Strona główna / Wyróżnione / Relacja ze Złazu instruktorów OH-rzy w Warszawie – subiektywnie i przydługo, ale z refleksyjnym komentarzem

Relacja ze Złazu instruktorów OH-rzy w Warszawie – subiektywnie i przydługo, ale z refleksyjnym komentarzem

Złaz oficjalnie zaczął się w piątek, ale ja, cała ekipa z Łodzi i (z moich obserwacji) znaczna cześć zgłoszonego grona instruktorskiego przyjechali w sobotę o świcie. Co ciekawe również duża grupa wyjechała przed upływem 24h lub jedynie nieznacznie po (ale o tym później). Zaskoczyła mnie ilość uczestników – złaz OH-rzy w końcu, nie? Prawdopodobnie również organizatorów, bo nie stawiła się pi*oko ¼ zgłoszonych. Z większości chorągwi ktoś przyjechał, ale nawet nie ze wszystkich.Niektóre z nich przyjechały liczniej jak Wielkopolska czy Łódź. Instruktorzy z Mazowsza – gospodarze stawili się w podobnej ilości (czytaj mniej niż 10 więcej niż 3), mimo iż mieli logistycznie najbliżej (ci obecni byli w większości spoza Warszawy, z której to na stałe przyjechali instruktorzy stanowiący… sztab złazu). Tym sposobem na apel rozpoczynający stawiło się około 40 osób. Nawet wyczekiwany dh naczelnik nie przyjechał na otwarcie.

Po apelu odbyły się zajęcia z modeli organizacji skautowych w innych krajach, prowadzone przez hm Mateusza Stąsieka. Przedstawił on temat na zasadzie studium przypadku organizacji skautowych w Niemczech, na Węgrzech i w stanach zjednoczonych. W skrócie można powiedzieć że schemat strukturalny jest w nich zbliżony do naszego jednak za granicą podstawowa jednostka na którą kładzie się akcent to zastęp. Mogą one zrzeszać się w drużyny, ale nie muszą. Odpowiednik szczepu tworzy kilka drużyn z trzech pionów. W odróżnieniu od dominującego u nas modelu harcerze + harcerki. Co do koedukacji to jesteśmy unikatem – tylko u nas jest tak wyraźne rozgraniczenie między OH-rzy i OH-ek. Za granicą prawie zawsze monopłciowe są zastępy (odstępstwo zachodzi jedynie gdy z przyczyn logistycznych nie da się inaczej), jednak drużyny mogą składać się z zastępów chłopców i dziewczyn. Niemcy na ile mogą stawiają na niezależność od państwa i uciekają od choćby cienia upolitycznienia (ze względu na zaszłości historyczne). Za oceanem z kolei współpraca z samorządami i wojskiem (które szuka kadetów) jest, a w zasadzie była bardzo silna. Prezydent USA po elekcji był mianowany honorowym przewodniczącym. Jednak wszystko do czasu. I tu moja pamięć zawodzi co do szczegółów, ale chodziło o jakiś skandal obyczajowy – jakąś rzekomą dyskryminację. Sąd co prawda odrzucił oskarżenie uzasadniając, że organizacja prywatna może kierować się swoimi zasadami i kryteriami przyjmowania członków, jednak wszystko rozbija się o sformułowanie „organizacja prywatna”. Oznacza ono rozłączność od państwa. Od tego procesu współpraca zaczęła podupadać. Wojsko jest państwowe. Jeżeli wspomniane już organizacje nie współpracują z państwem czyli także ze szkołami, to z kim? Otóż 70% działa przy wspólnotach wyznaniowych, parafiach.

Po tym bloku udaliśmy się do senatu, gdzie odbywała się konferencja związana z XXX-leciem powstania KIHAM. I tu przypominają się słowa pewnego instruktora, który powiedział że jedziemy na złaz, robić frekwencję na tej konferencji i utrzymywał, że będzie fajna. Senat, marmury, bramki i kontrola jak na granicy polsko-ukraińskiej. Do momentu przejścia przez bramkę wszystko w porządku, ale potem równia pochyła. Primo sala konferencyjna nie była przystosowana do przyjęcia nas jako obserwatorów (była już przygotowana do objęcia przez Polskę przewodnictwa w UE). Secundo w warunkach zaludnionego korytarza zestaw rzutnik + ekran na niewiele się zdał – nic nie było słychać. Tertio, gdy przedsiębiorczy harcerze po przerwie na kawę wbili się do sali konferencyjnej z własnymi krzesłami, mnie osobiście dobił referat dotyczący działań małopolskiego aparatu bezpieczeństwa wobec harcerstwa niepokornego. Nic treści, ani tematowi do zarzucenia nie mam. Chodzi o formę. Może i adekwatna do całości, ale w tym momencie się wyłączyłem duchowo. Faktem jest że ludzie, którzy działali w tamtym czasie, którzy to przeżyli i pamiętają (bo to w sumie nie było tak dawno) znacznie lepiej musieli odbierać to co się działo. Dla nich to nie były suche nazwiska i fakty tylko konkretne twarze i wspomnienia, natomiast człowiek zupełnie nie będący w temacie (ja), nie wprowadzony w żaden sposób nie za wiele rozumiał i wyniósł z tego wydarzenia. Dla tamtych ludzi – super sprawa, dla nas, a przynajmniej mnie – kicha. Mam wrażenie że instruktor czasem traktowany jest jak mięso armatnie, które może znieść większą dawkę oficjalnych uroczystości  niż przeciętny człowiek.

Po konferencji wróciliśmy na wyczekiwany obiad, po którym to rozpoczęła się debata nad projektem zmiany regulaminu stopni instruktorskich. Skracając dynamiczną, burzliwa dyskusję przedstawię 3 fronty jakie się utworzyły.

Ideą pierwszej opcji było to żeby ścieżkę instruktorską z pionowej zamienić na poziomą. Pionowa to generalnie przewodnik drużynowy, podharcmistrz hufcowy, harcmistrz komendant. W poziomej linii chodzi o to, że żeby zdobyć wyższy stopień trzeba się wykazać umiejętnością prowadzenia drużyny. Przewodnik to byłaby swego rodzaju licencja (padło porównanie do prawa jazdy) na prowadzenie drużyny (teorię zna, trochę praktykował), podharcmistrz wykazuje wprawę w byciu drużynowym, a harcmistrz osiąga mistrzostwo. Koncepcja wywodzi się z kilku przesłanek. Zdobycie stopnia pwd jest obecnie możliwe w zasadzie jedynie prowadząc jednostkę. Istnieje duża grupa (tu występuje zróżnicowanie w chorągwiach, acz moim subiektywnym zdaniem w żadnej chorągwi funkcje p.o. drużynowego nie jest czymś niecodziennym, a z założenia powinna) drużynowych nie będących instruktorami. Instruktorów nie będących drużynowymi, w stosunku do drużynowych będących instruktorami jest stanowczo za mało. Drużynowych w ogóle jest za mało jeśli myślimy o rozwoju liczebnym, a nie regresji. Przewodnikom chcącym zdobywać kolejne stopnie trudno jest organizować rzeczy na poziomie bardziej globalnym nie zaniedbując drużyny. Regulamin wymaga od przyszłego podharcmistrza w zasadzie oddania drużyny, co stronnicy tej opcji uważali za wyciąganie instruktorów z drużyn do pracy w strukturach.

Drugiej opcji cały tryb zajmowania się sprawą jest kpiną, a poświęcony – zmarnowany czas można było przeznaczyć na pisanie projektów i zdobywanie dotacji („nie róbmy polityki, budujmy harcówki”). Poza tym wprowadzenie wspomnianej koncepcji uniemożliwia rozwój wszystkim osobom nie będącym drużynowym, a przecież ZHR to nie tylko i wyłącznie drużynowi, ale także np. kwatermistrzowie czy skarbnicy. Istniejący regulamin wymaga raczej korekty niż przewracania do góry nogami.

Trzecia grupa ludzi to ludzie, którzy zabierali głos, ale delikatnie rzecz ujmując nie wnosili nic do dyskusji i na fakcie wspomnienia tutaj o tej grupie się powstrzymam. Inną ciekawostką była obecność co najmniej 10 instruktorów z Mazowsza (z ich komendantem na czele) których ani wcześniej ani nazajutrz nie widziałem.

Żadna ze stron nie przekonała do swojej racji. W toku dyskusji padła propozycja by zmienić tak regulamin by pozostawić trochę miejsca na interpretacje komisji instruktorskiej chorągwi, co pozwoliłoby na dostosowanie regulaminu do konkretnego środowiska. Ostatecznie decyzję co dalej w tej sprawie podejmie naczelnik harcerzy, jak zapowiadano „na gwiazdkę”. Aha, jeszcze jedno się dowiedziałem: system zastępowy jest do pracy w drużynie, a nie do pracy ze starymi bykami [drużynowymi, hufcowymi, komendantami chorągwi].

Podczas krótkich przerw w programie można było nabyć po promocyjnych cenach książki wydawnictwa ZHR, odwiedzić okolicznościowo zorganizowaną kawiarnię, czy wziąć bezpłatnie stare wydania „drogowskazów”.

Następnym blokiem był „blok zajęć życie” dotyczący ankiety, którą można było wypełnić przed złazem (nawet nie będąc zgłoszonym na złaz). Ankietę wypełniło 40% instruktorów ZHR-u i w poszczególnych chorągwiach odsetek ten był podobny, co prowadzący hm Jacek Kurępa (profesor socjologii i pedagogiki) i hm Marcin Wrzos (kapelan OH-rzy) uznali za grupę reprezentatywną. Ankieta dotyczyła przestrzegania prawa harcerskiego przez instruktorów i p.o. drużynowych. Nie będę się zagłębiał w szczegóły i ich interpretację, gdyż jest to temat na kolejny artykuł i w dodatku nie mojego autorstwa. Wniosek z niej był mniej więcej taki, że na tle grup społecznych w tym samym przedziale wiekowym nasze statystyki wypadają dobrze, ale na tle tego do czego zobowiązuje nas prawo harcerskie mamy naprawdę dużo pracy nad sobą do zrobienia. Wyniki analizy były na razie wstępne, gdyż było na nią mało czasu. Autorzy zapowiedzieli głębszą analizę i przekazanie jej wyników do min. komisji instruktorskich chorągwi.

To był ostatni blok programowy tego dnia. W nocy…jak to w nocy na takich wyjazdach. W tą powiększyło się grono harcmistrzów.

Następny dzień zaczęliśmy od Mszy Św. Po śniadaniu komendant zlotu 100-lecia hm Krzysztof Piaseczny oraz pwd Jarosław Kowalski opowiadali o wizji zlotu. Zapowiada się ciekawie. Organizatorzy ubolewają jedynie, że zgłaszają się ZZ-ty, a nie normalne zastępy (co było intencją naczelnika, z tego co napomknął komendant zlotu). Jednocześnie wymagają, żeby  z każdym zastępem wędrował i przyjechał na zlot instruktor. Tu zwracam się do organizatorów (w tym naczelnika) jako przeciętny drużynowy: wydaje mi się, że pogodzenie obu kwestii jest bardzo trudne dlatego większość zdecydowała się na przyjazd ZZ-tem. Żadna głęboka filozofia tylko prozaiczna rzeczywistość. Tak po prostu. Przecież się nie rozdwoją (roztroją, itp…). Inny instruktor? Ciekawe czy liczba instruktorów przewyższa liczbę zastępów.

Następnym punktem programu były zajęcia „strategia ZHR”, do przeprowadzenia których zobowiązał zjazd walny ZHR(!). Albo ilość godzin spędzonych na słuchaniu przekroczyła punkt graniczny albo temat był zawieszonymi w powietrzu teoretycznymi rozważaniami. Nic nie napiszę, bo w połowie postanowiłem zbadać plan zagospodarowania przestrzennego szkoły w której się znajdowaliśmy.

Do bloku zajęć „Organizacja” (hm Radosław Podogrodzki) nawet nie doszło. Co prawda mnie, przy ówczesnym stanie ducha to ucieszyło i jak się okazało nie tylko mnie, ale wątpię żeby to była przyczyna. A prawdziwej nie znam. Na miejscu złazu, w chwili zakończenia (które niespodziewanie się przyspieszyło) był już na prawdę mało kto. Ekipa z wielkopolski i chmura elektronów z Polski. Nawet mający prowadzić następne zajęcia wyjechał w pośpiechu po obiedzie. I tak obiad stał się ostatnim elementem złazu.

Złaz dla mnie nie odbiegał od innych masowych (więcej niż 20 osób z całej Polski) wydarzeń instruktorskich. Oficjalne uroczystości – były, nieustanny ruch przyjazd – wyjazd – był. Mnie osobiście irytuje, a jednocześnie coraz częściej kusi (przykład idzie z góry) powszechne przyjeżdżanie na tylko fragment/tylko wybrane zajęcia. (Na tym złazie miało to kulminację podczas dyskusji nad stopniami instruktorskimi, kiedy to nagle wyrósł blok Mazowsza.) Albo się przyjeżdża albo nie. Albo się ma czas albo nie. Ja to odczuwam jako brak szacunku. Raz w stosunku do organizatorów, dwa tych co przyjechali na całość. Takie jakby stawianie się ponad innymi i ponad regułami. Mnie interesuje tylko odtąd dotąd, nie mam czasu. Nikt nie ma go w nadmiarze, ci co przyjechali też. Czy czas „wpadających” jest cenniejszy niż „uczestników od a do z” i nie mogą sobie pozwolić na taką stratę czasu? Stratę czasu… tu dochodzę do sedna.

Skoro nikt nie ma czasu, żeby przyjechać na złaz w takiej formie jak to się odbywa, na (jak czytamy na stronie złazu tuż po zakończeniu – post z 29 XI 2010 {instruktorzy.blogspot.com}) „trzy dni spędzone w instruktorskim gronie” (a nie ma, bo uznaje go za, przynajmniej częściową stratę czasu) to może czas coś zmienić?

Na kiepskie zbiórki przychodzi mało harcerzy.

pwd. Tomasz Hasiński HO

2 komentarze

  • moje refleksje po przeczytaniu relacji i wczesniejszych rozmowach z obecnymi na zlazie:

    wydaje sie, ze OH mamy syndrom harcerza, ktory chodzi na zbiorki zastepu, ale na zbiorki druzyny juz nie, jako druzynowy wiem, ze to jest bardzo zly syndrom

    wielu instruktorow interesuje sie tylko swoim podworkiem, wychodza na zewnatrz tylko kiedy maja ku temu jakis interes… bezinteresownosc chyba umarla nawet u harcerzy

    myslalem, ze system zastepowy jest fundamentem naszej pracy, ale jestem „cielakiem” wiec moge sie mylic

  • Z zapartym tchem czytałem Tomku twoją relacje-refleksje po złazie. Bardzo Ci za nią dziękuję. Nie mam zbyt wielu odniesień do innych złazów, które w Organizacji Harcerzy się odbywały. „Od kuchni” pamiętam Złaz w Łodzi, od uczestnika (czasowego) pamiętam Złaz w Krakowie.
    Myślę nawet, że mogę się utożsamić z Twoimi wnioskami. Zadam jednak pytanie jak to zmienić? Szczególnie, że relacja zamieszczona na stronie Organizacji Harcerzy i Złazu jest zupełnie inna od Twojej. „Każdy” znajdzie usprawiedliwienie dla powodów „czasowego pobytu” na takiej imprezie. Przy takiej frekwencji należy się cieszyć, że byli? Ja tylko dodam, że z bólem jechałem na Złaz podczas, którego okazało się, że tematem No 1 stał się element, którego w publikowanym na stronie złazu programie nie było. Możemy też zadać pytanie „do wewnątrz” dlaczego Nas było tak mało? Wszak odbywające się równolegle TDL mogło przeszkodzić tylko nielicznym z Nas, by pojechać na złaz. Czas Świąt to czas postanowienia poprawy … zachęcam do przeczytania artykułu ks. Arka Lechowskiego.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *