Kurs zastępowych to kurs dla najlepszych; tylko doświadczeni mogli się na nim pojawić. Pojechałem na kurs z dużą ilością niewiedzy, nie miałem pojęcia, co mogło na nim być. Myślałem, że kurs będzie serią zajęć, które nauczą nas jak być zastępowym – myliłem się, i to w dużej mierze. Kurs był czasem intensywnej pracy, nad sobą jak i nad nauką bycia zastępowym.
Pierwszy dzień był dość niepozorny, bowiem rozpoczął się dla nas zajęciami z majsterki, u wszystkich kursantów rodziła się myśl:, „po co nam to w byciu zastępowym”. Szybko odkryłem, że były one czymś w rodzaju preludium, które miało nas przygotować do serii trudnych zadań. Jak powiedziałem, 1. dzień nic nie pokazał, z chłopakami myśleliśmy, że to będzie zwykły wyjazd, na którym będzie podobnie jak na obozie. Gdy zajęcia z majsterki dobiegły końca zostaliśmy podzieleni na 3 zastępy, których nazwy pojawiały się każdego roku na kursie Polesia. Dzień ten był dla niektórych dość podejrzany, a dla innych zwykłym dniem na obozie. Kilka osób dobrze mi znanych powiedziało, że pierwsze 2 dni będą dniami „Przetyrki” jak to ktoś nazwał, ja jednak odczuwałem całkowicie, co innego, myślę, że tak można było określić kilka dni spędzonych w górach.
Po weekendzie spędzonym w Aleksandrowie wyjechaliśmy w góry świętokrzyskie, tam na początku myśleliśmy, że będzie podobnie jak na kilku wcześniejszych dniach na kursie, szybko zmieniliśmy zdanie. W górach poznaliśmy zadania, jakie na nas czekały, musieliśmy wymyślić i opisać 10 zbiórek, 10 harców itp. Itd. Wielu z nas w górach nie spała przez noce, aby wykonać zadania; inni smacznie spali i czekali na koniec tego kursu. Niestety podczas dnia było mało czasu na wykonanie zadań, więc opłacało się je robić w nocy. Osobiście nie przespałem kilku nocy, ale udało mi się zdrzemnąć kilka razy w ciągu dnia, wszystko to dzięki mojej organizacji, która dała efekty. Na kursie nie obyło się też bez dnia pełnego zbiórek, które każdy z nas musiał przeprowadzić, dla niektórych był to trudny element kursu a dla innych był sposobem na łatwiejsze złapanie 3 lub 4.
Nna tegorocznych „Szczytach” nie mogło zabraknąć też gawęd, jakie musieliśmy przygotować, muszę przyznać, że pojawiło się sporo słabych gawęd, ale było kilku dobrych gawędziarzy, których naprawdę chciało się słuchać, osobiście byłem w tej garstce osób, które otrzymały satysfakcjonujące noty z tego zadania, no cóż dla jednych gawęda jest łatwą formą a dla innych nie. Tak przebiegały kolejne dni na kursie. Codziennie niby pisanie zadań, a jednak pojawiało się sporo nowego.
Z mojej wypowiedzi kurs to straszna nuda, jednak tak nie było, ilekroć kładliśmy się na ziemi ze śmiechu przekonywaliśmy się, że to super wyjazd…, Co dzień znajdował się czas porządną dawkę humoru. Było kilka sytuacji, które zapamiętałem i przedstawię, razem z kumplami z pokoju pomyśleliśmy, że jeden z nas schowa się w szafie i któryś pójdzie po kogoś z innego pokoju, skończyło się gwałtownym wyskokiem z szafy i oczywiście krzykiem kolegi. Inną ciekawą sytuacją była przedostatnia noc na kursie, na której większość osób wykonywała zadania, w pewnym momencie do stołówki, na której pracowaliśmy pojawił się nasz kolega Maks z pachołkiem na głowie i z dwoma pachołkami na rękach. Wszedł i powiedział, że jest człowiekiem słupkiem i wyszedł a my w śmiech.
Na kursie był ogrom takich sytuacji dlatego każdy powinien postarać się pojechać na ten wyjazd. Niestety pobyt w górach skończył się i musieliśmy wracać do Aleksandrowa. Wielu z nas bało się czy uda mu się uzyskać patent zastępowego. Czekała nas ostatnia bardzo intensywna noc, na której wszyscy musieli się spiąć i skończyć każde zadanie. Było to bardzo trudne wyzwanie, którego podjęli się wszyscy, ale nie udało się każdemu. Uważam, że kurs był naprawdę świetnym wydarzeniem, na którym nauczyłem się naprawdę wielu rzeczy przydatnych w dalszym życiu harcerskim. Kurs zastępowych nie ze wszystkich z nas zrobił świetnych zastępowych, lecz na pewno sprawił, że staliśmy się jeszcze lepszymi i porządniejszymi harcerzami.
Mł. Bartłomiej Wroński


