teren rezerwatu (stąd takie pustki na plaży) i muszą natychmiast go opuścić. Szczęśliwie, stróż prawa nie chciał wlepić drużynie mandatu, ale nie obyło się bez standardowych pytań „kim jesteście, czemu chodzicie pieszo z tymi plecakami, czy długo tu będziecie, itd.”.

Krzysiek, praktycznie już wyuczony na pamięć, opowiedział o tym, że są z Polski, że mają obóz wędrowny, że krótko przebywają teraz w tej miejscowości – raptem tyle, by kilku chętnych mogło się wieczorem wbić na bal – i że jeszcze długa droga przed nimi, wiodąca przez kolejne kraje. Tłumacz dzielnie klekotał po włosku, a policjant kiwał głową w rytm opowieści. Na koniec się grzecznie pożegnał i lekko skonfundowany odszedł. Krzysiek uśmiechnął się pobłażliwie – podobnie reagowali wszyscy poprzedni słuchacze, nie mogąc pojąć, że ktoś z własnej woli przedkłada długi, męczący spacer nad przejazd wygodnym autem.

Jednak nie dlatego policjant się zafrasował. Rzecz w tym, że niby słyszał nie raz, że Polska to kraj o lekko dziwnych zwyczajach. I wychowany był w duchu tolerancji dla inności. Ale mimo wszystko ledwo udało mu się ukryć zdumienie, gdy przełożony tamtej grupy z subtelnym zadowoleniem na twarzy obwieścił, że wieczorem będą się wbijać na pal.

Jak to mówią: „co kraj, to obyczaj”.

Jacek Tomaszewski HO

PS

Tej wersji przyświecali: rybitwa, nów i pal.

Jeden komentarz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *