Jeśli jeszcze ktoś by nie zauważył, wiosna nadeszła… Pełną parą. W codziennym zabieganiu trudno znaleźć czas, by tą wieść skontemplować. Majowy weekend jest ku temu okazją całkiem niezłą. Zapewniam (no dobrze, Dancysiu, niech Ci będzie: zapewniamy).
Czas realizacji: 1-2 maja.
Zadanie specjalne dla ZZ-ów: ruszyć zastałe kości, mięśnie, ścięgna, chrząstki i więzadła i wyruszyć w … GÓRY! A dokładniej Beskid Sądecki. I Pieniny.
A ww wymieniona narządy zastane były solidnie. I byli tacy co pruli przodem, ale byli też tacy co ciągnęli ogon:) Prehyba została jednak zdobyta po 3 godzinnym marszu. Spod schroniska podziwialiśmy Tatry – niedostępnie zadeptane przez tysiące turystów. I było pół godzinki dla słoninki. Sabia podrywała motocyklistów, część wygrzewała się w słonku, a reszta planowała dalszą trasę. I zaplanowała dobrze, bo bez trudu dotarliśmy do Krościenka. Krościenka nad Dunajcem. Rzecz jasna.
Wieczorem ognisko, po harcersku, z kiełbachami nadziewanymi serem:) Należałoby też oddać cześć makaronowi ze szpinakiem:)
Dobrze, ale do sedna. Otóż sednem jest… NIESPODZIANKA. „Rafał, co to jest niespodzianka? -Niespodzianka to jest to, o czym wie jedna osoba, a reszta się tego nie spodziewa”. Niespodzianką była wyprawa do parku linowego ABlandia, w Krościenku. Krościenku nad Dunajcem. Rzecz jasna. I nie myślcie sobie, że sprawa była tak zupełnie błaha. Bo zdecydowana większość porwała się na trasę extreme, a co kwiczeli na dole i pokonywali swój wmawiany od dzieciństwa lęk wysokości, zostali przy trasie niebieskiej, normalnej. Pierwszy wniosek: każdy znalazł coś dla siebie. O ile się przełamał. Bo z dołu wszystko wygląda strasznie (Dancyś mówi, ze z góry jeszcze gorzej, ale ja nie potwierdzam). Ale mam nadzieję, że z czystym sumieniem mogę zapewnić, ze jest całkowicie bezpieczne. Nawet jeśli na dole, podczas szkolenie nie pamięta się zupełnie nic z tego, co mówił instruktor (czy to odpowiedni moment, żeby wspomnieć bardzo miłego instruktora?). Ale na górze myśli się szybciej. O wiele szybciej. Wniosek numer dwa: bezpieczne. Sumując te dwa wnioski wyszłoby na to, że jeśli „każdy znajdzie coś dla siebie” i jest „bezpieczne”, to chyba już nie zostaje miejsca na dobra zabawę. Ale to nie prawda. Zabawa była przednia. Nie tylko dla takich staruchów jak my, ale też dla dzieci. Takiej Drogi Krzyżowej jeszcze ni było. Stacja szósta: Chomik (o ile dobrze pamiętam). A „Droga Krzyżowa” to taka przewrotna nazwa, bo nasza trasa (niebieska) składała się 14 przeszkód : po kolei? Małpi most, slalomik, huśtawki, „w cyrku”, kładki, chomik, chromosomy, Mulan, worki treningowe (które wyzwoliły w Dancysiu przemyślenia egzystencjalne), szachownica, Tarzan, „jeszcze jeden kroczek”, i „I belive I can fly” zwane również zjazdem. Co było najważniejsze? Iść. I myśleć. Jak ktoś kontrolował te dwie czynności jednocześnie to był mistrzem.
Podczas trasy robiliśmy też sesje zdjęciową z flagą Polski.
A po jej przejściu zjedliśmy sobie pyszną karkóweczkę z grilla, obmyślając przy tym plan jak założyć taki park u nas na włościach. Jesteście chętni? No ja myślę. A póki nie mamy swojego to śmiem zachęcić do korzystania z tamtego. Wędrowniczki się wybierają:)
To był fantastyczny pomysł na inaugurację sezonu. Sława, Rafał.
Jeżeli nasz talent pisarski nie oddał w pełni emocji, polecamy zajrzeć do galerii.
Aha, na potwierdzenie tych emocji dodam, że pisząc to zupełnie zapomnieliśmy, że pogoda tego dnia była psia. Było zimno, mokro i wietrznie. Także pohasanie po linach mogło być dobrą alternatywą do wyprawy w góry. Mogło, ale nie było. Było koniunkcją doskonałą. Bo wyprawa w góry nastąpiła. Trzy Korony zdobyło tylko trzech śmiałków (reszta czekała pod szczytem przerażona kolejką na schodach).
Czas na pozdrowienia:
Pozdrawiamy Górolów z fajnych kapeluszach z muszelkami (szczególnie tych w autokarze).
Górola- pasterza z ogoniastymi owcami i kozami. I psem.
Panów (Góroli) łowiących po pas w Dunajcu.
Panią Gospodynię za całokształt.
Pana Grzesia w fajnej kurtce z Feel Free.
Pana od grilla.
Harcerzy z Krakowa na szlaku.
Pana z busa-pogromce górskich szos.
Miejscowe atomówki.
Zakręconego Pana Konduktora.
Mamusie, tatusiów, babcie i ciocie dzielnie nas wyczekujących.
Misja zakończona. Specjalnie dla Was wyprawę opisała para szalonych reporterów: Maria -awaria (a ja taka nieumalowana) & Dan Egzystencjalny (I belive I can fly).
Houk.
pwd. Damian Marchlewicz HO



Jeden komentarz
Taki park linowy to musi być całkiem klawa sprawa. Myślałem kiedyś o tym, żeby takie coś zrobić w Łodzi.