Lojalnie ostrzegam: będzie długo.
Był przyjemny, ciepły dzień, a gdzieś głębiej w lesie ćwierkały ptaszki. Dla oboźnego Mariusza był to nadzwyczaj rzadki dźwięk. Normalnie bowiem śniadaniom – jak i wszystkim innym posiłkom na stołówce – towarzyszył niemożebny harmider (standardowy odgłos wydawany przez grupę młodych harcerzy w liczbie większej niż 4 osoby). Ale nie tamtego dnia.
Poprzedniego wieczora bowiem wszystkie zastępy wyruszyły na całodniową grę i kadra miała dla siebie krótki okres spokoju. Dlatego właśnie starsi funkcyjni podobozów oraz kadra zgrupowania mogli spożyć posiłek przy akompaniamencie ptasich trelów.
– Cześć, Mariusz – zagaił główny oboźny. – Jest kilka spraw. Po pierwsze, dziś wasza kolej na obieranie ziemniaków, przyślij więc po południu jakiś zastęp. Po drugie – nie wiem, czy pamiętasz – po obiedzie ma przyjechać delegacja z HOB-u oglądać wyniki eksperymentu. I ostatnia sprawa, a raczej pytanie: ile wczoraj wzięliście żerdzi na to swoje ogrodzenie?
– Powiedziałem chłopakom, żeby przytachali ze trzy długie i cienkie – odparł zdziwiony Mariusz, w przerwie pomiędzy kęsami kanapki z dwumilimetrową warstwą pasztetu (na bogato).
– To weź sprawdź, ile naprawdę przytachali – rzekł surowo oboźny. – Kwatermistrz mi biadoli, że nagle ubyło ze dwadzieścia żerdek.
– Co? Bez przesady. Weź spytaj raczej dziewczyn. Słyszałem, że chciały robić jakąś fikuśną tablicę ogłoszeń. Co znaczy, że zapewne dopiero za trzecim podejściem im wyszła, a drewno z dwóch pierwszych prób spaliły na ognisku, by nikt się nie dowiedział o konstruktorskich porażkach.
Dla całej historii może nie jest to bardzo istotne, ale warto nadmienić, iż oboźny zgrupowania zgodnie z sugestią spytał podejrzany podobóz dziewcząt o ilość zużytego na tablicę drewna. Z zaskoczeniem dowiedział się, że nie tylko projekt udał się za pierwszym podejściem, ale także tablica wyposażona jest w podświetlenie LED, ma wbudowany mały ekspres do kawy i – co wyszło chyba przypadkiem – podskakuje przy Hymnie Harcerskim. Niechęć oboźnego do mikroelektroniki na obozach tylko się wzmogła, podobnie jak jego wiara w pionierskie umiejętności druhen.
—
Mariusz wrócił do kadrówki cieszyć się ostatnim i chwilami błogiej ciszy i spokoju. Były to chwile absolutnie ostatnie, bo już niecały kwadrans później do podobozu wrócił pierwszy zastęp. I od razu się zaczęło.
– Druhu oboźny! A Świstaki używały noktowizora przy podkradaniu!
– A Sokoły schowały gdzieś swój totem i nie dało się go zdobyć!
– A Nornice nie zbudowały swojego obozowiska w wyznaczonym miejscu!
– A Romek zjadł wszystkie jagody na polanie i od rana nie wychodzi z latryny!
Mariusz złapał się za głowę. Jako student Politechniki właśnie doszedł do wniosku, że harcerze są jak burzowa chmura: jeśli nie rozładowują zgromadzonego ładunku hałasu w regularnych, małych błyskawicach, to potem uderza taki skumulowany megapiorun i rozsadza bębenki uszne.
– Dobrze, po kolei – jęknął Mariusz.
Okazało się, że najwięcej skarg dotyczyły totemów, o które toczyła się nocna gra. Celem zastępów było wykradzenie tychże od innych ekip, po uprzednim odnalezieniu obozowisk według mapy-klucza. Ale praktycznie każda próba podchodów kończyła się odkryciem, że totemu w wyznaczonym miejscu nie ma. Co było o tyle intrygujące, że wszystkie zastępy twierdziły, że ich totemy były ustawione gdzie należało i rano tam też nadal stały.
