Strona główna / 2. Z pola walki / Epicentrum / Kurs phm zakończony – relacje kursantów.

Kurs phm zakończony – relacje kursantów.

3 spotkania – 5 kursantów którzy dobrnęli do końca – Opole, Łódź, Lasy Rogowskie – obserwacja,integracja – motywacja, działanie – metody, działania, pomysły – tak mniej więcej w krótkich słowach można przedstawić zakończony 6 grudnia kurs podharcmistrzowski organizowany przez Łódzką Chorągiew Harcerzy. Pozwólmy samym uczestnikom, aby podsumowali zarówno poszczególne spotkania, jak i cały kurs.

Spotkanie I – Opole.

Wyjazd do Opola był związany z uroczystościami nadania sztandar, w których uczestniczyliśmy. Było wiec atrakcyjnie, ale mało merytorycznie. Można było obserwować jak taka impreza wygląda w praktyce, ale zabrakło mi trochę teorii..
pwd. Łukasz Korycki

Opole odwiedziliśmy w okresie, kiedy tamtejsza Chorągiew była najbardziej zmobilizowana – podczas uroczystości kończących kampanię bohater. Zadaniem głównym wyjazdu była integracja i zapoznanie ze sobą uczestników, a także umożliwienie postronnej obserwacji wydarzeń i uroczystości harcerskich, bardzo istotnych dla danego środowiska. Wzięliśmy udział w większości programu, w związku z czym mieliśmy możliwość oglądu całych uroczystości.

Nasze pierwsze spotkanie kursowe było dość nietypowe, ponieważ odbywało się podczas obchodów nadania imienia i sztandaru Chorągwi Harcerzy Ziemi Opolskiej. Organizatorzy tej imprezy bardzo sumiennie wypełnili swoje obowiązki i nie sposób było narzekać na nudę. Zajęcia stricte kursowe odbyły się tylko jedne (Niewiele mogę o nich powiedzieć, gdyż przez ich znaczna część byłem nieobecny z powodu apelu podsumowującego nocny bieg na orientację), ale właśnie dzięki nim postanowiłem odejść od tradycyjnej formy na fabułę obozową i póki co okazuje się nie mieć żadnych słabych stron. Nasze pierwsze spotkanie było nastawiona raczej na integrację przyszłych podharcmistrzów i ten cel spotkania został osiągnięty w 100%. Niestety przykrą sprawą okazał się fakt iż tylko dwie osoby brały udział we wszystkich trzech spotkaniach.
pwd. Konrad Pawlak

Merytoryczne zajęcia poprowadził komendant kursu – phm. Radosław Podogrocki – były one poświęcone programom wychowawczym zarówno ZHRu, jak i harcerstwa ogólnie.

Część uwagi skupiliśmy na sylwetce rotmistrza Pileckiego – bohatera Chorągwi Ziemi Opolskiej. Jest to postać nietuzinkowa, w której możemy z całą pewnością doszukiwać się naszego autorytetu i wzorca.

Oto kilka słów pwd. Tomasza Hasińskiego na temat tego spotkania:

Wieczorem na placu (chyba) przed katedrą zapłonęło ognisko. Z technicznego punktu widzenia bardzo mnie zainteresowało. Na środku placyku (takiego wyłożonego płytami chodnikowymi) stanął stos ogniskowy. Wokół usiedli zaproszenie harcerki i harcerze (jak to zwykle bywa), a na ścianie kamienicy były wyświetlane obrazy i filmy z projektora multimedialnego. Może to tak prosto brzmi, ale realizacja (dość prosta) dała zdumiewający mnie efekt. Coś jakby normalne ognisko obozu, tyle że zamiast leśnej scenerii, wokół kamienice, chodniki, samochody, budynek kościoła – centrum miasta. I jeszcze zaadaptowana na olbrzymi ekran ściana budynku. Coś niesamowitego. Z merytorycznego punktu widzenia ognisko dalej pozostawało interesujące, ale poza gawędą i tym że rzutnik został efektywnie i efektownie wykorzystany nie wiele już dzisiaj pamiętam. W nocy przewidziany został dla instruktorów element dynamiczny , by padli już do końca po, mimo iż statycznym (a może właśnie dla tego), wyczerpującym dniu. Nocny bieg o szablę rotmistrza. Bieg na orientację oczywiście […]


Spotkanie II – Łódź.

Jako osoba wywodząca się z małego środowiska, która większość zbiórek drużyny oraz zastępu spędziła w lesie, dlatego uważam że było by to dla mnie nie lada wyzwanie prowadzić drużynę w mieście. Uczono mnie, harcerstwo to głównie puszczalstwo dlatego gdy dowiedziałem się na kursie iż cały weekend spędzimy w mieście byłem troszkę zdziwiony, jak i również pełen zapału do poznania miejskiego życia harcerskiego.  Wraz z pwd. Maciejem Lewandowskim, który również jest z chorągwi harcerzy ziemi opolskiej szybko zintegrowaliśmy się z druhami z Łodzi. Piątkowe zajęcia były typowymi zajęciami podharcmistrzowskimi. W sobotę większość czasu spędziliśmy na mieście, m.in. zwiedziliśmy urząd miejski, EC1, mieliśmy również okazje zobaczyć tzw. lofty oraz „familoki” (to ze śląskiego- domki wielo rodzinne stawiane przy fabrykach). Zwiedziliśmy muzeum tramwajowe. W między czasie odbyło się kilka zajęć takich jak regulaminy, czy też historia harcerstwa w Łodzi. Wieczorem zostaliśmy wywiezieni z zawiązanymi oczami do podziemnego parkingu gdzie mieścił się klub paintball’owy, w którym kadra zmierzyła się z kursantami. Odbyliśmy w ciągu kilku godzin kilkanaście starć z różnym skutkiem :D. W niedziele z rana msza św. zajęcia z planowania i wyjazd do domu.
pwd. Michał Węglarz

Tak to spotkanie wspomina pwd. Maciej Lewandowski:

Już pierwsze zajęcia dały mi do myślenia i uświadomiły jakie problemy ma współczesna młodzież. To co dotychczas znałem z opowiadań mogłem zobaczyć na własne oczy. Kolejny blok poświęcony EC1 dla mnie jako niełodzianina był pozornie mało atrakcyjny, aczkolwiek plany i wizualizacja budowy okazały się zaskakujące i zapierające dech w piersiach. Kolejne zajęcia, na których coraz bardziej rysowało się zmęczenie, również znosiły nowe pomysły. Tak oto moja głowa stawała się coraz bardziej pełniejsza planów. W duchu powiedzenia: zadowolony harcerz to najedzony harcerz, nie mogło zabraknąć wspaniałych posiłków które na długo odcisnęły się w mojej pamięci. Oczywiście nie można pominąć nocnej bitwy paintballowej kursanci kontra organizatorzy. Trzeba przyznać że walka była wyrównana, jednak zwycięzca może być tylko jeden. Kto wygrał? To już jest nasza tajemnica. I tak oto posiniaczenie, pomalowani ale całkowicie szczęśliwi wróciliśmy do domów.

Spotkanie III – Łódź + okolice.

To spotkanie rozpoczęło się  od gry terenowej. Jej celem było przede wszystkim zebrać i odszukać  swój oddział, dotrzeć do oznaczonych celów i wykonacć przy nich poszczególne zadania. Ponad to należało spisać litery umieszczone na plecakach, spodniach i kurtkach wrogiej drużyny. To ostatnie zadanie trochę nie wyszło gdyż oba oddziały natrafiły na siebie w jednym miejscu i jedni jak i drudzy odczytali znaki przeciwników. Cele były rozmieszczone na odcinku ok. 15 km. wiec oba patrole miały „krótki spacerek” z plecakami. Bo dotarciu do celu podzieliliśmy się na  dwa zespoły jeden miał się zająć przygotowaniem posiłku (upiec zająca i szynkę z dzika) a druga przygotować przeprawę na drugą stronę rzeki do miejsca gdzie mieliśmy nocować (jak się później okazało nie nocowaliśmy po drugiej stronie rzeki więc przeprawa nie była konieczna do rozstawienia). Zając i dziczyzna okazały się wyśmienite i szybko zaspokoiły nasz głód, podczas spożywania ciepłej strawy słuchaliśmy zajęć o prowadzeniu finansów, i dyskutowaliśmy o metodzie wędrowniczej. Po tych zajęciach udaliśmy się na spoczynek pod chmurką (całe szczęście nie burzową).
Następnego dnia z rana wróciliśmy do Łodzi gdzie odbyły się kolejne zajęcia: o metodzie harcerskiej i zuchowej, a także odnośnie współpracy z kapelanem (czy duszpasterzem). a także odnośnie kapituł i komisji stopni zakończonych zadaniem: wymyśleniem próby najtwardszego HR.
pwd. Konrad Pawlak

