Jak co tydzień wybierałem się na jedną ze zbiórek drużyn harcerskich Łódzkiej Chorągwi Harcerzy. Podążałem tam na zaproszenie jej drużynowego pwd. Filipa Zdziennickiego. Idąc w pośpiechu z pracy, ok. godziny 16:30, spotkałem po drodze Sebastiana, który oddał mi mój zegarek, naprawiany u zegarmistrza przy ul. Legionów, w pobliżu jego domu.
Na Zdrowie, w kierunku Złotna, jeździł kiedyś tramwaj linii nr 17. Dziś przeważnie 43. Kiedy na przystanek podjechał tramwaj, wsiadłem do niego bardzo szybko, licząc, że — jak wspomniana siedemnastka — także i on będzie się poruszać w kierunku harcówki „28”. Musiałem wysiąść jeszcze przy placu Wolności, aby zakupić niespodziankę dla najlepszej drużyny Chorągwi.
Gdy wysiadłem z czerwonego tramwaju, miejsce wydało mi się nieco inne. Był to plac Wolności, ale jakby z innej epoki! Nerwowo spojrzałem na zegarek… 9.00 rano! 17 listopada 1935 roku! Co ten Sebastian zrobił z moim zegarkiem! Jakieś 10 minut trwałem tak w bezruchu przy pomniku Tadeusza Kościuszki zastanawiając się, o co właściwie chodzi…
Zaraz, zaraz, przecież o 10.00 właśnie, 17 listopada, XV Łódzka Drużyna Harcerzy obchodziła swój jubileusz 15-lecia i miała wówczas wręczenie sztandaru. A gdyby tak… nie, to nie możliwe… Pomyślałem, że należy wybrać się na ul. 1 Maja 87/89, gdzie przed wojną mieściła się Szkoła Podstawowa nr 15, aby zobaczyć tę uroczystość.
Zebrałem się więc w sobie i szybko pobiegłem ulicą 11 listopada, potem Żeromskiego, do 1 Maja. Dyskretnie stanąłem w bramie tuż przed wejściem na plac apelowy, gdzie można było dostrzec wielu harcerzy, rodziców i innych zaproszonych gości. Była też „15”, „28”! (jednak dotarłem na ich zbiórkę). Przez chwilę myślałem co robić dalej. Najwygodniej było obserwować, kiedy nagle jakiś biegnący harcerz trącił mnie przypadkowo, pytając: „Druhu! Druh nie idzie?” Zdezorientowany odpowiedziałem: „Idę!”, ruszając za biegnącym na miejsce zbiórki „Małkowszczakiem”. Dyskretnie zdjąłem jednak rogatywkę i zapiąłem mój piętnastkowy polar, aby nie zwracać zbytnio na siebie uwagi.
Kiedy ustawiłem się, wraz z przybyłymi na uroczystość gośćmi, w centralnym punkcie placu apelowego, ujrzałem leżący na stole sztandar drużyny. A przy nim… zaraz, zaraz… druh Stefan Szletyński — ówczesny komendant Łódzkiej Chorągwi Harcerzy! Co za chwila! Pomyśleć, że w 2011 roku Łódzka Chorągiew Harcerzy będzie zdobywać go jako swojego bohatera Chorągwi, aby na swoim sztandarze nosić jego imię. A może by tak podejść, choćby zasalutować, przywitać się, podać dłoń, porozmawiać…
W tej właśnie chwili na myśl przyszły mi słowa: „Druhu Stefanie, za cztery lata … w sierpniu 1939 roku. Niech druh zostanie w domu, niech druh nie idzie… rodzina będzie druha bardzo potrzebować. Chłopcy będą mali, będą potrzebowali ojca. Szczególnie po wojnie… Po wojnie, której druh nie przeżyje! Rosjanie w kwietniu 1940 roku w lesie katyńskim zamordują wiele tysięcy polskich oficerów. Proszę o tym pamiętać”.
Nieśmiało ruszyłem, aby do niego podejść. „Czuwaj druhu — czu…” Titititit…ttititit…titititit… 6:20 rano, trzeba wstać do pracy… To był tylko sen.
Michał Stasiak