Inna sprawa, że zastęp Sokołów twierdził, iż ktoś ich totem uszkodził. Pałając świętym oburzeniem, pokazywali ułamany szpon w lewej łapce drewnianego ptaka (rzekomo będącego sokołem) i biadolili nad brakiem poszanowania dla włożonego w stworzenie figurki wysiłku. Po prawdzie wysiłek ten był dość nikły: wszystkie tegoroczne totemy zostały skonstruowane przy pomocy prototypowego TotemCreatora. W sprawie oceny działania tego właśnie urządzenia miała tamtego dnia przyjechać delegacja z Harcerskiego Ośrodka Badawczego.
Oboźny Mariusz, chcąc jak najszybciej odpędzić się od wrzaskliwej zgrai, zakomenderował, że do obiadu każdy zastęp ma przygotować scenkę na wieczorne ognisko, opisującą ich poczynania na grze. Obiecał też zająć się kwestią ukrywania totemów. I ułamanego szpona, bo inaczej Sokoły nie dałyby mu żyć.
—
Zgodnie z planem delegacja HOB-u przybyła po obiedzie. Była jednoosobowa i składała się z phm. mgr inż. Dawida Skołaszewskiego.
Mariusz był w nielichym szoku gdy dowiedział się, że Skołaszewski nadzorował projekt TotemCreatora. Trochę słyszał o tym druhu, który zwiedził chyba już każdy wydział HOB-u, bynajmniej nie z powodu nadzwyczajnych talentów w każdej dziedzinie – wręcz przeciwnie. Naczelnictwo Ośrodka jakoś nie miało serca go wywalić, bo braki w wykształceniu nadrabiał entuzjazmem. Ostatecznie więc poszczególne wydziały przerzucały się nim jak gorącym kartoflem.
A niewiedza mgr inż. Skołaszewskiego był już wręcz legendarna. Był na ten przykład przekonany, że teoria strun to zagadnienie dotyczące gry na gitarze, kwas mrówkowy otrzymuje się z miażdżenia biednych owadów, liczba pierwsza jest tylko jedna („No, ta pierwsza. W sensie 1. A może 0? Momencik, przecież jeszcze są ujemne. To pierwsza będzie minus milion. Nie, minus miliard. Minus miliard miliardów kwadrylionów…”), a jednokomórkowce to przezwisko dla ludzi posiadających tylko jeden telefon.
Dlatego Mariusz był zaskoczony, że TotemCreator tak dobrze działa. Urządzenie było najnowszym pomysłem Ośrodka. Naczelnictwo wyszło z takiego założenia: harcerstwo zawsze miało uczyć rzeczy praktycznych. Weźmy taką pionierkę obozową. Uczy ona podstawowych umiejętności stolarskich. A raczej uczyła, bo od dekad nikt już nie obrabia drewna ręcznie, a stolarze jedynie instruują maszyny, jak mają przygotować wyrób. Dlatego też bezsensem byłoby dalsze katowanie druhów ręczną budową obozowisk (a do tego tak niebezpieczną!), bo takie umiejętności im się w życiu nie przydadzą. Zamiast tego należałoby ich zaopatrzyć w machinę stolarską i niech sami zaprogramują ją na robienie prycz.
Oczywiście tak wielką rewolucję w dziedzinie pionierki nie sposób przeprowadzić z roku na rok, dlatego Ośrodek uruchomił najpierw program pilotażowy: małe maszyny stolarskie, specjalnie dostosowane do tworzenia totemów zastępów. I tak powstał TotemCreator.
Phm. Skołaszewski z nieukrywanym zadowoleniem obejrzał drewniane oznaki zastępów wykonane przez maszynę. Wypytał też kadrę o to, czy korzystanie z urządzenia było dla druhów intuicyjne („Tak, w miarę.”). I czy skróciło czas pracy nad totemami („Nie bardzo, bo musieli przeczytać tę grubaśną instrukcję obsługi”). A także czy ktoś wyraził chęć zostania stolarzem („Kilku druhów, o ile prawdziwi stolarze nie muszą czytać tak obszernych instrukcji”). I czy totemy się przypadkiem nie ruszają.
– Ruszają? Słucham? – Mariusz otworzył szeroko oczy.
– Wysuszają.. Pytałem, czy się nie wysuszają – odrzekł natychmiast Skołaszewski. – No wie druh, drewno schnie i pęka, totem wtedy mogą stracić wartości estetyczne.
– Nie, nic nie pęka – odpowiedział Mariusz, lekko skonfundowany. Po chwili dodał: – No, może poza pazurem Sokoła, ale to chyba z innego powodu.
—
Była już cisza nocna. Oboźny Mariusz leżał na pryczy i przelewał swe myśli na kartkę. Za młodu naczytał się powieści detektywistycznych i teraz mu się to odbijało w postaci niezdrowej fascynacji zagadkami. A totemy rzeczywiście wyglądały na zagadkę. Tak jak wizytator.
Wtem usłyszał głośny stuk z placu apelowego. Podniósł połę namiotu i zlustrował okolicę wzrokiem, nic jednak nie dostrzegł. Zapalił więc latarkę i jeszcze raz dokonał oględzin, tym razem zauważając przemykającą między namiotami postać.
Mariusz Holmes narzucił kurtkę na piżamę i wyłączywszy latarkę, cicho i szybko ruszył za podejrzanym.
Śledzony był kilkanaście metrów przed oboźnym, więc między drzewami nie sposób go było dojrzeć, jednak nie miał w ogóle wprawy w skradaniu się i wystarczyło kierować się odgłosami łamanych gałęzi.
„Najwyraźniej inż. Skołaszewski nigdy nie zdobył sprawności Lekkiej Stopy.” – pomyślał złośliwie Mariusz.
Po kilku minutach trzaski ustały. Oboźny zatrzymał się też, by nawet drobnym odgłosem nie zdradzić swojej obecności, i spróbował się rozeznać w terenie. W odległości kilkudziesięciu metrów zauważył jaśniejsze plamy namiotów i po ich układzie zorientował się, że jest przy Kwatermistrzostwie, o dokładniej niedaleko składu żerdzi.
Mariusz nie zdążył się zastanowić, co to właściwie oznacza, gdy jego czułe uszy oboźnego (wrażliwe np. na odgłos łamanego wafelka albo otwieranej paczki chipsów w namiotach zastępów) wychwyciły dźwięki innych nadchodzących postaci, i to z kilku stron na raz. Korzystając z zasłony hałasu przykucnął i zbliżył się do składu ile tylko mógł.
Ujrzał kilka postaci, które chwyciły żerdź i zaczęły się z nią oddalać. Po chwili następna grupka wyniosła kolejną kłodę.
„Bingo! Chyba znam już rozwiązanie kwestii znikających żerdek…” – pomyślał triumfalnie Mariusz, kiedy nagle spostrzegł coś lekko niepokojącego. Jeden ze złodziei drewna miał skrzydła… I w ogóle wszyscy byli podłego wzrostu.
I wtedy Mariusz zorientował się, że to przecież totemy.
No tak, to jasne i oczywiste. Że też wcześniej na to nie wpadł. Drewniane totemy nocą ożywają i podkradają żerdki. A czemu by nie? Pewnie potem tną je na mniejsze kawałeczki i układają ognisko. A później śpiewają przy nim piosenki i jedzą drewniane kiełbaski.
Oboźny uszczypnął się w przedramię, ale rzeczywistość pozostała nieubłaganą jawą. Postanowił więc śledzić dalej złodziejaszków.
Totemy maszerowały dziarsko, pomimo obciążenia żerdziami. Mariusz był pełen podziwu dla ich siły: zwykle trzech młodszych druhów jęczało i stękało, niosąc co grubsze sągi, zaś totemy nie protestowały. Może dlatego, że nie miały ust…
Dopiero po jakimś kwadransie dotarli na miejsce, które okazało się być polaną na szczycie niewysokiego okolicznego wzgórza. Mariusz ujrzał nań jakąś topornie wyglądającą konstrukcję, ale nim zdążył się jej przyjrzeć, świat nagle rozbłysł i równie nagle ściemniał.
