Strona główna / 2. Z pola walki / Relacje / Relacja z Instruktorskiej wyprawy do Wilna

Relacja z Instruktorskiej wyprawy do Wilna

Nasza wyprawa rozpoczęła się w piątek 25 listopada ok. godziny 19 na placu Dąbrowskiego. Niestety, mój tramwaj nie spieszył się zbytnio, więc zamiast być 2 minuty przed czasem przybyłem spóźniony o kwadrans. Od razu wsiadłem do busa, w którym czekało już tylko na moje przybycie 22 instruktorów, drużynowych i przybocznych. Miało nas jechać więcej, ale w ostatniej chwili dwie osoby z przyczyn zdrowotnych musiały zrezygnować.

Chwilę potem już byliśmy w drodze, która w zajęła nam koło 9 godzin. W międzyczasie obejrzeliśmy film o państwach nadbałtycki powstałych po upadku ZSRR (który – trzeba przyznać – nie cieszył się dużym zainteresowaniem), następnie dla odprężenia postanowiliśmy obejrzeć jakąś komedie, wybór padł na film pt. „Goście, goście 2”. Ten utwór okazał się być – pomimo nader ciekawej fabuły – zbyt nużący i zdecydowana większość uczestników ucięła sobie komara. Jeżeli chodzi o recenzje tego filmu, polecam pytać komendanta wyjazdu Piotra Czaińskiego, gdyż chyba jako jedyny obejrzał w całości tę produkcję.

Po tej dość długiej podróży w końcu dojechaliśmy do Wilna, a konkretniej do jednej z polskich szkół. Tam dzięki uprzejmości dyrektora uzyskaliśmy zgodę na zakwaterowanie. Jednak ze względu na to, że byliśmy godzinę wcześniej niż planowaliśmy, położyliśmy się w korytarzu na drzemkę zanim dyrektor przybędzie i otworzy nam sale.

Następnego dnia z samego rana (właściwie był to ten sam dzień, by być dokładnym) zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się na apel wyjazdu. A zaraz po apelu hufcami ruszyliśmy… na zwiady! Niczym nasze zastępy na obozie dostaliśmy przewodników w postaci harcerek z Litwy i listę zadań do wypełnienia. Ochoczo zabraliśmy się za ich wykonywanie. Pomimo iż pogoda nie sprzyjała (siąpił deszczyk i było dość zimno), obeszliśmy spory kawałek Wilna: od starówki, katedry i ruin górnego zamku, poprzez Ostrą bramę, aż na cmentarz, na którym pochowana jest matka Józefa Piłsudzkiego wraz z jego sercem.

Zadania wykonywane podczas zwiedzania zmuszały nas do obejrzenia wielu zakątków miasta. Mieliśmy miedzy innymi odnaleźć miejsce, którego zdjęcie otrzymaliśmy, przetłumaczyć słowa litewskie na polskie, zakupić specjał (nazwa była dość dziwna i dopiero po jakimś czasie i konsultacjach dowiedzieliśmy się, że chodzi o rodzaj kiełbasy), oraz przeprowadzić rozmowę z Polakiem żyjącym na Litwie. Po pomyślnie zakończonych zadaniach wróciliśmy w ustalone miejsce (restauracja w pobliżu centrum), gdzie mogliśmy skosztować prawdziwych tradycyjnych dań litewskich; trzeba przyznać, że były to wyjątkowe specjały.

Następnie wszyscy razem udaliśmy się pod Ostrą Bramę, gdzie zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i wróciliśmy do szkoły by rozpocząć z komendantem chorągwi zajęcia dotyczące metody rozwoju ZHR-u w Łódzkim środowisku. Od razu po nich nastąpiła szybka kolacja, a zaraz po niej prowadzony przez Komendanta wyjazdu kominek. Był on w moim odczuciu dość zawiły i nie wiem, czy do końca zrozumiałem jego przesłanie. Ja odczytałem je w ten sposób, że my jako instruktorzy powinniśmy sami decydować, na ile działamy w harcerstwie i ile czasu na to poświęcamy, i nikt inny nie może nas winić za podjęte przez nas decyzje, bo skoro jesteśmy instruktorami, to powinniśmy wiedzieć, czego chcemy i dokąd zmierzamy i nikt inny nie będzie tego wiedział lepiej od nas. Na kominku również zostały przedstawione wyniki zwiadów i prezentacje hufców.

Po kominku każdy poszedł tam gdzie chciał: krótko mówiąc, przyszedł czas na integrację: na sali szkolnej, przy stole z planszówkami, czy też poprzez rozmowy w kuluarach; a kto chciał, mógł udać się na spoczynek.

Następnego dnia z rana zabraliśmy się za robienie porządków, zjedzenie śniadania i spakowanie autokaru, a następnie jeszcze raz udaliśmy się pod Ostrą Bramę, gdzie nie-instruktorzy dostali zadanie dla siebie, a instruktorzy razem weszli do zakrystii przy kaplicy, gdzie została oficjalnie wręczona zielona podkładka Bartłomiejowi Kordaszowi. Gdy z powrotem usiedliśmy w busie by wrócić do Łodzi, rozpoczęły się rozmowy na różne temat i – można by rzec nawet – burzliwe kłótnie na tematy zarówno harcerskie, jak i polityczne. Po drodze do Łodzi zatrzymaliśmy się kilka razy; co ciekawe, zamówiliśmy pizze do naszego busa i trzeba przyznać, że nic tak nie działa na harcerzy jak gorący placek na pusty żołądek – zaraz potem większość uczestników drzemała przez 11 godzin jazdy do Łodzi.

Konrad Pawlak

3 komentarze

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *