Strona główna / 4. Historia magistra vitae / Wspomnienia / Wspomnienia Tadeusza Kalusińskiego z kursu w Skole

Wspomnienia Tadeusza Kalusińskiego z kursu w Skole

We Lwowie nocowałem z kilkoma królewiakami i Małopolanami udającymi się również do Skolego, w wielkiej Sali gimnastycznej Sokoła-Macierzy. Sienników i kocy mieliśmy pod dostatkiem, gdyż wcześnie rano wyjechało sporo uczestników kursu Polskich Drużyn Strzeleckich. Między innymi wieczorem mięli wyjechać Konstanty Zachert i Teodor Berlach. Obaj z niezrozumiałych dla mnie powodów byli w nienajlepszych humorach.

Gdy rano tego dnia, w którym przybyłem do Lwowa formował się kilkunastoosobowa grupa, zadaniem której było odniesienie do składnicy wojskowej kilku nowoczesnych pięciostrzałowych karabinów system manlichera i kilkudziesięciu starych jednostrzałowych werbli, obaj prosili mnie, aby zastąpił ich w tej pracy. Uczyniłem to chętnie , gdyż tą drogą poznałem Lwów uprzednio pożegnawszy z obu przedstawicielami Łodzi. Było to moje ostatnie, serdeczne pożegnanie się z K. Zachertem i T. Berlachem. Obaj w połowie września wyjechali za granicę: K. Zachert na razie do czeskiej Pragi, a T. Berlach do Berlina. Łódź została bez instruktorów drużyniackich. Następnego dnia wczesnym porannym pociągiem wyjechało nas kilkunastu do Skolego.

            Pamiętam nazwiska niektórych współtowarzyszy podróży. A więc znany mi już Antoni Ostrowski, akademik Wyższych Kursów Handlowych w Warszawie (późniejszej Głównej Szkoły Handlowej), Edward Gorczyński z tych samych kursów, Maksymilian Łebkowski z Wyższych KursówRolniczych, późniejszej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, Stefan Polubiec student Wyższej Szkoły Technicznej im. Wawelberga i Rotwanda oraz Zygmunt Pomarański student Konserwatorium Warszawskiego. Nazwisk innych królewiaków nie pamiętam.

            Podróż mięliśmy wygodną. Nie potrzebowaliśmy się konspirować, choć każdy z Nas był objuczony plecakiem. Od Stryja do Skolego linia kolejowa przechodziła przez tereny górzyste, pokryte pięknymi, starymi lasami, to też nie tylko ja, ale inni koledzy królewiacy, stali prawie ciągle przy oknach wagonu i podziwiali niecodzienny dla nas, pochodzących z równin krajobraz górsko-leśny. Małopolanie mniej zachwycali się znanymi sobie widokami, ale za to, byli bardzo ciekawi warunków życia w zaborze carskim, a jak mówili „pod Moskalem”.

            Opowiadania warszawiaków o polskim szkolnictwie, zwłaszcza średnim i wyższym bardzo ich interesowały, lecz jakoś nie mogli od razu zrozumieć, że szkoły te nie mają praw państwowych i tak to sobie przykładowo tłumaczyli, że żaden z nas z prywatno-społecznę polską maturą nie może być w wojsku carskim tzw. jednorocznym ochotnikiem. W trakcie tej rozmowy sami wreszcie doszli do wniosku, że młody Polak z polską maturą, zwłaszcza gdy był uczniem polskiej szkoły podstawowej był w państwie carów oficjalnym analfabetą, choćby miał akademicki tytuł doktora filozofii.

            A więc może zaistnieć tego rodzaju przypadek, że w arkuszu ewidencyjnym Polaka, znajdzie się informacja dla celów wojskowych, treści następującej: „studient krakowskowo uniwersitietia”, a dalej” „bezgranitnyj”. Te syntetyczne ujęcie całej sprawy, mądre i rzeczywiste wywołało wśród jadących niebywały humor. Student, ale analfabeta, bo odważył się czerpać wiedzę z polskiego, a nie z carskiego źródła mądrości i wiedzy. Był to jeden z wielu absurdalnych przejawów carskiego brutalnego, a głupiego reżimu. Carska doktryna stosowana do tępienia polskości, była silniejsza nawet od dobrze pojętego państwowego interesu rosyjskiego. Przecież ci oficjalni maturzyści, a równocześnie analfabeci rozjeżdżali się na studia po całej Europie. Poznawali obce języki zachodnioeuropejskie, środowiska naukowe i kulturalne i ze zdobytymi zasobami wiedzy fachowej wracali do kraju. A po powrocie każdy z nich był prekursorem nowych antycarskich idei, a przede wszystkim idei niepodległości Polski. Któregoś z maturzystów lwowskiego gimnazjum, o programie matematyczno-fizycznym, szczególnie interesował poziom nauczania fizyki i chemii. Wtedy wtrąciłem również „Swoje trzy grosze” popisując się wiadomościami z tej dziedziny, którą nam uczniom polskiej, tak zwanej „Szkoły Handlowej” w Pabianicach, a właściwie szkoły o programie matematyczno-przyrodniczym, pakowali do mózgownic ówczesny dyrektor szkoły- fizyk Lipski oraz przyrodnik i chemik Piątkowski. Szacunek dla Naszych szkół wzmógł się jeszcze więcej, kiedy im opisałem gabinety i sale wykładowe do nauczania obu wymienionych przedmiotów. Z niedowierzaniem słuchali moich informacji, że rosyjska państwowa politechnika w Kijowie pożyczała aparaty fizyczne z mojej pabianickiej szkoły, szkoły polskie biedne, bez praw, ledwo tolerowane przez rosyjskie władze oświatowe zawsze miały pieniądze na dwa cele, a mianowicie opłatę wpisów za niezamożnych uczniów i na zakup pomocy naukowych. Chciałbym podkreślić, że o ile szkołą w Pabianicach była dobrze ulokowana i zaopatrzona. To handlówka łódzka ulokowana we własnym luksusowym budynku pracowała wręcz w świetnych warunkach. Miała nawet też przy szkole bardzo ładne boisko. Dlatego też jako stary człowiek składam hołd pamięci całemu ówczesnemu gronu nauczycielskiemu szkoły w Łodzi i Pabianicach, do których uczęszczałem. W trudnych warunkach finansowych bez prawa do emerytury, narażeń na donosy oraz szykany rosyjskich władz oświatowych i policyjnych, robili wszystko, aby nas niesfornych uczniów, ciągłych malkontentów wychować na dobrych Polaków i zaopatrzyć w zapas wiedzy, który pozwolił nam zwycięsko współzawodniczyć z maturzystami państwowych szkół rosyjskich. I to im się zawsze udawało.

