Strona główna / Wyróżnione / Harce z mediami

Harce z mediami

Przeczytałem ostatnio bardzo smutny tekst o tym, jak ciężko zainteresować media imprezą harcerską. Wnioski autorki, które na łamach „Wywiadowcy” opisuje swoje relacje z dziennikarzami, są przygnębiające. Skądinąd, lekkie pióro i barwny – a przy tym – nasycony konkretami styl autorki, każe przypuszczać, że z powodzeniem mogłaby wyręczyć paru zawodowych dziennikarzy przy pisaniu tekstów do prasy. Okazuje się jednak, że to nie wystarcza.

Nie chodzi mi tu, zaznaczam, o konkretną imprezę. „Tydzień patriotyczny” znam właściwie wyłącznie z mediów. Chodzi o postawione tezy, które – jeśli dobrze rozumiem – mają być nauką przy kolejnych harcerskich przedsięwzięciach.

Autorka ciekawie systematyzuje i wymienia szereg warunków, które należałoby spełnić, żeby wypromować imprezę harcerską. Dzieli je na czynniki wewnętrzne (umiejętności, które należałoby posiąść) oraz zewnętrzne, następnie podsumowuje w gorzkich słowach:

„[…] spośród czynników wewnętrznych nie spełniałyśmy wszystkich kryteriów, czynniki zewnętrzne zaś – praktycznie nie zaistniały.”

Warto przez moment spojrzeć na niewesołą puentę autorki z pewnej perspektywy. Rysuje się w niej przekonanie, że „my, co prawda, nie jesteśmy doskonali”, ale za to „świat zewnętrzny” jest dużo gorszy, a do tego – nieprzychylny i wrogi. Niestety, wnioski takie nie są niczym nowym. Wcześniej, do zbliżonych wniosków już doszli przedstawiciele innych grup, w których dominuje jasne poczucie hierarchii, a przy tym – dość daleko posunięty hermetyzm. Przy czym – o ile mi wiadomo – grupy te nie mają zbyt wiele wspólnego z harcerstwem. Postawę taką prezentują np. Świadkowie Jehowy oraz członkowie wielu sekt religijnych. Ogólnie rzecz biorąc, raczej nie polecałbym.

Warunki, które należy spełnić samemu, aby osiągnąć cel (czynniki wewnętrzne), autorka prezentuję w postaci pokaźnej listy umiejętności. Nie bez ironii, jak sądzę. Mam nadzieję, że sądzę słusznie, bo lista „podstawowych” umiejętności harcerskiego pijarowca chwilami bardziej przypomina niedościgniony wzorzec, niż „niezbędnik”. Podobno „od nadmiaru głowa nie boli”… może za to skutecznie zniechęcić. Sęk w tym, że zabrakło tam czegoś bardzo ważnego, jeśli nie – najważniejszego. Wczytałem się w listę kolejny raz, z lekkim niedowierzaniem, ale nic z tego – nie znalazłem. A to priorytet, jeśli chce się zrozumieć, dlaczego dziennikarze czasem garną się do współpracy, a dużo częściej potrafią porazić – jak pisała autorka – „ignorancją”.

Istota kooperacji z dziennikarzem tkwi w prostym mechanizmie. Rządzą się nim wszystkie profesjonalne media, którym zależy na utrzymaniu i poszerzeniu kręgu odbiorców (a przez to i reklamodawców). Dziennikarz jest tym, który ma to zapewnić. W jaki sposób? Ma przynieść „story” – ciekawą historię.

Wśród medioznawców, czyli ludzi, którzy zajmują się badaniem rozwoju mediów, jest jasne, że ludzie chcą przede wszystkim poznawać nowe interesujące historie, którymi mogą się podzielić z innymi. Dopiero, niejako przy okazji, są gotowi przyswajać nowe informacje. Jeśli chcesz więc zainteresowania dziennikarzy, daj im „świetną historię”. Podkreślam, nie walcz o wzmiankę w gazecie. Napomknięcie w serwisie informacyjnym. O „odnotowanie faktu”. Nie zadawalaj się pozyskaniem tzw. patronatu medialnego. Na to przyjdzie czas – niewykluczone, że bez większego zaangażowania z Twojej strony. Walcz o prawdziwą „dużą historię”. Taką, którą Twoja koleżanka, który nie ma nic wspólnego z ZHRem, sam chętnie opowiedziałaby znajomym przy piwie.

Tak się złożyło, że miałem okazję przyglądać się setkom prób zainteresowania dziennikarzy przeróżnymi sprawami. Były wśród nich również i wątki harcerskie. Ogromna większość z nich dzieliła los listów do redakcji – 99% z nich kończy swój żywot w redakcyjnych niszczarkach. W ferworze szukania inspiracji dziennikarze z trudem znajdują w nich tematy, które poruszyłyby ich odbiorców, nie mówiąc o tym, aby inne media zechciały je później zacytować. W znacznej mierze, to „zmarnowane” sprawy, które mogły mieć swoje 5 minut, ale mieć nie będą. W większości przypadków, opisane sprawy dzielą się na dwie kategorie.  Albo, po prostu, są nieciekawe. Albo, mają pewien potencjał, ale waga tych historii, które można byłoby z nich „wyciągnąć”, nie jest adekwatna do zaangażowanych „sił i środków” w ich pogłębianie i szlifowanie.

W tym samym czasie, do dziennikarza i jego redakcji docierają już „obrobione” soczyste historie, niejako „na talerzu”. Nierzadko, są one już częściowo wyeksploatowane – może nawet wcześniej ukazały się w innej profesjonalnej gazecie lub portalu. Nie trzeba chyba długo się zastanawiać, czym zajmie się dziennikarz. Oczywiście, może zająć się reporterskim dogrzebywaniem się czegoś interesującego wokół tematu o zbliżającym się harcerskim zlocie. W tym samym czasie, może też zrobić ze 3 materiały w oparciu o informacje ze sprawdzonego źródła. To źródła, które wcześniej dostarczyły „świetne gorące historie”. Do tych źródeł dziennikarz zawsze będzie wracał.

Kontakt z dziennikarzem to proces budowania wzajemnego zaufania. Z jednej strony, on może liczyć, że historia, którą mu opowiesz, będzie świetna i jedyna w swoim rodzaju (i, co oczywiste, prawdziwa). Z drugiej strony, gdy poprosisz go o spotkanie, on nigdy nie odmówi.

Jeśli więc wcześniej nie miałeś udanego kontaktu z dziennikarzami, a Twój Przełożony mówi Ci: „za miesiąc jest taka fajna impreza, którą warto zainteresować media”, to.. życzę powodzenia. Z rozkazami, rzecz jasna, się nie dyskutuje. Staniesz na głowie, a nuż się uda. Szans na sukces za wiele nie ma, za to są całkiem spore na to, żeby świeżo poznani dziennikarze, szybko i na trwałe wykasowali Twój numer komórki. Ale naprawdę zła wiadomość jest taka, że gdy będziesz miał naprawdę ważną sprawę lub naprawdę mocną historię, oni przypomną sobie, z jakimi to „fantastycznymi njusami” próbowałeś ich podejść ostatnim razem.

Jest, oczywiście, inny wariant – uda Ci się ze zwykłego zlotu harcerskiego uczynić „mega story” zaledwie w ciągu miesiąca. Jakimś cudem, zdążysz porozmawiać z instruktorami, harcerzami, ich rodzicami. Uda Ci się wydobyć od nich takie smakowite kąski, które staną się zaczynem się arcypysznej opowieści. Odkryjesz niesamowite historie i ich bohaterów – żywych ludzi, o których przygodach i zmaganiach z przyjemnością wysłuchałaby większość Twoich znajomych niezwiązanych z harcerstwem. Zasłyszane informacje potwierdzą się w co najmniej dwóch źródłach. Na koniec, przedstawisz to dziennikarzowi wiodącej redakcji prasowej lub telewizyjnej. Najpierw zobaczysz błysk oku, potem, że słucha jak zaczarowany. Rzecz jasna, sprawdzi Ciebie, Twoją historię i jej bohaterów, ale wszystko zapiąłeś na ostatni guzik. Reporter nie znajdzie żadnej nieścisłości, która mogłaby spowolnić pracę nad materiałem. Zostaje tylko czekać na wielki dzień.