Tak ostatnie spotkanie wspomina pwd. Tomasz Hasiński:

Trzecia część – grudniowa rozpoczęła się jeszcze przed wschodem słońca, bo o 6:00 w piątek (co do tych zer to możnaby polemizować). I z tego miejsca chciałbym podziękować i pogratulować organizatorom, gdyż planując koniec kursu na sobotę wieczór pozostawili nam (uczestnikom) i sobie (organizatorom) „wolną” niedzielę. O nieocenione dobro wolna niedziela! Zwłaszcza wśród typowych akcji „piątek wieczór – niedziela późne popołudnie”. Zerwani skoro świt zostaliśmy wywiezieni w las i po zaopatrzeniu nas w zaszyfrowaną instrukcję, zostawiono nas w samotności (do czasu) […]

Gdy dotarliśmy do celu przywitano nas wieścią, że mamy przygotować zająca i zrobić przeprawę na drugą stronę bagienka. Zająca? Okazało się, że komenda zakomenderowała, że dzisiejszy obiad zrobimy z produktów pierwotnych („no, poza chlebem, bo nie ma czasu na robienie zakwasu”). Przeprawa po to, że po drugiej stronie było lepsze miejsce na nocleg. Delikatnie rzecz ujmując nie byłem zachwycony ani koncepcją obiadu, ani spaniem w szałasie w grudniu […]

Moje morale krzyczało: „ o nie! Las taki zgniłoliściasty, zimno w nocy – znów się nie wyśpię, a jeszcze nogi chcą usiąść”. Ale cóż było zrobić. Znieśliśmy drewno, rozpaliliśmy ognisko, a w tym czasie dwóch z nas poszło robić przeprawę. Zaczęliśmy przygotowywać zająca do pieczenia. Całkiem niezła zabawa była z tym, żeby go nadziać na ruszt i ponadziewać go słoniną z dzika (mieliśmy też szynkę z tego dzika na drugie danie). Po różnych pomysłach i perypetiach zając zawisł nad gorącym ogniem, a mu usiedliśmy wokół. Podczas oczekiwania na pierwsze danie odbyły się 2 wykłady: z dokumentacji finansowej i z metodyki wędrowniczej. Z drugich zajęć wyniosłem (co mnie zastanowiło i zaciekawiło) to, że chyba nie do końca jeszcze wiadomo jak drużyna wędrowników powinna funkcjonować, żeby rzeczywiście dobrze działać i żeby jej działalność nie skończyła się wraz z kadencją drużynowego. W między czasie zapadłą noc, a my po dniu wędrówki, siedzieliśmy w cieple ogniska, konsumując obiadokolację. Ktoś zadał pytanie: „zgadnijcie która jest godzina?”. Oceniając ilość zdarzeń, gwiazd na niebie, czerń nocy oraz upór powiek do zamykania wnioskowano, że północ za nami. Tymczasem nie było jeszcze 20! Niezależnie od godziny, uznawanej zazwyczaj jako młodą, podzieliliśmy się wartami przy ogniu i poszliśmy spać. Pobudka przewidziana była na 7 (wcześniej i tak jest jeszcze ciemno). 11 (słownie: jedenaście) godzin snu! (no -1:40 warty) Niebywała sprawa. Już wieczorem, gdy zasypiałem z wisielczego humoru nie było już nic (Polak głodny to zły), ale budząc się po nocy spędzonej w ciepełku ogniska (momentami piekiełku), pod rozgwieżdżonym niebem (wniosek by spać w namiotach odrzucono bez słowa sprzeciwu) i perspektywą zjedzenia reszty dzikiej szynki ze świeżym chlebem na śniadanie czułem się znakomicie. Przyszedł czas, by zwinąć obozowisko i jechać dalej. Gdzie? Do siedziby okręgu. Do wieczora, poza przerwą na obiad (2 dania: 1-a jakże-pizza, 2- kurczak a’la palze lizać z ananasem), ciąg mniej lub bardziej angażujących zajęć-wykładów. I tak o 20.00 zakończyliśmy ostatnie zajęcia i mając zadane do zrobienia zadania pokursowe rozeszliśmy się do domów. Co do grudniowego etapu to muszę przyznać, że był trochę monotonny: najpierw cały dzień w ruchu (monotypowym kończyn dolnych), potem kolejny w bezruchu. Mnie osobiście to męczyło i czekałem końca zarówno marszu jak i wykładów. Za to łącznik między dniami był wyśmienity niczym szynka z dzika. Z wykładów poza odświeżeniem informacji z odbytych w przeszłości kursów poznałem nowe zasady kategoryzacji i koncepcje pracy drużyn wędrowników ( i to że niektóre się nie sprawdzają). Poza tym z kursu wyniosłem wiaderko węgla z piwnicy dh Sebastiana i scyzoryk (tym razem otrzymany w prezencie od dh Radosława), który niby prosty w konstrukcji jest na tyle skomplikowany, ze dopiero tydzień po kursie odkryłem, że ma piłę na wyposażeniu.


Pwd. Michał Węglarz tak podsumowuje kurs:

Kurs uważam za bardzo udany mimo iż wraz z kolegą musieliśmy spędzić bardzo dużo czasu w rozjazdach aby się na nim zjawić, mimo tego uważam że było warto. Jeżeli chodzi o to, która część bardziej mi się podobała. Jest dosyć proste pytania, jak już wcześniej pisałem w moim środowisku harcerstwo bardzo mocno kojarzy się z puszczaństwem, dlatego też bardziej podobała mi się druga część kursu. Świetnym pomysłem było, przyrządzanie surowego mięsa. Jeszcze nigdy nie miałem takiej okazji, dlatego świetnie się przy tym bawiłem i na pewno zostanie to w mojej pamięci, jak i z pewnością zostanie to powielone. Ponieważ dobre pomysły należy przekazywać dalej a nie trzymać je w głowie :D Ogólnie oceniam kurs na 4+, ponieważ zawsze czegoś brakuje i zawsze są rzeczy które można by zrobić lepiej.

Pwd. Maciej Lewandowski napisał:

Podsumowując, kurs pozytywnie mnie zaskoczył. Miałem okazje poznać wielu wspaniałych ludzi zarażających chęcią do działania. Mam nadzieje że wiele z tych znajomości rozwinie się dalej. Gdybym musiał jeszcze raz dokonywać wyborów jechać czy nie, wiele bym się nie zastanawiał, zdecydowanie postąpił bym tak samo!

2 komentarze

  • Adam Kralisz

    Mała refleksja: przy organizacji wszelkich kursów warto czasem bardziej skoncentrować się by z czymś niesamowitym wypalić, by zadziało się chociaż jedno ważne, emocjonujące, ciekawe poznawczo spotkanie, zwiedzanie, dyskusja, itp., niż by w 100% wypełnić minimum programowe. Ważniejsze by instruktor był osobą autentyczną, wciąż się rozwijającą, wzbogacającą swoją wiedzę, umiejętności i doświadczenie. Wtedy ewentualny brak wiedzy z danej dziedziny, której nie było na kursie, lub która była tylko trochę poruszona, łatwo sam uzupełni. Motywacja to podstawa. Ten kurs, chociaż uczestniczyłem tylko w pewnych jego momentach jako gość lub prowadzący również dla mnie był bardzo inspirujący i motywujący – za co Radkowi i Sebastianowi dziękuję.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *