Mówiąc o szkoleniach w ZHR nie można pominąć kwestii szkoleń zuchmistrzów. Przecież tak jak drużynowy harcerski wódz gromady ma pod swoją opieką grupę chłopaków, dla których musi zorganizować zajęcia, pokierować zdobywaniem przez nich gwiazdek i sprawności, zaplanować wyjazdy czy nawiązać współpracę ze środowiskiem, w którym działa itp., itd… Może nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że powinien być przeszkolony lepiej niż drużynowy harcerzy, bo ten ma do pomocy więcej osób pomiędzy które jakoś tam pracę można dzielić, bo przecież każdy z przybocznych i zastępowych w pewnych kwestiach drużynowemu pomaga, odciąża go, a zuchmistrz tak naprawdę działa sam ze swoim przybocznym (o ile go w ogóle posiada). Jak więc szkoleni są nasi zuchmistrzowie?

Niestety obecnie w kwestii szkoleń zuchmistrzów panuje spory bałagan. Należy jednak mieć nadzieję, że wyłoni się z niego sensowny pomysł na to co zrobić, żeby wykształcić bardzo dobrych wodzów gromad – na forum Wydziału Zuchowego GKH-y powstał specjalny zespół, który ma do tego doprowadzić, bo obecnie trochę jest tak, że każdy kto bierze się za organizację kursów robi to tak jak jemu wydaje się to najlepsze. No ale może zacznę w miarę od początku. Jak wszystkim wiadomo ZHR powstał w 1989 r. Początkowo jednak, w okresie tworzenia się organizacji nie za bardzo zastanawiano się nad sytuacją i wyglądem ruchu zuchowego. Prawdę mówiąc to praktycznie go nie było, a jeśli gdzieś działały gromady zuchowe to raczej współpracowały z gromadami żeńskimi i od dziewczyn ich wodzowie uczyli się jak pracować z zuchami. Chyba troszkę lepiej sytuacja wyglądała w ZHP r. zał. 1918, więc po połączeniu się obu organizacji wreszcie coś w sprawie zuchów, a co za tym idzie także szkoleń zuchmistrzowskich drgnęło. Przełomowym momentem był rok 1996 kiedy został zorganizowany kurs „50 Naboi”, który organizowali Robert Kawłko (pierwszy szef Wydziału Zuchowego GKH-y) z Marcinem Bielińskim (zdecydowanie bardziej znanym jako „Cinek”). Może nie wszyscy wiecie, że w tym jakoś tam historycznym kursie brali udział także zuchmistrzowie z Chorągwi Łódzkiej – Dominik Wójcicki i bracia Piotrek i Krystek Zalewscy (mam nadzieję, że nikogo nie pominąłem :) ). Skąd nazwa? Otóż jak łatwo się domyślić po prostu osoby przeszkolone miały zostać niejako „wystrzelone” do środowisk, żeby zacząć w nich porządną, systematyczną pracę w najniższym pionie naszej organizacji. Natomiast liczba 50 miała oznaczać ilość przeszkolonych osób. Na kursie tym ostatecznie było trochę mniej uczestników, ale była to liczba z pewnością przekraczająca trzydziestkę… I od tego momentu rozpoczęła się seria trwających po dziś dzień kursów nabojowych – w trakcie tegorocznych wakacji szykuje się nam już kurs z liczbą „550” – w dalszym ciągu liczby przed nazwą kursu mają oznaczać liczbę przeszkolonych od 1996 roku zuchmistrzów (chociaż wydaje mi się, że jest ona szacunkowa i tak naprawdę nikt dokładnie nie potrafi określić ile osób wzięło już udział w kursach nabojowych). Kilka lat po powstaniu Naboi, ówczesny kierownik Wydziału Zuchowego, Mateusz Stąsiek, wraz z zespołem instruktorów, którzy z nim współpracowali opracowali (na czele z Tomkiem Pelcem) projekt dwustopniowego szkolenia zuchmistrzów. Pierwszy stopień miał być takim wstępem, pokazaniem podstaw, więc wg początkowego projektu miała być na nim przekazywana wiedza na
temat zuchowych form pracy, w sposób jak najbardziej praktyczny. Na kursach drugiego stopnia (Nabojach) miała być przekazywana całą pozostała wiedza, wraz z wiedzą z kursów przewodnikowskich, bo kursy nabojowe miały być także kursami instruktorskimi. I tu znowu mała „wstawka łódzka” – nie wiem czy wiecie, ale taki pierwszy kurs pierwszego stopnia zorganizowany został wspólnymi siłami Chorągwi Mazowieckiej i Łódzkiej, a „zarządzali” nim Mateusz Stąsiek i szef zuchów w Łodzi w tamtym okresie Mariusz Grzanka. Kurs został nazwany „Strzałami” i jakoś tak już zostało, że ta nazwa się przyjęła, więc obecnie wśród zuchmistrzów raczej nie mówi się już o kursach I i II stopnia, a raczej o „Strzałach” i „Nabojach”. Ale czas płynął dalej i jak łatwo się domyślić „system” w dalszym ciągu ewoluował i się zmieniał. Spora część zuchmistrzów jest przekonana, że należy rozdzielić metodyczną część kursu od części przewodnikowskiej. W związku z tym od kilku lat bardzo duża część kursów nabojowych jest kursami tylko metodycznymi, po których ich absolwenci kończą jeszcze oddzielny kurs przewodnikowski. Myślę, że oprócz kwestii „przekonaniowych” wynika to też często z przyczyn formalnych. Niestety wśród zuchmistrzów niezbyt wielu jest podharcmistrzów i harcmistrzów, więc bardzo mocno ograniczone jest grono osób, które mogłyby zostać komendantami Nabojów połączonych z kursem przewodnikowskim. W ten sposób szkolenie zuchmistrzów jakby rozrosło się do trzech stopni. Jeśli ktoś myśli, że to już koniec „bałaganu” o którym pisałem na początku, to jest w błędzie :). Otóż 2 – 3 lata temu, instruktorzy z Małopolski doszli do wniosku, że trzystopniowe szkolenie jest przesadą i niewiele osób przez nie „przebrnie”, a nawet jeśli to nastąpi to zajmie to bardzo dużo czasu. Zdecydowali więc rozpocząć szkolenia mające dać szybciej przeszkolonego człowieka i tak powstały kursy nazwane przez ich twórców „Narodzinami Dzielności”, łączące w sobie treści przekazywane na Strzałach, Nabojach i kursach przewodnikowskich.
Tak mniej więcej wyglądają zmiany systemu szkolenia zuchmistrzów z punktu widzenia jakoś tam historycznego. Jak więc można po przeczytaniu wcześniejszego tekstu zauważyć w chwili obecnej możliwych jest kilka dróg szkolenia wodzów gromad zuchowych co powoduje wspomniany wcześniej spory bałagan:
- jeden kurs – „Narodziny Dzielności”
- dwa kursy – kurs „Strzały” i później kurs „Naboje” będący kursem metodyczno – przewodnikowskim
- trzy kursy – kurs „Strzały”, kurs „Naboje” metodyczny i wreszcie kurs przewodnikowski
Prosił mnie Michał, żeby napisać też coś co bardziej będzie moimi wspomnieniami z organizacji i prowadzenia tego typu szkoleń… To ciężkie zadanie :). Sami wiecie, że każdy kurs, każdy wyjazd to mnóstwo wspomnień. Często są one jakimiś tam pojedynczymi obrazami, pojedynczymi skojarzeniami, które nie do końca są zrozumiałe dla osób, których na takim wyjeździe nie było. Ja miałem przyjemność być dwukrotnie komendantem Nabojów (300 i 515), a Strzał, to chyba nie do końca potrafię określić – wydaje mi się, że było to tylko raz, maksymalnie dwa razy, ale na pewno jakoś tam uczestniczyłem przy organizacji wszystkich kursów w początkowej fazie istnienia Łódzkiego Hufca Drużyn Zuchów „Bambaju”. Mam więc ogromną satysfakcję, że większość tych trochę starszych zuchmistrzów była w jakiejś tam części przeze mnie szkolona i z biegiem czasu mogłem obserwować ich rozwój, to jak się zmieniają, jak dorastają i zaczynają różne rzeczy robić coraz bardziej samodzielnie. Bardzo miłe było to jak będąc niedawno na jakiejś imprezie gdzie byli dzisiejsi zuchmistrzowie widziałem jak podczas posiłku grali w węża z kanapek, czy złośliwego marynarza… Pewnie nawet nie wiedzieli (i może dobrze, bo przecież taka wiedza nie jest tak bardzo potrzebna), że zapoczątkowaliśmy to na pierwszym „bambajowym” kursie Strzał i później jakoś tam weszło to do „tradycji” zuchmistrzów z Łodzi. Bardzo dobrze pamiętam jak każdą wolną chwilę poświęcaliśmy na pogranie w „ziemniaka”… Pamiętam jak chłopaki siadali przed piecykiem tzw „kozą” traktując go jako telewizor i oglądając w nim chyba „Pokemony”, albo bawili się w wesoły chyba autobus :)… Z 300 Naboi pamiętam szaleństwo organizacyjne, bo zdecydowanie za późno brałem się za organizację… I to jak sąsiednie kursy drużynowych harcerzy i harcerek powodowały na początku kursu moje wyrzuty sumienia, że za późno wstajemy i za wcześnie chodzimy spać :). Ale pamiętam też z niego super atmosferę i to jak sam nie wiem w jaki sposób udało nam się wytworzyć z grupy kursantów z różnych miejsc Polski fajnie rozumiejący się zespół… No i nowe nazwy dla laski głosu („pałka gadałka”) i żuczków gnojarków („żuczek toczykupa”). Z 515 Nabojami, to na pewno bardzo mocno kojarzy mi się niesamowite zmęczenie (plan mieliśmy tak napięty, że jako komendantowi kursu naprawdę brakowało mi czasu na spanie i szczerze mówiąc nawet nie przypuszczałem, że przez 10 dni jestem w stanie tak mało spać, a kursanci też pracowali naprawdę ciężko J ). Bardzo fajne było na tym kursie to, jak wysoki poziom reprezentowali kursanci i jak sami się nakręcali do jeszcze podnoszenia go… Ciężko nie wspominać też Krzycha, który w środku nocy został koronowany na króla, wypchanego ptaka wciśniętego do śpiwora Stefana (albo Adriana, tego już nie jestem na 100 % pewny) czy popisów Smoczka i Nycza, na każdym kroku powtarzających, że ich główną misją jest rozwalenie tego kursu :). Sami widzicie, że wspomnienia te są pewnie dla większości z Was mocno enigmatyczne i nic nie mówiące, ale mogę się założyć, że są również tacy, którym po przeczytaniu tych tylko hasłowatych wspomnień pojawił się na twarzy szeroki uśmiech i w głowach otworzyły się okienka z bardzo konkretnymi wspomnieniami. Te wszystkie osoby, którym to co napisałem przypomniało fajne wydarzenia z „dawnych czasów” gorąco w tym miejscu pozdrawiam, bo bez Was żaden z tych kursów nie wyglądałby tak jak wyglądał i na pewno byłby uboższy. Wszystkim innym natomiast życzę tego, abyście po swoich kursach mieli równie dużo (albo nawet więcej) miłych wspomnień. Bez względu na to jakie kursy będziecie kończyć lub już kończyliście.
ADam

