Rok 2011 zapisuje się w historii harcerstwa jako rok wielkiego jubileuszu jego setnych urodzin.
W związku z tym, planując obóz wędrowny, postanowiliśmy położyć duży nacisk na to, aby jego charakter nawiązywał do harcerstwa w swojej czystej, niezmienionej postaci. Wybór praktycznie od początku był jednomyślny – Ukraina! Pomimo, iż był to już 5. nasz wyjazd w tą część Europy zadbaliśmy o to, aby program naszej wizyty różnił się znacznie od poprzednich.
Wreszcie wyjazd!
Po kilkumiesięcznych przygotowaniach i ustalaniu szczegółów, zarówno ze znajomą ekipą harcerską z Kluczborka, jak i z Polakami, których mieliśmy odwiedzić na miejscu, nadszedł upragniony czas wyjazdu. Najpierw czekała nas podróż pociągiem do Krakowa, którą wykorzystaliśmy na kilka sposobów. Już po godzinie podróży zajmowane przez nas przedziały podzieliły się tematycznie: w jednym trwało odsypianie i czytanie książek, w drugim – najbardziej obleganym – integracja, a w trzecim – no cóż – plotkowanie. :P


Po kilku mile spędzonych godzinach dojechaliśmy wreszcie do „dawnej stolicy Polaków” – Krakowa. Niestety, przywitał nas dość dużą burzą, więc rozbiliśmy się w dworcowej poczekalni i wspólnie z innymi podróżnymi czekaliśmy na pociąg do Przemyśla. W międzyczasie dziewczyny zorganizowały śpiewowisko, kilka osób postanowiło pospać, a pozostali dzielnie dyskutowali. Kiedy deszcz ustał poszliśmy na spacer po nocnych ulicach Krakowa. Odwiedziliśmy Wawel oraz Smoka (który niestety nie ział na nasze zawołanie – no, chuchnął raz ;) ) a następnie wróciliśmy, aby o czasie wsiąść do pociągu, który wiózł nas dalej – ku wschodowi.


W Przemyślu szybka zmiana środka transportu na bus, którym będziemy podróżować po całej Ukrainie. Ale zanim przekroczyliśmy granicę, odwiedziliśmy jeden z polskich hipermarketów, aby dokonać niezbędnych zakupów żywnościowych. Potem już tylko granica i… przygody. :)
Jeśli ktokolwiek z Was mijał ukraińską granicę wie, o czym mówimy; a jeśli nie mijał – warto to zrobić po prostu – ot, choćby w ramach ciekawostki turystycznej!
Ku Bystrzycy i Gorganom!
Pierwszy cel: Bystrzyca (przed wojną Rafajłowa). Miejsce, z którym związana jest polska historia i to właśnie dla tej historii postanowiliśmy to miejsce odwiedzić. To właśnie tutaj i na pobliskich terenach żołnierze Legionów Polskich toczyli zarówno ciężkie boje, jak i udowadniali swoje męstwo czynami – jak choćby budowa „Drogi Legionów”, dokonana w zimie na odcinku blisko 7 kilometrów w… dwa dni. Tyle potrzeba było polskim żołnierzom (oraz wspomagającej ich okolicznej ludności), aby wykonać (w zimie, w górskim terenie) utwardzoną drogę dla przeprawienia ciężkiego sprzętu wojskowego.
Zanim jednak dojechaliśmy do wspomnianej Bystrzycy, musieliśmy od podszewki zapoznać się ze stanem ukraińskich dróg, a szczególnie tej bezpośrednio prowadzącej do celu, która – jak powiedział sam kierowca (a trochę kilometrów za kółkiem już przebył) – była najgorszą drogą jaką widział i jaką jechał. Na szczęście rekompensowaliśmy mu to my, ponieważ ocenił nas jako jedną z lepszych ekip, z którą miał przyjemność jechać. :) Umilaliśmy mu więc podróż prześpiewaniem całego obozowego śpiewnika, po czym zauważyliśmy, że droga się nie kończy… Okazało się, że fatalny stan trwa już 10 kilometrów, my jedziemy maksymalnie 15 na godzinę (aby nie uszkodzić samochodu), a przed nami jeszcze blisko 20 kilometrów takiej podróży. Co tu dużo mówić. Po 2,5 godzinie udało nam się dojechać do Bystrzycy, pokonując odcinek około 30 kilometrów. Zegarki wskazywały godzinę 22:00, a dookoła panował mrok.
Górska wędrówka
No cóż – przygoda! Plecaki na plecy, latarki na czoło i przed siebie – ruszamy na szlak, w Gorgany. Założyliśmy, że wejdziemy na szlak i od razu zajmiemy się poszukiwaniem dogodnego miejsca do rozbicia obozowiska. Początkowo ciężko było się przyzwyczaić, ale im dalej od miejscowości, a bliżej lasu, potoku, który towarzyszył nam przez cały czas i gwiazd, które zapełniały całe niebo – tym szło się lepiej i szybciej mijał czas. W końcu znaleźliśmy polankę nad potokiem. Podzieliliśmy się na grupy i rozpoczęliśmy rozstawianie namiotów. Jeszcze tylko podział na warty i… sen.




Rankiem powitało nas słońce oraz dzwoneczki. Ostatnie warty miały okazję zobaczyć dzikie konie, a po pobudce już we wspólnym gronie poznaliśmy krowy, których dzwoneczki towarzyszyły nam od porannych godzin. Miejsce było wspaniałe! Potok z czystą – aczkolwiek zimną – wodą dodawał uroku. Było tak błogo…
Pierwsze próby pokazały wyższość techniki stawiania garnka na drwach aniżeli wieszania go na przygotowanej wcześniej konstrukcji – ale najważniejszym było to, że właśnie odbywał się pierwszy wspólny posiłek na szlaku. Pierwsze kubki z gorącą herbatą, która smakowała wyśmienicie! Czyż można sobie wyobrazić lepszą scenerię? Można! Ale dopiero po południu dzisiejszego dnia, kiedy dojdziemy do Przełęczy Rogodze na której znajduje się słynny Krzyż Legionów.
Droga do niego nie okazała się bardzo trudna, chociaż obfitowała w różne trudności – ot, choćby takie jak strumienie przerywające drogę (które trzeba było pokonywać boso, ostrożnie, dbając o to, aby się nie przewrócić z całym dobytkiem na plecach) czy błoto zamiast drogi. Na samym końcu czekało nas dość strome podejście, ale pokonaliśmy je bardzo szybko i… przed nami ukazał się widok przepięknego, górskiego krajobrazu. Powitała nas Przełęcz Legionów – a z nią widok lasów, gór, pasących się na niej krów, oraz kilku obozowisk. Zmęczeni, ale zachwyceni widokiem najpierw napawaliśmy się nim, a następnie rozpoczęliśmy rozbijanie obozowiska. Kasia z Marysią zajęły się przygotowywaniem rytualnego w naszym środowisku „betonu”, pozostali zbierali drewno, rozbijali namioty, myli się w położonym nieopodal strumyku czy – jak Grzesio – zaprzyjaźniali z krowami. :P Wkrótce pozyskaliśmy nawet własnego cielaka; niestety, nie na długo – ale ewidentnie chciał się z nami zaprzyjaźnić!



Popołudnie minęło nam na odpoczynku, rozmowach, myciu i ognisku harcerskim, w trakcie którego poruszony został temat naszej postawy, pracy nad sobą i miejsca harcerstwa w XXI wieku – po stu latach jego funkcjonowania. Po ognisku odbyło się obrzędowe ognisko dziewczyn oraz chłopaków – oddzielnie, w gronie drużyn rozmawialiśmy o nas i naszych planach na przyszłość. Następnie znów wystawiliśmy warty i pod gwieździstym niebem poszliśmy spać.
Tupiszyrka, okopy, dziura w drzewie i… dalsza wędrówka
W czwartek podzieliliśmy się na dwa zespoły. Pierwszy, który wyruszył z samego rana na wędrówkę na pobliski szczyt Tupiszyrkę, oraz drugi, który postanowił zostać w obozowisku. Zarówno Ci, którzy poszli na wędrówkę, jak i Ci, którzy pozostali, osiągnęli swój cel. Pomimo stromego wejścia na szczyt mogliśmy podziwiać piękny widok na dalsze pasma Gorganów – a przy okazji, idąc wzdłuż dawnej granicy państwa Polskiego, widzieliśmy linie okopów, wśród których znajdowaliśmy ogromne grzyby – skrupulatnie przez nas zbierane na „czarną godzinę”. Ta bowiem nieuchronnie zbliżała się wraz z końcem żywności, którą zabraliśmy w trasę. Po powrocie z wędrówki zjedliśmy obiad, zwinęliśmy obozowisko, zrobiliśmy wspólne zdjęcie przy Krzyżu i… ruszyliśmy dalej – Drogą Legionów.



Po blisko trzech godzinach marszu doszliśmy do celu. Rozbiliśmy się na polanie obok cmentarza, na którym spoczywają żołnierze II Brygady Legionów Polskich. Odwiedziliśmy cmentarz, dokładnie go oglądając i wyznaczając zadania do naszej jutrzejszej pracy. Naszym celem bowiem było odnowienie cmentarza wspólnie z ekipą z Kluczborka, z którą byliśmy umówieni, że dojedzie do nas w piątek. Niestety, nie dojechali (tzn. dojechali, ale się minęliśmy – dokończyli nasze dzieło, więc można śmiało powiedzieć, że wspólnie odnowiliśmy ten opuszczony cmentarz).
Czwartkowy wieczór upłynął nam pod znakiem lokalnej kuchni – tzn. zsiadłego mleka, które otrzymaliśmy od mieszkających nieopodal Ukraińców oraz potrawy z grzybów, które dzielnie zbieraliśmy przez dwa dni. Następnie usiedliśmy do ogniska, aby – jak co wieczór – pośpiewać i wspólnie spędzić czas. Na koniec wystawiliśmy warty i znów pod niebem pełnym gwiazd poszliśmy spać, aby kolejnego dnia być gotowym do pracy.

Odnawianie cmentarza legionów
A pracy było sporo. Wyrywaliśmy chwasty, wykopywaliśmy kamienie i oznaczaliśmy praktycznie każdy grób od nowa. Praca szła dobrze, ponieważ pracowaliśmy wspólnie i każdy miał działkę, za którą odpowiadał. Zajęliśmy się zresztą nie tylko grobami, ale też kapliczką, która stoi obok cmentarza oraz pomnikiem, na którym widnieje tablica mówiąca o tym, że cmentarz jest współfinansowany ze środków Władz Samorządowych Miasta Łodzi – jak miło! ;)



Podczas pracy odwiedzili nas Ukraińcy, z którymi wymieniliśmy kilka słów, a następnie Polacy, którzy przemierzali Gorgany przy pomocy samochodów terenowych. Pracę zakończyliśmy sesją zdjęciową, a następnie zjedliśmy obiad, skorzystaliśmy z możliwości umycia się w znajdującym się tuż obok potoku i wyruszyliśmy z powrotem na Przełęcz, gdzie mieliśmy spędzić kolejną noc.



Przełęcz Legionów – miejsce, do którego chce się wracać
Powrót w to miejsce był rzeczą cudowną. Mam nadzieję, że nie tylko dla mnie stało się to miejsce wyjątkowe. Zarówno ze względu na naszą wyprawę, historię z nim związaną, jak i inną rzecz – Gorgany, to po prostu przepiękne góry, w których jeszcze nie ma mnóstwa turystów i można czuć się dość swobodnie. My z całą pewnością tak się czuliśmy – znajdujące się wszędzie strumyki zaopatrujące nas w wodę oraz wspaniałe miejsca z widokiem, gdzie nie trzeba robić wiele, aby po prostu siedzieć i cieszyć się tym, że jest się w tak wyjątkowym miejscu.
Noc spędzona na przełęczy była dla nas ciężka, ponieważ najpierw odbyło się wręczenie naramiennika wędrowniczego mł. Piotrkowi Łasce (gratulacje!), a potem odwiedzili nas młodzi Ukraińcy, z którymi przez ponad godzinę musieliśmy rozmawiać – nie to, że nie chcieliśmy! Po prostu było późno i byliśmy zmęczeni… A chłopcy dość mocno się nami zainteresowali i nawet dobrze nam się rozmawiało. No, może gdyby nie to, że każdy z nich miał wbity w ziemię przed sobą nóż… Na szczęście po wypiciu butelki alkoholu (nawet oni po kilku naszych odmowach wiedzieli, że harcerze nie piją alkoholu i nie są z tego powodu jacyś upośledzeni!) stwierdzili, że muszą również iść spać – i tak nasz kontakt się urwał, a my mogliśmy spokojnie wrócić do snu. Nie na długo, ponieważ pobudkę zarządziliśmy na godzinę 6:30.
Zejście z gór, zakupy i zmiana miejsca
Wszystko dlatego, że na godzinę 12:00 byliśmy umówieni z kierowcą w Bystrzycy i zależało nam na dotrzymaniu terminu – co udało się, ba, nawet byliśmy o 10 minut wcześniej. :P


Zanim jednak doszliśmy do miejsca, gdzie nocował kierowca, zatrzymaliśmy się na zakupach w sklepie – tego nam brakowało przez minione dni. Po wydaniu kilkuset hrywien i posileniu się różnymi, ukraińskimi specjałami, doszliśmy do busa, zapakowaliśmy się i dość szybko wróciliśmy na tak zachwalaną trochę wcześniej drogę z Bystrzycy… Po 2 godzinach wróciliśmy na normalną trasę i wyruszyliśmy do kolejnego punktu obozu – Czortkowa.
Czortków – polskie pamiątki i wspaniali ludzie… A my tu jeszcze powrócimy…
Miasto powitało nas zachodzącym już powoli słońcem. Po krótkich poszukiwaniach miejsca spotkania „przejęci” zostaliśmy przez Polaków, którzy opiekowali się nami podczas pobytu w Czortkowie. Tu również mieliśmy okazję spać i biwakować w przepięknym miejscu – poza miastem, nad rzeką, której woda była dużo cieplejsza, aniżeli poprzednie, górskie strumienie. Pierwsze popołudnie na tym miejscu upłynęło nam na ustaleniu szczegółów kolejnego dnia – niedzieli – którą chcieliśmy maksymalnie wykorzystać na poznanie Czortkowa, ale również spędzenie czasu z tamtejszą polską młodzieżą.
Wspaniały dzień święty



Niedziela 21 sierpnia była cudownym dniem. Pod każdym względem. Rozpoczęliśmy ją od przemieszczenia się do Czortkowa, gdzie poznaliśmy wstępnie historię miasta. Później uczestniczyliśmy w polskiej mszy odprawianej w kościele ojców dominikanów, po której zostaliśmy bardzo ciepło i mile przywitani przez miejscowych Polaków. Kolejnym punktem „programu” było odwiedzenie miasta – w tym domu zakonnego sióstr dominikanek, które na co dzień zajmują się dziećmi (nie tylko polskimi), ruin zamku oraz przepięknie zdobionej cerkwi. Zwiedzanie zakończyliśmy wizytą na czortkowskim cmentarzu, na którym znajduje się kwatera żołnierzy poległych w walkach o niepodległość. Następnie poszliśmy na obiad, po którym przemieściliśmy się na nasze miejsce biwakowe, aby przygotować ognisko, w którym wzięła udział młodzież z Czortkowa.



Najważniejszym elementem dnia było ognisko z tamtejszą młodzieżą. Był za nie odpowiedzialny Grzegorz Bielawski; od początku obawiałem się tego ogniska, jak ono będzie przebiegało, lecz niepotrzebnie. Spędziliśmy razem około 5 godzin, wspólnie bawiąc się, tańcząc, pląsając przy ogniu. Był to bez precedensu najlepszy moment tego obozu. Zawarliśmy znajomości z tymi ludźmi – z którymi mamy kontakt do dnia dzisiejszego. Po części obrzędowej ogniska, zaczęliśmy piec kiełbaski i dalej to co wychodziło nam razem najlepiej – czyli dalsze pląsy i śpiewy. :-) Prawie ze łzami w oczach żegnaliśmy się z nimi. Każdy z nas chciał zostać. Ludzie jakich napotkaliśmy na swojej drodze byli bardzo uprzejmi i w momencie wyjazdu każdy z nas był przekonany, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
ćw. Mariusz Osenka
Po zakończonym ognisku długo nie mogliśmy opanować naszych myśli, które rozwodziły się nad tym, ile można by zrobić wspólnych rzeczy i jak pomóc tej młodzieży, aby i oni mogli cieszyć się harcerstwem. Pomysły mamy nadal – czas pokaże, jak to się wszystko rozwinie.


Ku historycznym oazom naszej Ojczyzny – warowniom Rzeczypospolitej. Trudne pożegnanie…
Następny dzień spędziliśmy pośród jednych z najpiękniejszych miejsc na świecie (moim skromnym zdaniem, oczywiście): Skały Podolskiej, Kamieńca, Chocimia i Okopów. Słońce pokazało pazur i zadrapało nim nas wszystkich – z różną siłą, ale jednak. Nie umniejszyło to jednak piękna tych twierdz. Jednak, ku mojemu zawodowi, największą atrakcją dla wędrowników i wędrowniczek (czyli jednak tych troszkę starszych i dojrzalszych przedstawicieli harcerskiej braci) okazał się wiszący mostek w Kamieńcu…
Joanna Maryniak




Dzień nie zakończył się jednak tylko wizytą w opisanych przez Joasię miejscach. Wróciliśmy do Czortkowa, gdzie byliśmy umówieni z młodzieżą, z którą wczoraj spędziliśmy ognisko, aby się pożegnać. Nie da się ukryć, że było jakoś tak… ciężko się rozstać. Ale trzeba było i dzięki stanowczości Pana kierowcy musieliśmy wsiąść do busa i odjechać, wiedząc, że zobaczymy się… kiedyś.

To, co dobre – szybko się kończy. W tym przypadku – zbyt szybko!
I nadszedł dzień ostatni. Spakowani wyruszyliśmy w drogę powrotną, która nie minęła bez przygód – ot, chociażby kontroli policji (którą również, podobnie jak przejście przez granicę) po prostu warto przebyć, aby wiedzieć jak wygląda ona na Ukrainie. :) Ale i to minęło, a my wraz z kolejnymi kilometrami przybliżaliśmy się do naszej Ojczyzny. Przekroczenie granicy minęło szybko, chociaż polscy celnicy z trudem przyjmowali fakt, że harcerze n a p r a w d ę nie palą i równie naprawdę nie przewożą ani paczki papierosów, ani butelki alkoholu!
Dojechaliśmy do Przemyśla, gdzie jak na zamówienie czekał na nas pociąg do Krakowa. Tam pojechaliśmy jeszcze całą ekipą. W Krakowie nadszedł jednak czas rozłąki – wędrownicy 17 wysiedli, aby udać się na Jubileuszowy Zlot Stulecia, a wędrowniczki 7 pojechały do Warszawy i dalej do Łodzi. Mimo wszystko rozłąka nie trwała długo – już po dwóch dniach wędrowniczki (w trochę szczuplejszym gronie) dołączyły do nas na Zlocie.
Tak w wielkim skrócie minął kolejny obóz wędrowny naszego środowiska wędrowniczego. Hasła „Pamięć, Służba i Przygoda” wyznaczyły kierunki w których wędrowaliśmy – w różnym rozumieniu tego słowa. Mam nadzieję, że to, co kontynuowaliśmy i rozpoczęliśmy jednocześnie podczas tego obozu, przyniesie kolejne, bardzo konkretne owoce w pracy naszych drużyn.
Kolejny obóz za nami. A co pokaże przyszłość i kolejne sto lat harcerstwa? To już zależy tylko od nas – ode mnie i od Ciebie.


hm. Sebastian Grochala
Autorzy zdjęć: uczestnicy wyprawy
Wstawki: Joanna Maryniak, Mariusz Osenka
Więcej zdjęć z wyprawy znajdziecie w naszej galerii: http://mg2.zhr.pl/v/srodowiska/lodz/horyzont/2/4/3_001/ zapraszamy :)



Jeden komentarz
kurczę to kolejny wyjazd na Ukraine naszego szczepu na którym nie byłem i kolejny raz strasznie żałuje.