
Chciałbym opowiedzieć Wam historię radosnych 14 dni mojego życia. A było to w sierpniu 2005 r. Odbyła się wówczas czwarta edycja kursu metodycznego Łódzkiej Chorągwi Harcerzy „Skolem 2005″. O tyle nietypowa, bo w kursie wzięło udział kilku harcerzy z Wielkopolskiej Chorągwi Harcerzy i Warmińsko-Mazurskiego Namiestnictwa Harcerzy, co dało wiele kolorytu i okazji do wymiany doświadczeń. Uroczym miejscem, które nas ugościło był Olpuch niedaleko Kościerzyny. Na zgrupowaniu kursowym towarzyszyły nam trzy inne kursy: przewodnikowski męski i żeński oraz metodyczny żeński. Komendantem zgrupowania był phm. Wojciech Papieski piszący wówczas swoją pracę magisterską (ale byliśmy młodzi…).

Podstawowym założeniem kursu było danie odpowiednich narzędzi kursantom do prowadzenia w przyszłości ich drużyn. Zależało mi niezwykle na tym, by kurs stał się dla nich wzorcowym obozem bardzo dobrej i zgranej drużyny (metoda „akwarium”). Poprzez zajęcia praktyczne, ale również niestety konieczne teoretyczne ładowali oni akumulatory i zdobywali niezbędną wiedzę. Braterska atmosfera pełna wzajemnego zrozumienia to kolejny cel, bez którego trudno byłoby zrealizować wszystkie inne. Aby spełnić powyższe założenia podstawową kwestią było dobranie właściwej kadry. To właśnie uznaję za mój największy sukces.
Zastępca komendanta zuchmistrz pełną gębą – pwd. Rafał Samborski to mimo braków doświadczenia w pracy w pierwszej linii w drużynie harcerskiej facet co się zowie. Pracowity, zdecydowany, cieszący się sympatią, i jednocześnie poważaniem wśród kursantów. Wykazał przy tym zdolności rzeźbiarsko-pionierskie (napis na bramie i kapliczka). Najważniejsza umiejętność to budowanie wśród kadry dobrego nastroju i optymizmu w obliczu przeciwności, które spotykały nas każdego dnia. Oboźny – pwd. Marek Szamocki to druga wydawać by się mogło niespodzianka na plus. Bo kto przed kursem uwierzyłby znając Marka, że potrafi przeistoczyć się w sprężystego, uporządkowanego, świecącego przykładem „groźnego oboźnego”. Dbał na kursie o terminowość, porządek a przede wszystkim o coś, co w moim przekonaniu jest w ZHR w deficycie – harcerski styl. Może to szczegół, ale jednak budujący wspólnotę, atmosferę i uporządkowanie. Jeśli mundury to pełne (wszyscy opuszczone albo podwinięte rękawy), jeśli porządek to prawdziwy, jeśli śpiewanie to pełnym gardłem. Czwartym do brydża był trochę z przypadku kwatermistrz, wówczas ćwik Filip Zdziennicki (kursant Skolem 2003). Taki trochę starszy brat, człowiek łata, który jako doświadczony chętnie doradził, podpowiedział, motywował. Do jego podstawowych obowiązków należało dopilnowanie i zabezpieczenie sprzętu, drewna, koordynacja prac pionierskich, nadzór nad służbą (a nie wartą!!! jak mylnie i bezmyślnie mówi większość młodych instruktorów i harcerzy) w kuchni i jej odpowiednim zdawaniem. Muszę się przyznać, że dostawał też wszystkie „specjalne” zadania, które wykonywał jako ten najmłodszy i najmniej uwikłany w realizację programu.