            W trakcie Naszej rozmowy pociąg dojechał do Skolego. Daleko było jeszcze do południa. Ku memu zdziwieniu na peronie pod okiem austriackiego żandarma Ostrowski objął nad nami komendę, sformował dwójkową kolumnę i w ślad za przewodnikiem przemaszerowaliśmy do obozu odległego od stacji kolejowej jakieś 2,5-3 kilometrów. Właściwy obóz skautowy-sokoli składający się z kilkunastu dużych wojskowych namiotów oraz dwóch drewnianych baraków, w których mieściły się kuchnia i magazyny, położony był na dość wysokim płaskowzgórzu, z dwóch stron otoczonymi spadzistymi wzniesieniami terenu, pokrytymi gęstym lasem, z których jeden spadek dochodził do górskiej rzeki, a drugi łączył płaskowzgórze z doliną Skolego. Przez ten spadek prowadziła kamienista górska dość spadzista droga, łącząca powierzchnię płaskowzgórza z kolonią urzędniczą, pracowników majątku Skole. Opór o krystalicznej czystej bardzo zimnej wodzie bystrym prądzie dobrze od tej strony zabezpieczał obóz. Powierzchnia obozu liczyła kilka hektarów. Stanowiła ona jakby scenę, z dwóch stron zasłoniętą spadzistym górsko leśnym krajobrazem i połączoną tuż u podstawy z wielkim masywem górskim. A więc teren na obóz idealnie wybrany, z możliwością korzystania z rzeki płynącej tuż w dole płaskowzgórza zapewniał prawie całkowitą izolację przed zwykłymi gapiami. Wadą obozu był brak wody pitnej, którą trzeba było dowozić dwa razy dziennie ze studni położonej we wspomnianej kolonii majątku Skole, a jak tam mówiło „państwa baronów Grodllów”. Białe duże namioty na tle niezdeptanej jeszcze zieleni górskiej pięknych drzew, siny dym z baraku kuchennego, snujący się między drzewami oraz dalsze szczyty górskie, wyłaniające się z poza drzew, zrobiły na nas przybyłych urzekające wrażenie. Obóz i całą dolina Skolego była przepiękna oraz jego lasy i bory tak wyraziście jakbym je wczoraj widział. Może nawet lepiej, niż poeta Wierzyński, bo przeżyłem na tym cudownym skrawku kraju jednym niezapomnianym ciągiem sześć tygodni. (…). Komendantem kursu był dr Kazimierz Wyrzykowski w mundurze polowym drużyn sokolich, koloru niebieskiego-popielatego, w brązowym skórzanym pasie, ze skórzaną podpinką pod brodą-oczekiwał Nas przed namiotem komendy obozu. Dopiero po chwili zauważyłem, że kapelusz miał podpięty prawą stroną ronda, na którym znajdowała się biało-czerwona rozeta z broszką metalową, przedstawiającego w locie sokoła. Nastąpił krótki meldunek złożony przez Ostrowskiego i serdeczne powitanie całej grupy, parę ciepłych słów skierowanych do królewiaków przez komendanta kursu i przekazanie nas w ręce oboźnego. Tu odbyło się, zaznajomienie z regulaminem obozu i planem zajęć oraz prośba, aby jak najmniej mówić o pracy organizacyjnej pod zaborem rosyjskim. Następnie przydzielono nam łóżka w dwunastoosobowych namiotach, wydano menażki, łyżki, noże i widelce. Wreszcie zaproszono na obiad. Po obiedzie i krótkim odpoczynku badał nas lekarz obozowy i zależnie od warunków fizycznych badanego przydzielał do dwóch grup: mocniejszych i słabszych. Trafiłem do grupy słabszych i zaliczony zostałem do tzw. kolonii skautowej. Było to zaliczenie w stosunku do niektórych królewiaków czysto formalne, administracyjne. Królewiacy, poznaniacy przebywali na kursie bezpłatnie, podlegali regulaminowi kursu, korzysta ku w pełni ze wszystkich wykładów i ćwiczeń i byli pełnoprawnymi uczestnikami kursu. Nie zdawali jednak egzaminów i nie otrzymywali świadectw. Natomiast większość uczestników kolonii skautowej miała swój własny program pracy i plan zajęć. Słowem w masie kilkudziesięciu członków grona oficerskiego małopolskiego Sokoła-oraz poważnej liczby profesorów wychowania fizycznego szkół małopolskich-lwowski Sokół-Macierz ukrył przede wszystkim ze względów budżetowych grupę uczestników kolonii skautowej spoza Małopolski. W tej grupie była prawie połowa byłych zastępowych Zarzewiackich Oddziałów Ćwiczebnych., a powstającego z zarzewiackiego Tajnego Skautingu w zaborze carskim. Przecież oficjalny kurs był w poważnym stopniu subwencjonowany przez samorządowy małopolski Wydział Krajowy, który jednak swą działalność z urzędu musiał ograniczyć do obywateli małopolskich. Oficjalnie nie obejmował on tzw. „poddanych cara rosyjskiego”. Wszystkich uczestników kursu i kolonii skautowej mogło być około stu dwudziestu. Z liczby sokołów uczestników kursu dobrze pamiętam instruktora i członka „grona oficerskiego w Zagłębiu Dąbrowskim (Sosnowiec) druha Faznowicza”. Wprowadził on nas wszystkich w podziw ćwiczeniami na drążku. Celował również w szermierce szablą i bagnetem. Druga grupa kursu to kandydaci na instruktorów skautowych przede wszystkim z Małopolski i Kongresówki, a nawet z kijowszczyzny. Tu wyróżniał się skaut Ścibor-Marchwicki, początkowo niby z Westfali, a później [dowiedziałem się], że jest z Kijowa. Jednak zbyt dobrze znał stosunki na wileńszczyźnie i lubił o niej mówić. Ostatecznie wiedzieliśmy, że jest z ziem zabranych z zaboru carskiego, ale z jakiej miejscowości i jakie jest jego nazwisko nie powiedział. Skaut Ścibor-Marchwicki był zaliczany do uczestników kolonii skautowej, nie był jednak działaczem niepodległościowym, bo by się z nami królewiakami skontaktował. Był to miły, sympatyczny, silny fizycznie kolega, który brał na siebie najcięższe prace obozowe, ale czynił to zawsze w skórzanych rękawiczkach do konnej jazdy. To już coś nam mówiło. Wiedzieliśmy, że nie jest ona z naszych inteligenckich proletariuszy.

Do grona wykładowców i instruktorów kursu należeli:

Dr Wyrzykowski Kazimierz- wykładowca anatomii i fizjologii ludzkiej. Prowadził on przez jakiś czas wykłady o istocie skautingu- a koreferat do tych wykładów okresowo w sposób oficjalny wygłaszał zwykle akademik i drużyniak Horak Alojzy, później legionista I Brygady, pułkownik- bohater i ofiara hitlerowskiej zwierzęcości.

Dh Sikorski Walerian- wykładowca oraz instruktor gimnastyki szwedzkiej systemem Linga. Po pierwszej wojnie wykładowca studium wychowania fizycznego przy Uniwersytecie Poznańskim.

Dr Panek Kazimierz- wykładowca ratownictwa oraz zasad organizacji służby sanitarnej.

Mgr inż. Bagiński Henryk- wykładowca oraz instruktor nauk o terenie oraz zasad kartografii. Późniejszy tzw. starozarzewiak, chorąży legionu polskiego w Armii Rosyjskiej. W Wojsku Polskim pułkownik saperów.

Dh Horak Alojzy- drużyniak-wykładowca organizacji wojska, regulaminów służby polowej i wewnętrznej oraz wiadomości o tak zwanej „małej wojnie” czyli partyzantce.

Dh Lewakowski Jerzy- instruktor obozowania, biwakowania, patrolowania oraz podstaw saperki.

Dh Wyrobek Zygmunt- instruktor tzw. „przedmiotów skautowych”, a więc: sygnalizacji, tropienia oraz gier i zabaw skautowych.

Dh Hamburger- wykładowca-instruktor lekkiej atletyki.

Por. armii arst. Monowarda- nieoficjalnie instruktor szermierki szablą i bagnetem.

Musztrę formalną z zakresu plutonu, a nawet kilkakrotnie w zakresie rozwiniętych w kompanii plutonów, ćwiczenia bronią, naukę o broni, strzelanie tzw. konusami oraz z broni małokalibrowej prowadzili instruktorzy sokoli- oficerowie rezerwy armii austriackiej. Z gości, którzy przyjeżdżali do Skolego ma kilka dni pamiętam ówczesnego kapitana rezerwy armii austriackiej Józefa Hallera, późniejszego dowódcę jednej z brygad legionów oraz organizatora Armii Polskiej we Francji, od jesieni 912 roku Komendanta Polowych Drużyn Sokolich wówczas działacza niepodległościowego, związanego w pewnym stopniu z „Zarzewiem”. Wygłosił on dwa referaty o przyszłej zbrojnej walce o niepodległość. Były to opracowania o treści realnej, ciekawe w przeciwieństwie do tego co mówił prof. W. Lutosławski. Również w obozie przebywał jakiś instruktor Sokoła-Macierzy we Lwowie, nazwiska, którego niestety dokładnie nie pamiętam, ale zdaje się, że Dąbrowski względnie Drążkiewicz. Miał on kilka ciekawych pogadanek, uzupełniających wykłada Waleriana Sikorskiego o wyższości gimnastyki szwedzkiej systemem Linga nad gimnastyką niemiecką systemem Jahna. Spędził on pewien czas z ramienia Sokoła w Szwecji, interesując się nie tylko gimnastyką lecz również organizacją armii szwedzkiej i jej zaopatrzenia oraz sposobami zimowego obozowania i biwakowania. Chyba to on w przyszłości nauczył skautów polskich spędzania po kilka dni i nocy w chatkach ze śniegu budowanych na wzór eskimoski. Również kilka dnie spędził z nami prof. W. Lutosławski- przywódca elsów. Starszy dostojny siwy pan, w białym płóciennym zgrzebnym dobrze skrojonym ubraniu, wysoki, w starszym-średnim wieku, o wysokiej kulturze osobistej, znany w świecie uczony, autor wielu prac filozoficznych- profesor kilku uniwersytetów, mówił nam o etycznej stronie przyszłej zbrojnej walki o niepodległość, przestrzegał przed żołdactwem. I z tą częścią jego wywodów o przyszłym mickiewiczowskim polskim żołnierzu wolności- wszyscy żeśmy się zgadzali. (…) W. Lutosławski miał swych wyznawców ideowych do których należeli m.in. przebywający właśnie na obozie zasłużeni dla skautingu Tadeusz Strumiłło  oraz Ignacy Kozielewski. Kochali oni Polskę, jak i my wszyscy, ale przyszłe niepodległe państwo polskie, to miała być kraina szlachetnych duchów, zespolonych w naród, w którym jakby nie było miejsca dla zwykłych, trywialnych chłopów i robotników z ich wielkimi zaletami i małymi wadami. Ta grupa elsów, naprawdę idealistów, nie wzbudziła w nas zwykłych zjadaczy chleba entuzjazmu. Po jednej z gawęd profesora, gdy byliśmy w swym małym gronie, któryś z uczestników przypomniał, że takie pseudowojsko, nierealne opisuje z humorem w swoich powieściach z dziejów walk wyzwoleńczych południowych Słowian powieściopisarz F. Miłkowski- pułkownik z 1863 roku.

Do wręcz świetnych wykładowców należał Zarzewiak Bagiński Henryk ps. Józef Chłopicki świeżo upieczony dyplomowany inżynier chemii Politechniki Lwowskiej, jeden z pierwszych polskich drużynowych skautowych, drugi z wyboru Komendant Naczelny elitarnej konspiracyjnej organizacji „Armia Polska”, późniejszy chorąży legionu polskiego w armii rosyjskiej, a następnie podpułkownik saperów, historyk wybrzeża morskiego i marynarki, ostatnio wykładowca Akademii Morskiej- uczył Nas w obozie terenoznawstwa, a więc nauki o terenie, o sposobach orientowania się w terenie, ogólnych wiadomości o mapach trzech zaborów, odczytywania map i sporządzania szkiców terenu. Nieco później wykłady H. Bagińskiego ukazały się drukiem jako podręczniki. Poza tym był redaktorem „Wiadomości Wojskowych” wydawanych w Mińsku Litewskim, a następnie w Kijowie. Po wojnie pisał dzieła z zakresu historyczno-wojskowego i zagadnień morskich.

Druh Wyrobek Zygmunt opracował podręcznik pt. „Gry i zabawy ruchowe”- ściśle związany z pracami i ćwiczeniami skautowymi. Dr Hamburger opracował podręcznik z zakresu lekkiej atletyki. Znakomitym wykładowcą był również Walerian Sikorski, późniejszy podpułkownik W.P. i wykładowca studium wychowania w Uniwersytecie Poznańskim. Wysoki, postawny, szczupły- ubrany w szarą mundurową koszulę skautową, mówiący trochę „z lwowska”, miał zawsze każdy wykład opracowany, choć mówił z pamięci. Uprzejmy, dostępny, bardzo cierpliwy prowadził długie poza wykładowe rozmowy ze słuchaczami, na tematy z dziedziny gimnastyki. Widać było, że ten człowiek troskliwie przekazywał zdobytą wiedzę i doświadczenie swym młodszym druhom. Wiedział on, że odrodzenie narodu musi iść w parze z jego odrodzeniem fizycznym.

W czasie dni deszczowych wykłady i pokazy odbywały się pod wielkimi, nieprzemakalnymi płachtami, rozpiętymi na specjalnie zbudowanym drewnianym rusztowaniu. To miejsce nazywaliśmy żartobliwie „aulą obozową”. W dni pogodne pozostawaliśmy na wolnym powietrzu, a w dni upalne w cieniu drzew. Tablicę stawialiśmy zwykle na naturalnym wzniesieniu terenu. Słuchacze zależnie od pogody ubrani cieplej lub tylko w spodenkach kąpielowych siedzieli po turecku lub zgoła leżąc na brzuchach- pilnie notowali treść wykładów lub pogadanek.

Dzień w obozie rozpoczynał się wpół do szóstej. Następowało słanie łóżek i sprzątanie w namiotach. Krótka kąpiel lub tylko mycie się w lodowatej wodzie Oporu. Poranna dwudziestominutowa gimnastyka. Śniadanie. O godzinie ósmej rozpoczynały się zajęcia, które trwały do godziny dwunastej. O dwunastej trzydzieści obiad, następnie odpoczynek do czternastej i pół. Po przerwie znów zajęcia do siedemnastej i pół. O osiemnastej kolacja. (…) W ściśle uregulowanym życiu obozowym, wielkim urozmaiceniem, choć połączonym z pewnym wysiłkiem, było dostarczenie wody pitnej dla stu kilkudziesięciu ludzi. Wodę przywożono zwykle w godzinach przedkolacyjnych dużą drewnianą beczką, umieszczoną na dwukołowym wózku. (…) Pracowicie i spokojnie upływał nam czas. Jednak noce i poranki stawały się coraz zimniejsze. Zbliżała się jesień. (…) Wykładowcy i instruktorzy zaczęli opuszczać obóz. W przededniu ostatecznego wyjazdu od wczesnego poranka pracowaliśmy przy likwidacji obozu. Zwijaliśmy wielkie namioty i znosiliśmy w jedno miejsce stoły, ławki, składane łóżka, skrzynie z drobnymi przedmiotami i naczyniami kuchennymi. Trzepaliśmy koce. Wszystko było policzone, spisane, powiązane i oddzielnie poukładane. Część sprzętu obozowego zanieśliśmy do mocnego baraku magazynowego. (…) Słowem kończyło się obozowanie. 

Tekst nieniejszy jest odtworzeniem rękopisu wspomnień dh Tadeusza Kalusińskiego pisanych w latach 60. i 70. XX wieku. Oryginał tekstu spisanego w pięciu zeszytach formatu A4 znajduje się w rękach rodziny T. Kalusińskiego, zaś po jego śmierci został wypożyczony celem sporządzenia niniejszego maszynopisu. Tekst przepisano w 1984. M.[arek] W.[ażbiński]

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *