Lubię rozmawiać z Piotrem. Możemy rozmawiać na różne tematy, często ciągnąc rozmowę przez długie godziny czy nawet … dni. Skąd mamy tyle czasu? Nie mamy – rozmawiamy przez czat, w krótkich przerwach w pracy, w autobusie, metrze, w domu.
Ta rozmowa też toczyła się przez kilka dni. Tak jakoś się nam układały zajęcia, że nie mogliśmy pisać równocześnie. Ale może to i lepiej bo mieliśmy więcej czasu na przemyślenia. Rozmawialiśmy o naszej organizacji, o tym co nas w niej boli i co byśmy chcieli zmienić. I o innych rzeczach też. Staraliśmy się, żeby było z sensem, naprężaliśmy palce nad klawiaturą. I nie skończyliśmy niestety. Sami zobaczcie.

Michał Grelewski
Chciałem z Tobą pogadać o tym, czym powinni się zajmować harcerze w swojej pracy programowej. Co ma być treścią programu? Jakbyś miał to w jednym zdaniu określić to jakie to byłoby zdanie?
Piotr Czaiński
Myślę, że dobrym punktem wyjścia jest paragraf piąty statutu ZHR. Misją Związku jest wychowanie człowieka do współodpowiedzialności za losy własnej rodziny, narodu i państwa. Ostatnio jednak sądzę, że jednego ważnego elementu w tym paragrafie brakuje i to ma swoje konsekwencje w rozłożeniu akcentów w pracy wychowawczej. Chodzi mianowicie o odpowiedzialność za siebie! Moim zdaniem treścią naszego programu powinna być praca nad sobą i kreowanie przestrzeni, środowiska przyjaznego tej pracy. Owocem tej pracy powinno być zaś przygotowanie to dawania z siebie w przyszłości, na wielu polach, a następnie odpowiedzialne podejmowanie tych ról i postaw. Gdyby ktoś konkretnie zapytał, jakie elementy programu powinny na stałe być ujęte w naszych działaniach wychowawczych, to powiedziałbym, że aktywności nakierowane na życie we wspólnocie, ogólnie pojętą aktywność, ale także rozwój duchowy, a szczególnie formację. Istotne też jest promowanie talentów, pasji, ale w kontekście dzisiejszego świata także życia na łonie przyrody, kontaktu ze światem realnym, namacalnym… Kolejnym aspektem są kwestie ideowe: kształtowanie postaw patriotycznych, prospołecznych, obywatelskich poprzez odpowiedni przykład własny i różnorakie inicjatywy. Na pewno coś pominąłem, ale tak podsumowałbym potrzeby programowe ZHR w dzisiejszym świecie.
Michał Grelewski
Ok, nie wiem czy coś pominąłeś bo dużo napisałeś. Myślę, że na poziomie takiego ogólnego myślenia to w miarę się zgadzamy. Pytania pojawiają się jak przechodzimy do realizacji tego programu – czyli w jaki sposób mamy wychowywać do współodpowiedzialności za losy własnej rodziny, narodu i państwa. Ja mam wrażenie że my głównie wychowujemy do odpowiedzialności za organizację. Rodzina – czasem czeka w domu na syna/męża, który wraca późnym wieczorem po serii odpraw, podobnie – być może – jest z państwem i narodem.
Piotr Czaiński
Widzisz, to między innymi mam na myśli mówiąc, że brakuje tej odpowiedzialności za siebie w tej misji. Przez to „siebie” rozumiem także, że instruktor, harcerz powinien znaleźć czas na spotkanie z babcią, rodziną, bycie porządnym synem, ojcem, a także na realizację własnych pasji, zdobycie porządnego wykształcenia, czy po prostu przyjaźń i odpoczynek. Poprzez to, że nie jest to ujęte w misji ZHR, a potem nie jest to wdrażane, mamy do czynienia z (świadomą bądź nieświadomą) funkcjonalizacją naszych wychowanków, a przede wszystkim instruktorów. I potem dzieje się tak, że przewaga, którą zdobywają na starcie dzięki tak atrakcyjnej grupie, jaką jest ZHR jest wytracana w toku ciągle powtarzających się, podobnych do siebie aktywności podejmowanych w ramach służby instruktorskiej. Moim zdaniem to istotny niedobór, którego zrekompensowanie wymaga szczególnie światłego przewodnictwa.
Często podaję tutaj przykład z własnego życia. Jako 16-latek po raz pierwszy pojechałem z moimi zuchami jako drużynowy na kolonie. Nie wyobrażam sobie, że w jakichkolwiek innych okolicznościach grupa rodziców puściłaby swoje ukochane, kilkuletnie pociechy na wyjazd z nastolatkiem. A u nas było i jest to możliwe. Jest to możliwe dlatego, że wzbudzamy zaufanie, umiemy być odpowiedzialni i rodzice widzą w tym sens.
Ale potem, gdy byłem starszy i jeździłem na kolejne obozy, a w mojej głowie nie było za dużo miejsca dla siebie, kiedy miałem wyrzuty sumienia, że chce poczytać książkę lub pojeździć na rowerze, kiedy to na głowie mam kolejne rozliczenie, cz termin na oddanie planu pracy, a moi rówieśnicy w tym samym czasie zdobywali kolejne życiowe doświadczenia ta różnica się wyrównywała.
Uważam, że jest pewien punkt krytyczny, kiedy instruktorzy powinni pewne kwestie przewartościować. Prowadzenie drużyny jest jedną z najbardziej rozwijających rzeczy, jakie oferuje ZHR, ale potem przychodzą inne poważne wyzwania życiowe, z którymi każdy człowiek musi się zmierzyć, jak nauka, praca, dom, rodzina… Na tym etapie istotne jest ułożenie odpowiednich priorytetów życiowych. I musimy sobie w tym nawzajem pomagać.
Michał Grelewski
No tak, to jest jeden aspekt – to jakieś zaniedbywanie siebie (chociaż różnie to bywa, przecież daje nam ta praca radość i satysfakcję). Inna sprawa jest taka, że moim zdaniem my z naszymi działaniami izolujemy się od społeczeństwa, co ma dobre i złe strony. Tzn – robimy zbiórki, a których w zasadzie nie spotykamy innych ludzi, na obozach ukrywamy się w lesie (co oczywiście ma ogromne zalety), nawet towarzysko spotykamy się najczęściej w tych samych gronach. Nie mówię, że to złe, ale myślę, że trochę nas ogranicza.
Piotr Czaiński
I tutaj jest pewna racja, ale ja to odczuwam bardziej jako dalszą konsekwencję skupienia na służbie. Gdyby nasi instruktorzy więcej czasu inwestowali na zewnątrz organizacji, to i nie byłaby ona taka wyizolowana. Z drugiej zaś strony można wyobrazić sobie budowanie swoistego partnerstwa i „ekosystemu” przyjaznych nam organizacji. Myślę, że działania Sebastiana (m.in. Tydzień Patriotyczny) w pewien sposób w tym kierunku zmierzają, a także współpraca z Topografiami, czy Departamentem Gier niosła ze sobą tego typu walor. Na pewno warto wykorzystywać efekt synergii w pracy harcerskiej, ale nie kosztem jakości pracy wychowawczej. Znamy przecież przypadki „złej” współpracy, gdzie harcerze byli „kwiatkiem do kożucha” i stali przez kilka godzin wysłuchując przemówień zupełnie niedopasowanych do ich wieku i temperamentu. Takiej współpracy nie chcemy.
Michał Grelewski
ok, ok, zaraz odpowiem, moment
Piotr Czaiński
;>
Michał Grelewski
Aj aj aj taka interesująca rozmowa a nie mam momentu żeby odpowiedziec… Jeszcze chwile potrzebuje.
Piotr Czaiński
Dobra, to się odzywaj, a ja będę po prostu odpowiadał, jak będę mógł i jakoś to dokończymy.
Michał Grelewski
jesteś tam gdzieś?
Piotr Czaiński
Jestem teraz.
Michał Grelewski
Aj a ja na rosyjski jadę. To może się wieczorem złapiemy. Bo ja obiecałem, że jutro rzucę wywiad :)
Piotr Czaiński
OK, będę wieczorem w hotelu, to możemy gadać.
Michał Grelewski
ja jakby co jestem w domu i będę z przerwami przed kompem
rozmawialiśmy o harcerzach uczestniczących w inicjatywach z zewnatrz, mój głos: Wydaje mi się, że syndrom „kwiatka do kożucha” to efekt tego, że my mało działań inicjujemy, raczej bierzemy w nich udział – a wtedy nie bardzo wiadomo co mamy robić. To się zmienia i na TP jest tego przykładem – tu rzeczywiście dyktujemy warunki. Ale nie zgodzę się z tym, że działania na zewnątrz muszą się odbywać kosztem innych działań. Można nasze harcerskie formaty otwierać na ludzi z zewnątrz – na tym zyskujemy i my i oni.
Piotr Czaiński
I tutaj pojawia się kwestia dostosowania naszych struktur do rzeczywistości, do dzisiejszych realiów. Porównując się z innymi organizacjami pozarządowymi, fundacjami, czy instytucjami widzimy istotną różnicę. U nas wszystkie funkcje są pełnione społecznie, a jeśli już chcemy zrobić coś na poziomie, żeby można było z tym wyjść na zewnątrz, to odbywa się to często kosztem innych sfer naszego życia, rodziny, pracy, przyjaciół, innych pasji, czy obowiązków. A jeśli nawet nie odbywa się to kosztem jakiejkolwiek z wyżej wymienionej gałęzi życia, to odbywa się to kosztem ogromnego poświęcenia, nieprzespanych nocy, czy życia w ciągłym napięciu goniących terminów lub nadmiernie wypchanych terminarzy. Doskonałym przykładem jest obóz. Żeby zrobić coś porządnie, nie ma rady, trzeba poświęcić temu nie tylko czas, ale i całe spektrum swoich umiejętności i talentów oraz ogromne pokłady wewnętrznej siły. Pozostaje pytanie, czy w dłuższej perspektywie wyjdzie to na dobre instruktorowi i organizacji.
Bądź co bądź współpraca z innymi organizacjami przy większych przedsięwzięciach wymaga od nas między innymi właśnie tego, by poświęcić siły i środki na ich zrealizowanie.
Michał Grelewski
Znowu – trochę się zgodzę a trochę nie. Zgadzam się, że poświęcamy mnóstwo czasu i energii na realizowanie naszych działań i zgadzam się, że na poczatku współpraca z innymi organizacjami wymaga od nas poświęcenia. Tylko, że wydaje mi się, że to tylko kwestia poczatkowego etapu – tego, że się poznajemy, uczymy się pracować ze sobą. Na dłuższą metę jestem w stanie sobie wyobrazić współpracę która odciąża organizacyjnie instruktorów a nie dokłada im roboty. Weźmy na przykład taki model: zewnętrzna organizacja jest organizatorem działania, zajmuje się jego koordynacją, programem, finansowaniem a harcerze dostarczają uczestników – zgranych, zorganizowanych. Oczywiście program danego projektu (czy to warsztaty z budownictwa ekologicznego, czy gra miejska czy wymiana młodzieży) jest uzgadniany miedzy organizacjami – tak, żeby odpowiadał na potrzeby wyznaczone przez instruktora.
To też trochę rozwiązuje problem odpłatnej pracy – jeśli w innych organizacjach można zarabiać, to niech one biorą na siebie organizacyjny ciężar, my róbmy tylko to co niezbędne. Taki outsourcing może też zadziałać na obozie – niektóre zajęcia mogę przecież realizować zewnętrzni organizatorzy – z korzyścią dla harcerzy/harcerek, którzy/które poznają coś nowego (a nie to co i tak było rok temu) i dla instruktorów – którzy będą mieli chwilę, żeby odpocząć, samemu wziąć udział w zajęciach. Jestem pewny, że znajdą się organizacje, które same znajdą sobie finansowanie, same przyjadą i ogarną wszystko jesli tylko „damy” im kilkudziesięciu znakomitych uczestników. Czasami zresztą już się to dzieje. Moim zdaniem na przeszkodzie w stosowaniu takiego modelu stoi tylko to, że jesteśmy przyzwyczajeni do czego innego – do tego, że najlepiej wszystko robić samemu, bo to nasi harcerze i nikt ich nie zna tak jak my.
C.D.B.M.N.