Uczestnicy otrzymali przed kursem zadania do wykonania. Było to m.in. przeczytanie książki (do wyboru „Wskazówki dla skautmistrzów” i „Wielka przygoda życia”) i przygotowanie w niekonwencjonalnej formie prezentacji o sobie. Dostali również informację, że kurs zaczyna się w Olpuchu, a transport na miejsce stanowił dla większości z nich wyzwanie. Zaczęło się od poznania swoich imion, podziału na cztery zastępy (Sokół, Zarzewie, Eleusis i Filarecja), ustawienia namiotów w idealnym kole, planowania pionierki w namiotach i jej budowy. Ta żmudna praca trwała dwa dni. W naszym obozie nie zabrakło standardowego zdobnictwa: bramy, kapliczki, masztu, totemów, tablicy p-poż i ogłoszeń. Zapraszam do obejrzenia zdjęć na stronie ŁChH-y, oceńcie sami:.
Nie ukrywam, że kiepska pamięć plus zacierający fakty i wydarzenia czas sprawiają, że nie mogę przytoczyć ze szczegółami przebiegu kursu, kolejności i jakości zajęć i wykonanych zadań. Poza rutynowymi, czasem podobnymi do siebie dniami z wykładami, grami, służbą w kuchni, ogniskami i wartami, był taki jeden dzień spędzony na spływie kajakowym z harcerkami z kursu metodycznego. Niektórzy zapamiętali go z racji wyczynu sportowego, inni ze względu na totalne zmoczenie, lub też dokuczające odciski na rękach. Ja mimo wszystko nie zapomnę przyjemnej atmosfery spowodowanej miłymi a czasem szarmanckimi kontaktami z dziewczynami. Płynęliśmy prawie 30 km rzeką Brdą i położonymi nad nią jeziorami aż do Wdzydz Kiszewskich i Jeziora Radolnego.
Kurs to także z perspektywy uczestnika wiele zadań do wykonania, które realizuje się w każdej wolnej chwili. A że chwil tych jest niewiele, pozostaje noc. No cóż, kto powiedział, że harcerze mają w nocy spać? Jeśli chodzi o tę porę to nie zapomnę gry, która chyba dała chłopakom w kość, a przede wszystkim totalnego zimna. Tak niskich temperatur nie przeżyłem nigdy, na żadnym innym obozie. Fakt, że był to sierpień oraz pełnia w ciągu kilku nocy, wszystkiego nie tłumaczy. Osobiście czułem się jak na pustyni. Dzień gorący i w miarę przyjemny – o ile ktoś lubi ciepło, a noc „arktyczna”. Przykrywanie się materacem to naprawdę ostateczność w celu zapewnienia komfortu termicznego.
Kolejny obrazek: olbrzymia ilość grzybów w lesie, a przede wszystkim przy samym obozie. Tam gdzie grzyby tam byli też grzybiarze, śmiesznie wyglądający z nosami przy ziemi, chodzący między namiotami. Zapamiętam również pyszne jedzenie, które zapewniły nam kucharki – instruktorki, dh Ewelina i dh Olga oraz specyficzne kąpielisko wśród roślin i porostów (woda oczywiście zimna).
Od kilku lat postuluje się mierzenie skuteczności kursów. Jego zwolennicy uważają, że może to wpłynąć na wzrost ich jakości i refleksyjne podchodzenie do organizacji kolejnych akcji szkoleniowych. Trudno się z tym nie zgodzić, choć należy pamiętać, że praca z ludźmi i ich szkolenia to delikatna materia, a sukces, jak i ewentualna porażka mają wielu ojców: przełożeni kursantów, jakość ich rodzimych drużyn, pomoc jaką otrzymają w momencie objęcia funkcji drużynowego, czy wreszcie ich własny potencjał motywacyjny, intelektualny oraz cechy charakteru. Może się również okazać, że harcerze zmieniają swoje plany, odchodzą z ZHR. Trudno w tej sytuacji mówić o porażce, naszym podstawowym celem jest przecież wychowanie. W związku z powyższym cele organizacyjne, choć ważne i służące wychowaniu w ZHR, schodzą na dalszy plan.
Najlepszym dowodem skuteczności kursu są mimo wszystko dalsze losy jego uczestników. Pod tym względem, z perspektywy czasu nie jestem zadowolony. Z 11 harcerzy z Łodzi 3 zdobyło stopień przewodnika, 6 pełniło lub pełni funkcje drużynowych. Obecnie jedynie 4 z nich pełni funkcje w naszej organizacji. Nie mam niestety żadnych informacji dotyczących 5 harcerzy spoza naszej chorągwi.
Drodzy kursanci i kadro kursu! Proszę Was, gdziekolwiek jesteście, jeśli czytacie te słowa, odezwijcie się. Umieśćcie swój komentarz. Odświeżcie moją ułomną pamięć. Może zapamiętaliście inne ciekawe, warte uwagi rzeczy i wydarzenia. Jeśli macie maile, telefony do innych uczestników kursu, zachęćcie ich proszę do przeczytania tego tekstu i nawiązania za pośrednictwem „Wywiadowcy” kontaktu.
Przyszłych kursantów Skolem zachęcam do przeżycia Wielkiej Przygody na kursie, który posiada już 8-letnią tradycję i ponad 100 absolwentów w swoim dorobku.
phm. Adam Kralisz HR



Jeden komentarz
W ramach sprostowania, na spływie kajakowym byliście z kursem przewodniczek. :) Również bardzo miło wspominam nasze wspólne wiosłowanie.
Pozdrawiam całą Redakcję Wywiadowcy!
Wasza wierna czytelniczka Asia P.