O świcie dnia 30 lipca trójka śmiałków z 17 ŁDW „HONKER” (Piotr Łaska, Grzegorz Bielawski, Przemysław Olas) postanowiła zdobyć sprawność „Dromadera”.
Spotkaliśmy się na krańcówce tramwajowej linii 3 (Wycieczkowa). Stamtąd udaliśmy się w stukilometrową podróż.
Pierwszym większym miastem na naszej jakże trudnej i wyczerpującej drodze był Zgierz. Byliśmy na tyle twardzi, że nie zrobiliśmy postoju pomimo upływu już 10 km. :P Zatrzymaliśmy się kilometr dalej na stacji benzynowej przy drodze odchodzącej do Aleksandrowa. Jak już się domyślacie, następnym naszym przystankiem był Aleksandrów Łódzki, gdzie postanowiliśmy zjeść śniadanie przy pomniku założyciela miasta Rafała Bratoszewskiego.
Podążaliśmy przez wioski i wioseczki aż natrafiliśmy na Kazimierz. Tam znów „oszukaliśmy Głoda”, napiliśmy się i ruszyliśmy na podbój znajdującego się nieopodal Lutomierska. Szybko go minęliśmy i udaliśmy się w stronę Pabianic. Był to jeden z dłuższych i najbardziej mozolnych odcinków do przebycia bo liczył on aż 17 km. Droga się strasznie dłużyła, lecz ku naszemu zaskoczeniu doszliśmy do Pabianic zgodnie z planem, czyli o 17.00.
JUŻ POŁOWA!!!
Niestety tutaj odpadł jeden z uczestników wyprawy, a zarazem twórca trasy – Piotr Łaska. Ale zapowiedział, że następnym razem przejdzie. :P My, jako reszta śmiałków, udaliśmy się do „Piotra i Pawła” oraz „Kauflandu” i tam zakupiliśmy prowiant oraz hit „Kauflandu”: Mrożoną Kawę. Po wyjściu z Pabianic (godzina 18.40) udaliśmy się do Ksawerowa. Pewnie się nie spodziewacie ale przeszliśmy drogami Ksawerowa i nie tylko do Rzgowa. Tam urządziliśmy na przystanku ucztę i ruszyliśmy dalej. Zaczął zapadać zmrok, więc zaopatrzyliśmy się w kamizelki odblaskowe, latarki i podążaliśmy w stroną Wiśniowej Góry. Maszerując trochę pobłądziliśmy, ale „bardzo” uprzejmi panowie w sposób bardzo ciekawy i wymowny wytłumaczyli nam drogę. Przy okazji zostaliśmy zaproszeni na „poczęstunek” ale z przyczyn oczywistych odmówiliśmy. W Woli Rakowej zdarzył się nieszczęśliwy wypadek… a mianowicie jednemu z nas (Grzegorzowi) wylał się jogurt w plecaku i wszystko było brudne. Pomimo zmęczenia psychicznego i fizycznego wyczyścił plecak i ruszyliśmy dalej już bez jogurtu ;(. Droga do Wiśniowej Góry okazała się bardzo emocjonująca. Za pierwszym razem zaczepiło nas pięciu panów z auta, pytając nas „po co wam ta latarka”. Po tym zapytaniu grzecznie odjechali. Około godziny 1:00 minęliśmy Andrespol, później Bedoń, Jordanów i miejscowość o wdzięcznej nazwie Eufeminów. W następnej miejscowości, a mianowicie w Wiączyniu Dolnym, była bardzo niesympatyczna i pagórkowa trasa na Nowosolną. Za każdym wzniesieniem mieliśmy nadzieje że to jest już to skrzyżowanie w Nowosolnej, ale niestety… ;(.
Po ponad godzinie marszu doszliśmy wreszcie do Ulicy Jana Kasprowicza i na niej spotkaliśmy rozmawiającego przez telefon, elegancko ubranego i tarzającego się po ziemi Pana. Później nawet pomógł na odnaleźć ulice Opolską, która nie miała tabliczki z nazwą. Tam pobłądziliśmy, skręciliśmy nie tam gdzie trzeba, i poszliśmy okrężną drogą nadrabiając kilometry.
HURRRA !!! KONIEC!!!
Po 22 i pół godzinie, o 5.30 nad ranem, przeszliśmy wymarzone 100 kilometrów. Zakończyliśmy wyprawę na przystanku przy ulicy Strykowskiej, skąd zabrał nas autobus N6. Wyczerpani ale pełni radości wróciliśmy do domów.
Ćw. Grzegorz Bielawski
Ćw. Przemysław Olas
II tura!
Zgodnie z zapowiedziami i planami odbyła się dromaderowa dogrywka. Wzięło w niej udział aż sześciu szaleńców: Piotrek Łaska (który poprzednim razem odpadł), Adrian Lebioda, Mariusz Osenka, Piotrek Grzelak, Artur Góral i Jacek Tomaszewski.
Trasa była bardzo podobna do poprzedniej, jedynie z drobnymi modyfikacjami i jedną znaczną: tym razem szliśmy „od końca”. Pomysł wziął się stąd, że okolice Zgierza czy Aleksandrowa są dobrze oznakowane, a trasa przebiega tam głównymi drogami – w przeciwieństwie do Łagiewnik, gdzie poprzednio nocą pobłądzili uczestnicy. Dlatego tym razem postanowiliśmy trudny teren pokonać w świetle dnia (co i tak nie do końca się udało, bo raz źle skręciliśmy i zrobiliśmy dodatkowe 2.5 km więcej :P).
Początkowo nastroje były iście bojowe. Poranne chłody powoli ustępowały na rzecz silnego słońca. Przy Nowosolnej stwierdziliśmy, że mamy zbyt wolne tempo i należy przyspieszyć. Tak też zrobiliśmy: chyba aż nazbyt forsownie, bo odcinek podobnej długości przebyliśmy w czasie prawie dwa razy krótszym. Tak też znaleźliśmy się w Andrespolu, gdzie odpoczęliśmy w cieniu supermarketu. Dalsza droga do Rzgowa była długa, prosta i męcząca (w jednym z mijających nas samochodów ktoś nas filmował komórką) – Adi wyraźnie tracił siły i mieście spasował, choć jeszcze później minął nas, siedząc w autobusie (szczęściarz, mógł usiąść! Choć, jak sam stwierdził: „może i siedzę, ale ciekawe, czy wstanę” :P).
Odcinek Rzgów – Pabianice (przez Gadkę Starą i Ksawerów) chyba najbardziej podniszczył morale. Pabianice miały być naszą Mekką, położoną już za połową trasy (57 km), gdzie oczekiwaliśmy przypływu nowych sił i motywacji. Niestety, było wręcz przeciwnie. Niedługo za początkiem długiego miasta z wędrówki zrezygnował Artur, a po obiedzie i odpoczynku w centrum Echo poddali się też Mariusz i Piotrek Grzelak. Było już ciemno i wszyscy byliśmy zmęczeni (nasze nogi i stopy zwłaszcza), a upragnione nowe siły nie nadpłynęła. Niemniej, Jacek i Piotrek Łaska ruszyli dalej. Piotrek miał motywację, by tym razem zdobyć sprawność, zaś Jacek stwierdził, że głupio byłoby przerwać, bo przebyty już dystans poszedłby na marne (wraz z całym dniem i wysiłkiem).
Dalsza droga była nad wyraz monotonna. Szliśmy prostymi, nieoświetlonymi drogami z kiepską nawierzchnią, rozciągniętymi pomiędzy kolejnymi miejscowościami (Janowice, Lutomiersk, Aleksandrów, Zgierz). Byliśmy oślepiani przez długie światła samochodów. W lekkim blasku latarki szczekające psy były tylko parami błyszczących ślepi. Minęliśmy ze 3 wesela w remizach strażackich. Cisza, spokój, żmudny marsz.
Mieliśmy dobrą prędkość, choć ostatni odcinek (Zgierz – Łagiewniki) powłuczaliśmy nogami niczym zombie. I tak ostatecznie po 22 godzinach i 35 minutach (o 5 minut dłużej niż ekipa nr 1) pokonaliśmy trasę 100 km.
A ja jeszcze musiałem z mety dojść do działki. :) Odcinek, zwykle pokonywany przeze mnie w 18 minut, zajął mi 40 (i to tylko dlatego, że siłą woli powstrzymywałem się od postojów).
Satysfakcja z wyczynu jest ogromna. I nie dziwimy się, że jest to sprawność Mistrzowska – wymaga wiele samozaparcia. Także podczas konfrontacji z rodziną („Oszalałeś? Nie masz co robić, tylko łazić?”) i mając w głowie perspektywę późniejszej rekonwalescencji (odciski, pęcherze, odparzenia, zakwasy, naderwane ścięgna – to typowe).
HO Jacek Tomaszewski



4 komentarze
Gratuluję Wam, a Tobie Olesiu, życzę powodzenia u wędrowników.
serce rosnie :)
Napiszcie kiedy będziecie szli bo zabrałbym się z wami, mega sprawa!
Chłopaki, gratulacje! A pozostałych zabieram niebawem na trzecią turę :-)