—
Mariusz odzyskał przytomność i w księżycowym świetle zobaczył przed sobą postać. Zdecydowanie ludzką, co było poniekąd miłą odmianą.
– Proszę, proszę. Mariusz oboźny może nie groźny, ale na pewno zbyt wścibski… – usłyszał głos Skołaszewskiego.
Dopiero teraz Mariusz poczuł, że jest skrępowany liną i przywiązany do jakiegoś drzewa. Więzy były naprawdę solidne.
– To co, teraz druh zamierza mnie ukatrupić?
– No bez przesady! – obruszył się inżynier. – Może i jestem tutaj czarnym charakterem trochę i troszkę pretenduję do miana Doktora Zło – no, raczej Magistra Zło, po prawdzie – ale składałem Przyrzeczenie i jednak nadal mnie ono obowiązuje. Jakoś nie przypominam sobie, by to szło „… całym życiem, za wyjątkiem chwil, gdy będę zdobywał świat…” – Skołaszewski wybuchnął tym rodzajem demonicznego śmiechu, jaki jest zarezerwowany dla wszystkich złych i przebiegłych naukowców. – Nie wiem na razie, co z tobą. Ale póki się zastanawiam, możesz bez skrępowania podziwiać moje dzieło.
– Czyli chodzące totemy kradnące drewno ze zgrupowania?
– To tylko element planu. Fundament, na którym powstaje to! – Skołaszewski wskazał na konstrukcję, którą Mariusz zdążył ledwie spostrzec przed ogłuszeniem. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak sterta drewna. Na drugi rzut zresztą też. Dopiero za trzecim podejściem, i to przy dużej ilości samozaparcia, dało się dostrzec w tej pryzmie pewną dozę regularności.
– A to to jest…? – spytał Mariusz, gdy pomimo prób sklasyfikowania konstrukcji wyobraźnia skapitulowała.
– No jak to co? Laser!
Mariusz nie wiedział, co powiedzieć. Już prędzej spodziewał się odpowiedzi „Bulbulator”.
– Dokładniej, to laser rubinowy. Tu oto mam mały rubin, który zaraz umieszczę w środku i dzieło będzie gotowe. No, po prawdzie, to rubin jest sztuczny. Ale przecież wygląda jak prawdziwy i to wystarczy. Bo w laserze powstaje wiązka światła, a światło tak samo się zachowa na rubinie prawdziwym jak i sztucznym, bo przecież wygląd to nic innego jak odbijanie i pochłanianie promieni świetlnych – rzekł Skołaszewski z mocą, jakby sama siła jego wiary miała przekonać Wszechświat, że tak właśnie jest.
Mariusz znów nie wiedział, co powiedzieć. Poraziła go logika tego fizycznego heretyka.
– No a na co druhowi taki sztucznorubinowy laser? – zapytał w końcu.
– No jak to na co? Zaraz wyceluję go w Główną Kwaterę, kilka kilometrów stąd! Postraszę ich trochę i troszkę zaszantażuje i raz-chiach zostanę mianowany Przewodniczącym! Wszyscy poznają mój geniusz! No, ale dość tego samouwielbienia, bo przecież dobrze wiemy – Skołaszewski mrugnął do Mariusza. – że im dłużej zły bohater gada, tym więcej czasu ma dobry na uwolnienie.
– Rzeczywiście jesteś niezłym geniuszem – zaczął Mariusz, chcąc zyskać na czasie. Nie wiedział zbytnio po co, ale liczył, że może wkrótce wpadnie na jakiś chytry pomysł. – skoro zaprogramowałeś te totemy, by wykonywały tak skomplikowane zadania. Każdy ma jakiś mikrochip?
– Tak, od samego początku HOB chciał montować w totemach mikrokomputery, choć jeszcze bez pomysłu na zastosowanie. No ale skoro dziś nawet koszula ma w sobie układ scalony, to tym bardziej totem powinien. A co do programowania… Po prawdzie, to niezupełnie sam to zrobiłem. Poszperałem w google trochę i troszkę popytałem na forum informatycznym… Ale sam wgrałem te programy na wzorcowy chip. Naprawdę, dość paplaniny.
Podharcmistrz podszedł do drewnianego pseudolasera, wymijając po drodze totemy, ciągle dokładające do konstrukcji jakieś mniejsze kawałki, już chyba raczej dekoracyjne. Dopiero teraz Mariusz dostrzegł wzorowy podział ich pracy. Na boku Ryba Piła (fantastyczna nazwa dla zastępu) cięła żerdki według pomiarów Nornicy. Gotowe kawałki były transportowane do głównej konstrukcji przez kilka różnych totemów, w tym latającego Sokoła. Mariusz zauważył, że ptaszkowi mozolnie idzie, bo z powodu ułamanego szpona – a zapewne ów defekt nastąpił kiedyś podczas transportu cięższego bala – niesiony przezeń kawałek drewna co jakiś czas wyślizgiwał się i spadał na ziemię. Sokół lądował więc, podnosił ładunek i ponownie startował, by po kilku sekundach powtórzyć manewr.
Skołaszewski nacisnął guzik (obowiązkowo duży i czerwony) i… nic się nie stało, co zresztą zupełnie nie zdziwiło Mariusza. Inżynier z narastającą furią spróbował jeszcze kilka razy uruchomić laser, ostatecznie uderzając w przycisk pięścią.
– Do cholery! Jakiś błąd?
– Nie nie, skądże! – uspokoił go Mariusz, w którego głowie wykiełkował już pomysł. – Tylko nie pomyślał druh o wszelkich konsekwencjach sztucznego rubinu. Bo teraz jest to sztuczny laser, emitujący sztuczny promień. To znaczy, że działa on tylko na rzeczy sztuczne: sztuczny jedwab, sztuczne szczęki i wszelakie tworzywa sztuczne. To znaczy też, że jest widoczny tylko dla sztucznych oczu.
– Sztucznych oczu?
– Ja mam okulary… To nie jest naturalny wzrok, zatem jest sztuczny. I dlatego ja widzę promień lasera – blefował Mariusz.
– Widzisz go! – uradował się Skołaszewski i z kieszeni wyjął kartę płatniczą. – To jest plastik, czyli tworzywo sztuczne, nie? Pokieruj mną na ten promień, to zaraz sprawdzimy, jak silnie działa!
– Trochę naprzód. Teraz w lewo… Nie, w prawo. Jeszcze trochę. A przepraszam, krzywo spojrzałem, to przez ten astygmatyzm. Do tyłu jednak, tak półtora kroku…
Być może inżynier Skołaszewski zaczął nabierać podejrzeń, że coś jest nie tak, gdy nagle kilkukilogramowy kawałek żerdki spadł mu prosto na głowę. Chwilę później obok zemdlonego naukowca wylądował Sokół i z uporem zabrał się do podnoszenia upuszczonego drewienka.
A Mariusz zaczął wrzeszczeć o pomoc, licząc, że warta nocna go usłyszy i odnajdzie. Nie przeliczył się.
—
Trwała cisza poobiednia, kilka dni później.
– Zastępowy Żubrów do komendy!
Wywołany druh z werwą przybiegł do kadrówki.
– Dzisiaj kolej waszego zastępu na obieranie ziemniaków – poinformował go Mariusz. – O piętnastej kucharka czeka przy ziemiance.
– Dobra. A mogę ustrojstwo?
– Jasne, ale za kwadrans ma być z powrotem – Mariusz podał druhowi urządzenie, które skonfiskowali ekspodharcmistrzowi Skołaszewskiemu.
Zastępowy Żubrów wszedł do namiotu, gdzie jego chłopaki beztrosko wylegiwali się po posiłku. Podszedł do jednego z nich i rzucił mu na pryczę urządzenie oraz totem.
– Janek, masz tu programator i za dziesięć minut nasz Żuberek ma wzorowo obierać kartofle. A jak nie, to sam pójdziesz do kuchni.
Jacek Tomaszewski HO
PS
Heretyk, rubin, szpon. Oto były słowa.
