Mało jest filmów o harcerzach. Są Czarne Stopy, Akcja pod Arsenałem. Są Kamienie na Szaniec – te ostatnie. No i są jeszcze jakieś ale nic nie wiem.
Jak to możliwe że ich tak mało? Jak to możliwe, że tak barwny świat – nie wydał się nikomu interesujący? To temat na inną „rozkminę”.
A tymczasem – są śmiałkowie co jednak chcieli zrobić film o harcerzach. No dobra – nie śmiałkowie a śmiałek, nie o harcerzach a o skautach i nie o nich a o… miłości? młodości? Sam nie wiem.
Mowa o filmie „Kochankowie z Księżyca” Wesa Andersona. Żeby się łatwiej czytało to w kilku punktach dlaczego warto go obejrzeć:
– Dla obrazków. Wes Anderson pięknie operuje obrazem. Jego filmy są kolorowe, estetyczne, miłe – to uczta dla oka. Widziałem dwa – Hotel Grand Budapest i właśnie Kochanków z Księżyca. Sam nie wiem, który lepszy wizualnie. Ciekawostka: Anderson lubuje się w symetrii, sprawdźcie:
– Dla … harcerzy. Harcerek tam nie ma, ale niech was to nie zwiedzie – niewiasta (jedna szczególnie) jest w filmie bardzo ważna. Anderson pokazuje skautów ciepło. Pokazuje przygodę, a czymże można bardziej zachęcić? Gdybym nie był harcerzem to po obejrzeniu filmu biegłbym do druha się zapisać. Szczególnie jeśli byłby nim Edward Norton.
– no właśnie Norton oraz inni – Aktorzy. Nie oglądam filmów dla aktorów, ale dla ich ciekawych ról. Edward Norton jako skautmistrz, Bruce Willis jako policjant tym razem nie recytujący „Jupikajej” a dzielnie szukający zaginionych, do tego Bill Murray, Tilda Swinton i świetne role dziecięce – Jared Gilman i Kara Hayward – ich jeszcze nie znacie ale znać będziecie.

– Muzyka. Dopełnia dzieła. W ogóle soundtracki z filmów słucha się świetnie – bo często są różnorodne a jednak spójne – można przesłuchać całą płytę bez znudzenia, ale i w poczuciu jakiejś ciągłości. Tu można posłuchać.
A czy podoba nam się wizja harcerzy (skautów) w tym filmie? Czy pewne fabularne wątki nas – brać harcerską – jakoś nie urażają? Czy w ogóle ten film mówi prawdę o skautingu?
To już temat na dyskusję (mile widzianą).
(Michał Grelewski)