Tuż przed imprezą, najbardziej opiniotwórcza gazeta zachęca na pierwszej stronie do lektury niesamowitej historii. Porusza nie tylko czytelników. Zauważają to portale internetowe, które od rana opowiadają naszą historię. Dziennikarze innych mediów również mają co robić. Na naszej imprezie pojawia się telewizja, żeby nagrać głównych bohaterów wczorajszego gazetowego reportażu w gazecie… Tydzień później, jedziesz autobusem, a grupka młodych ludzi z ożywieniem dyskutuje „wiesz, o tej historii”, „no przecież pisali o tym w gazecie.”

I to wszystko w miesiąc? Jeśli szczęście sprzyja lepszym, to termin dla mistrzów w tej branży. W rzeczywistości, to gra z wieloma niewiadomymi w zdobywanie interesujących informacji i przekonania o swojej umiejętności dziennikarzy. Proces ten wymaga systematycznej i solidnej pracy. Im bardziej będzie ona rzetelna, tym jej owoce – bardziej obfite. A do tego, potrzebny jest czas i ludzie, którzy nie boją się wyzwań.

Jest też pewien drobny szkopuł. Opisane tu podejście kompletnie zawodzi, gdy wyłączy się osobistą ciekawość świata i kreatywność. Ale od kogo można tego wymagać, jeśli nie od skautów.

Łukasz Królikiewicz, były drużynowy XV ŁDH im. A. Małkowskiego

4 komentarze

  • Ciekaw jestem, jakie „megastory” można było zrobić z Tygodnia Patriotycznego? Sądzę, że na przykładach łatwo zobrazować pewne mechanizmy.

    Bo czyż sama taka impreza nie jest wystarczającym wydarzeniem? Czy jednak powinniśmy się skupić na poszukiwaniu „smakowitych kąsków”, np. historii życia jakiegoś organizatora i jego trudu włożonego w przygotowania, opowiadając w ten sposób nie o imprezie, ale o jej organizacji? Bo tak zrozumiałem myśl stojącą za szukaniem opowieści.

  • Adam Kralisz

    To nie jest żadna personalna wycieczka!
    Moja opinia wynika z wielu doświadczeń z mediami. I to najczęściej nie związanych z ZHR. Chodzi o sytuacje, w których media zakłamują rzeczywistość, podają informacje niesprawdzone, przekręcają nazwiska osób wypowiadających się, sięgają po informację z jednej ręki, nie próbując sprawdzić wiadomości, nie próbują dotrzeć do drugiej strony konfliktu, itp. Nie wspominające o tym, że żerują głównie na rzeczach złych, na aferach, kłótniach, kradzieżach, zabójstwach, wypadkach. Przedstawić, że ktoś komuś pomógł, że się pogodził a konsekwencji „tematu” już nie ma, że ktoś coś wynalazł, że gdzieś odbywa się pozytywna akcja, działanie, impreza? Po co? A jeśli już to dwa zadania na marginesie i przepisanie informacji z jakiejś strony internetowej – bo najłatwiej.
    To oczywiście nie przeczę, że są porządni dziennikarze, ale czemu tak rzadko można ich spotkać i coś wartościowego przeczytać i obejrzeć?

  • @AK
    W sumie mógłbym zacząć podobnie:
    „Jeśli dobrze rozumiem, Szanowny Adwersarz jest jakoś związany z harcerstwem…? Wiem, uogólnienia na ogół są krzywdzące. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że harcerze są… tacy i owacy.”
    Tylko, po co? Argumenty ad personam? Proszę bardzo. Może być barwnie, przynajmniej na krótką metę. Na dłuższą metę, wycieczki personalne są raczej ślepą uliczką.
    A może tak do rzeczy? Ad rem.
    Prawdopodobnie, w ogólnej ocenie mediów, nie wiele sie różnimy. Ale realny problem polega na tym, gdy negatywna ocena mediów wynika z niezrozumienia warsztatu pracy dziennnikarza. I właśnie tego dotyczył powyższy tekst.

  • Adam Kralisz

    Jak rozumiem, szanowny autor tego artykułu jest jakoś zawodowo związany z mediami? Wiem, że na rzeczywistość – tą jaka ona jest – nie można się obrażać, ale przyznam szczerze, że mam jak najgorsze zdanie o dziennikarzach – jako grupie zawodowej. Generalizacja może być krzywdząca, ale jeśli lekarze tak by leczyli, nauczyciele – uczyli, sprzedawcy – sprzedawali, itd. jak pracują dziennikarze to… byłoby bardzo źle.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *