Strona główna / 1. Głos Redakcji / Trzy słowa / Trzy słowa, podejście 9

Trzy słowa, podejście 9

Warto wpierw ogarnąć dwie poprzednie części.

Doprawdy, kniaziowi Mścigniewowi powodziło się równie dobrze jak jego grodowi.

Od czasu, gdy harcowników gromada zbójców przepędziła, w osadzie panował spokój. Wręcz tyle spokoju, iż kniaź zaczynał przemyśliwać o wdaniu się w jakąś wojenkę z sąsiadem, bo drużyna wojów już od gnuśnienia siły wytracała.

Niespodziewanie plany Mścigniewa ubiegł kniaź Wołodek, który przysłał swego giermka z interesującą ofertą: Wołodek chciał rękę swej córki oddać Mścigniewowi.

Kniaziowi wielce się propozycja spodobała. Przymierze krwi z sąsiadem to pozytywna rzecz, a huczne weselisko rozrusza poddanych. Co więcej, kniaź miał już prawie dwa tuziny wiosen na karku, więc czas był ku ożenkowi najwyższy.

Odpowiedział giermkowi, że z chęcią przystaje na propozycje. Poseł zapowiedział, że pojutrze Lubomiła – gdyż tak się zwała rzeczona białogłowa – zjawi się u Mścigniewa ku zapoznaniu. Poinformował też kniazia, że niewiasta lubuje się w rzeczach cudnych i niezwykłych, i że taki nadzwyczajny prezent dla niej byłby dobrze widziany, a wręcz oczekiwany.

Ledwo giermek się oddalił, kniaź zaczął głowić się nad tym, cóż lubej pokazać. W pierwszym momencie przyszło mu do głowy, że brakuje mu małego palca u lewej stopy (straconego w młodzieńczym pojedynku), ale potem skonstatował, że to nic nadzwyczajnego – mnóstwo osób taką skazę posiadało i przez to traciła ona na szczególności.

Później pomyślał, że wprost niezwykłe jest, jak w porze płacenia podatków cudownie znika zboże. Kniaź rękę by sobie dał uciąć, że z pól zbierane jest zdecydowanie więcej, niż chłopi deklarują przy płaceniu dziesięciny. Stwierdził jednak, że nie ma co wprowadzać ukochanej w zawiłe meandry grodzkiej gospodarki.

Aż wreszcie przypomniał sobie o Wieszczyku, który posiadał rzygającą ogniem lagę. To było coś właściwego – dlatego też natychmiast kazał przywołać szamana przed swe oblicze, by za dni dwa piromanckim pokazem zadziwił wybrankę.

Wieszczykowi wiodło się niezgorzej. Od odesłania harcowników wiódł żywot stateczny i spokojny, wykonując to, co szacownemu szamanowi przystoi: zbierał zioła, warzył mikstury, leczył choroby, rozprawiał z duchami i co jakiś czas przepijał zarobiony grosz (acz nigdy cały).

Dlatego też kniaziowskie wezwanie wielce go zaskoczyło. I niepomiernie się zmieszał, usłyszawszy, że władyka pragnie ujrzeć jego ognistą laskę. Nie miał bynajmniej zamiaru wyjawiać kompromitującej prawdy, dlatego też zwalił całą winę na nieobecnych harcowników, klarując, że to oni lagę mu zwędzili.

– No to przywołaj ich tu ponownie! – huknął kniaź i Wieszczyk pożałował, iż od razu nie przyznał się do przewiny.

Michałowi czas płynął nienajlepiej. Siedział przy biurku nad książką finansową drużyny i biadolił. Kiedy niedawno awansował z zastępowego na przybocznego, nie przypuszczał, że trafi mu się niewdzięczna, papierkowa robota.

Chwilowo zajmowały go dwa problemy: czy zakupy wycieraczek do samochodu zakwalifikować jako wyposażenie, materiał czy transport? W akcie desperacji Michał był już nawet gotowy poszukać w internecie informacji o średnim czasie zużywania się wycieraczek.

Ale trudniejszym do przeskoczenia problemem było to, że podczas biwaku nie dostali od gospodarza żadnego potwierdzenia zapłaty 200 zł za możliwość rozbicia namiotów na jego terenie. I teraz Michał gorączkowo szukał jakichś faktur, które mogłyby pokryć ten wydatek. Paragony z zakupu jego rodziców się nie nadawały, bo zawierały skromne, acz dyskwalifikujące ilości alkoholu.

Wtem trzymany przez chłopaka długopis rozjarzył się błękitem. Podobnie uczyniła zaraz rozłożona na biurku książka finansowa i nagle Michał poczuł się przemożnie senny…

Nim Michał otworzył oczy, poczuł, że coś twardego boleśnie wbija mu się w krzyż. Zorientowawszy się w sytuacji stwierdził, że to ułożony z kamieni czubek ogromnej lilijki. A dookoła niego, porozrzucani na tle lilii, budzili się znajomi ludzie: członkowie dawnego zastępu Michała. Było więc dwóch druhów w mundurach (mieli jakiś biwak zastępu), dwie osoby po cywilnemu i Przemek przebrany za Legolasa (Michał skojarzył, że Przemek wybierał się na konwent fantasy).

– Witajcie – usłyszeli znajomy, choć surowy głos kniazia. – I zrazu oddajcie ognistą lagę Wieszczyka.

Michał się zmieszał i rad nie rad opowiedział o wstydliwym incydencie obozowym: jak to młody, ambitny i zazdrosny pierwszoroczny druh na swojej warcie zakradł się do komendy i zabrał laskę skautową Michała. I jak skończyło się to poważną sytuacją, kiedy Michał po raz pierwszy w życiu widział użycie obozowego p-poża. I jak niestety niezwykła laska przy okazji spłonęła, wraz z jednym namiotem.

– Psubraty! – warknął wściekły Mścigniew. – Do lochu z nimi i nie wypuszczać, póki nie wynajdą sposobu,  by Lubomiłę zadziwić! A jak do jutra nic kontentującego nie podadzą, to ich zetnę!

Harcownicy i Wieszczyk znaleźli się w znajomej celi. Czując na karkach oddech zagrożenia dekapitacją, żwawo zabrali się do myślenia.

Pierwszym pomysłem było, by książę sprezentował ukochanej Przemka, na tyle skutecznie przebranego za elfa, że miał nawet spiczaste uszy i wyglądał nader niezwykle. Rzeczony Przemek jednak ostro protestował, zwłaszcza, gdy Wieszczyk wyłuszczył, że sprezentowana Lubomiłej rzecz powinna z nią zostać na zawsze.

Dalej towarzysze niedoli poszli tropem ognistej lagi i któryś z druhów wyciągnął pudełko zapałek. Niestety, było ich niewiele, a po wytłumaczeniu Wieszczykowi zasady działania siarki i draski została tylko jedna – ciut za mało, by był to sensowny prezent.

Wtedy inny druh, z tych biwakowych, pokazał latarkę. Świetlisty pręt zyskał szaleńczą aprobatę i Wieszczyk od razu pognał pokazać dziwo przed kniaziowskim obliczem. Zaiste, Mścigniew był po wrażeniem mocy cudownego przedmiotu i już planował, jak za dwa dni zaczeka do zmierzchu i mrok tronowej sali rozświetli przed lubą. Niestety, wszystkie marzenia zrujnował Wieszczyk, który mrugnięcie oka później w ciemności zaplątał się we własną szatę na schodach do kniaziowskiego tronu i runął jak długi, łamiąc na pół jednako latarkę i swoje ramię.

– Żabi pomiot! – ryknął władca z furią, uderzając pięścią w podłokietnik. – Obić go u pręgierza nieznacznie, coby rozumu nie postradał, i znów do lochu, łamagę, łachudrę!

Harcownicy dalej głowy łamali, coby tu za dziw nad dziwy kniaź mógł swej miłej dać, podczas gdy Wieszczyk zioła jakieś w garze mieszał. Coś nad tym pomamrotał po czym wypił duszkiem i wszyscy ujrzeli, jak jego złamana ręka natychmiast się zrasta. Szaman wykonał ręką kilka próbnych ruchów i z ukontentowaniem skinął głową.

– Wow, to był prawdziwy cud! – wydukał zszokowany Michał. – To by się przecież nadawało!

– W żadnym wypadku – zaprzeczył Wieszczyk. – Raz, że nie uśmiecha mi się żywot cały, dla kaprysu białogłowy, łamać swą rękę i ją na zawołanie składać. Dwa, że nadto mi już na ciele Znaków Bogów.

– Znaków Bogów? – zapytał zaciekawiony Michał, na co Wieszczyk podsunął rękaw szaty, ukazując różową smugę tam, skąd ledwie chwilę temu sterczała złamana kość. – Acha, blizna!

– Gdzieżby! – ofuknął go szaman. – Blizny powstają od ran żelazem zadanych. Znaki Bogów zaś to ślady po ujściu magii. Posiadanie takowego na ciele jest rzeczą rzadką i niezwykłą, wręcz mistyczną. Jednak takich, co zbyt wieloma Znakami naznaczeni, uważa się za wybranych przez Bogów i składa się ich im w ofierze.

Michał przełknął ślinę. Po chwili jednak uśmiechnął się, zrazu niepewnie, potem zaś wyraźnie radośnie.

– Mam, wiem! Skoro te Znaki są takie rzadkie, to zróbmy kniaziowi taki. I zawsze będzie mógł tę niezwykłość Lubomiłej pokazywać. A i to takie romantyczne: że sam będzie prezentem dla ukochanej… – rozmarzył się chłopak.

– Pierwszorzędny pomysł, zaiste – przytaknął Wieszczyk ironicznie. – Już widzę, jak kniaź daje sobie rękę złamać.

– Nie będzie musiał… – odparł chytrze Michał. – O ile tylko macie tutaj pewną sympatyczną roślinkę.

Kniaź siedział na drewnianym tronie i zaciskał zęby. Może i harcownicy się postarali, ale bolało niemożebnie. Cóż, dla miłości jednak trzeba czasem trochę pocierpieć…

Kilka godzin wcześniej Wieszczyk wespół z harcownikami poprowadzili kniazia w jakieś leśne ostępy. Miejscowi zwali je Diabelskim Polem, bo co tylko ktoś tam się zabłąkał, wnet demony go gryzły, zostawiając na skórze piekące znamiona.

– To barszcz Sosnkowskiego – rzekł Michał, wskazując na porastające Pole rośliny. Kniaź stwierdził, że naprawdę jest mu obojętne, jak to zielsko się zwie.

Michał założył grubą rękawicę i zerwał jedną z roślin. Początkowo chciał umieścić na kniaziowskim przedramieniu symbol, jak mówił, miłości. Kniaź jednak z dezaprobatą orzekł, oglądając szkic na piasku, że znak ten przypomina grot włóczni z tyłkiem i ani krztyny mu się z miłością nie kojarzy.

Dalej więc wódz harcowników zaproponował, że równie romantyczne będzie umieszczenie na Mścigniewowym przedramieniu imienia ukochanej. Kniaź przystał, a potem żałował, że luba nie ma krótszego imienia (np. Kacha albo nawet Wa), bo wypalenie Znaku Bogów demoniczną rośliną pieruńsko piekło.

Ale teraz było już po wszystkim. Wkrótce przybyło poselstwo Wołodka wraz z przeznaczoną Mścigniewowi niewiastą, która okazała się nader powabna. Ku ogólnej radości (a zwłaszcza strwożonych o swe głowy harcowników i Wieszczyka) niezwykłe znamię kniazia szczególnie przypadło do gustu ukochanej. Co prawda Michał z żalem stwierdził, że nikt nie umie czytać i w sumie niepotrzebnie się tak starał, bo każdemu wystarczało zapewnienie, że to właśnie imię ukochanej cudownie jest tam zapisane. Z drugiej strony, może i tak było lepiej, bo okazało się, że giermek pomylił imię białogłowy, która tak naprawdę zwała się Lubochna.

Kniaź wśród wiwatów i radości ogłosił zaręczyny, następnie zaś kazał Wieszczykowi czym prędzej odesłać harcowników, by na weselisku mniej gąb było do wykarmienia i napojenia. Ponieważ jednak nie był niewdzięcznikiem, przywołał ich jeszcze do siebie, podziękował serdecznie i darował każdemu brązowego dukata. W przypływie łaskawości spytał nawet, czy nie mają jakichś życzeń.

– No cóż… – zaczął Michał bez zbytniego przekonania i nadziei. – Czy dostaniemy może za to wszystko jakieś faktury?

Jacek Tomaszewski HO

PS

Tym razem słowa brzmiały tak: barszcz, faktury, giermek. I chyba pobiłem rekord długości opowiadania.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *