Granica iracko-irańska. Kontrola bagaży. Dziewczyny sprawdzane są w zamkniętych pokojach. My przechodzimy już przez bramki. Kontrolujący nas pracownik służby granicznej przypadkowo uderza w aparat fotograficzny – lustrzankę sporych rozmiarów, którą Norbert ma schowaną pod kurtką. Szybko odwraca się i pyta – „co to takiego?”. Norbert delikatnie pochyla się nad jego uchem i szepce: – „Kałasznikow”. Przez chwilę patrzą na siebie, po czym obaj wybuchają śmiechem. Uff…
Wsiadamy na rowery i wjeżdżamy do Iranu – to trzeci z kolei kraj podczas naszego wyjazdu. Wcześniej była Turcja i Irak. A przed nami sztafeta przejechała już przez Polskę i Ukrainę (etap I), Rumunię, Bułgarię i Turcję (II i III). My (czyli etap IV) wystartowaliśmy w Gaziantep, a z ekipą kolejnego etapu mamy spotkać się w Bander-e Anzali nad Morzem Kaspijskim.

Ale od początku. Zanim bowiem znalazłem się na granicy Iraku z Iranem musiało wydarzyć się kilka rzeczy. Udział w IV etapie Rowerowego Jamboree zaproponował mi jego lider – Norbert Skrzyński. Poznałem go podczas etapu pierwszego, którego też był liderem – całkiem przez przypadek, bo w ostatniej chwili zrezygnował jego pierwotny lider. Ja byłem tam liderem harcerskim – też przez przypadek, bo w ostatniej chwili zrezygnowała z udziału pierwotna liderka. Trzecim (choć chronologicznie pierwszym) przypadkiem było to, że trafiłem w internecie na informację o tej wyprawie.
Rowerowe Jamboree – to projekt podróżniczy mający na celu promocję polskiego harcerstwa i tym samym promocję Polski jako kandydata do organizacji Światowego Zlotu Jamboree w Polsce w 2023 roku.
Rowerowe Jamboree – to również projekt podróżniczy. Sztafeta rowerowa. Około siedemdziesięciu uczestników. Niemal dwanaście tysięcy kilometrów. Dziewięć etapów. Siedem miesięcy w drodze. Jeden wspólny cel: Yamagouchi w Japonii.

Czytając ten opis byłem świeżo po listopadowym złazie organizacji harcerzy w Lublinie, którego hasłem przewodnim było „Wychowujemy odpowiedzialnych mężczyzn, gotowych do podejmowania wyzwań”. Mając w pamięci te słowa moja decyzja mogła być tylko jedna. Zgłosiłem się na etap pierwszy – zimowy. To właśnie pora roku i związane z nią wyzwania podczas podróży rowerem przekonały mnie do tego wyboru.
1 stycznia wyruszyliśmy z Warszawy w stronę Czerniowców na Ukrainie. Agata, Asia, Mantas, Piotrek, Patryk, Norbert i ja. Siedmioro nieznanych sobie wcześniej osób (po raz pierwszy spotkaliśmy się dzień przed wyjazdem). Poznawaliśmy się przez kolejne 14 dni wspólnej drogi. Ponoć w drodze najlepiej poznaje się drugiego człowieka. Najłatwiej się wtedy zaprzyjaźnić lub znienawidzić. My się polubiliśmy. Niech świadczy o tym fakt, że miesiąc po powrocie pojechaliśmy razem do Gryfina na festiwal podróżniczy Włóczykij, a w planach mamy już wspólny wypad na rowery do Norwegii.

“Rowerowa Zawierucha – czyli pierwsze śniegi przejechane” – pod taką nazwą wystartowaliśmy. Zapowiadało się, że będzie to jeden z trudniejszych odcinków sztafety. Miało być zimno, ślisko, wietrznie. W ogóle miało się nie dać jechać. Nastawialiśmy się na ostrą walkę. Było czasem zimno (najniższa odnotowana temperatura podczas jazdy to -12 st.). Było niekiedy ślisko (każdy poza Mantasem zaliczył glebę na lodzie). Było też wietrznie (ale Eol nam sprzyjał wiejąc głównie w plecy). Jechać się dało. A ekipa jaką wspólnie stworzyliśmy sprawiła, że dosłownie przemknęliśmy przez te 850 km rowerowej zawieruchy.
Wywiady w radio, telewizji, dla gazet. Spotkania z młodzieżą, slajdowiska. Dla większości z nas było to coś nowego. Ale jak to harcerze, nie zwykliśmy stronić od nowych wyzwań. Każdy dostał swoje zadanie. Gdy Piotrek z Patrykiem, Norbertem i Agatą występowali na żywo w studio ukraińskiej telewizji, reszta nagrywała materiał do wiadomości. Ja z Norbertem i Agatą zdawaliśmy relacje do radia Lublin i Koszalin, które regularnie łączyły się z nami podczas drogi. Ponadto każdy udzielił przynajmniej kilku wywiadów dla różnych gazet, które wysyłały swoich dziennikarzy nam na spotkanie. W promocji pomagali nam lokalni aktywiści rowerowi, którzy witali nas na rogatkach i eskortowali przez miasto. Największą niespodziankę sprawili nam w Czerniowcach, gdzie przed wjazdem do miasta pojawiło się kilkudziesięciu rowerzystów, dziennikarze i telewizja. Wieczorem zorganizowali nam konferencję prasową, podczas której przekazaliśmy pałeczkę sztafetową i rowery dziewczynom z etapu drugiego. ( “Dwójka” z założenia była w 100% kobieca. Kasia, Małgosia, Agata i Anita udowodniły, że dziewczyny radzą sobie świetnie bez facetów. Ale trzeba przyznać, że to były mocne dziewczyny, zaprawione już w bojach. )

„To jedziesz w marcu ze mną do Iranu?” – ni stąd ni zowąd spytał mnie Norbert podczas drogi powrotnej do Polski. “Mam jeszcze wolne miejsce i fajnie by było gdybyś dołączył” – dodał. W planach na ten rok miałem już wyjazd na Denali na Alasce. Nie starczyło by mi urlopu na oba wyjazdy, więc musiałem podjąć szybką decyzję, bo mimo że w góry jechałbym dopiero za kilka miesięcy, to już teraz trzeba było zacząć załatwiać pozwolenia i sprzęt. Góra będzie tam za rok, czy nawet dwa, a taki projekt jak Rowerowe Jamboree szybko się nie powtórzy. Po dwóch dniach od powrotu napisałem Norbertowi, że jadę i od razu zacząłem przygotowania.
„Yallah Kurdystan! Yallah Persja” – tym razem w składzie: ja, Norbert, Kuba, Zuza, Ula i Michalina spotkaliśmy się po raz pierwszy w Turcji. Z Michaliną na lotnisku w Istambule, w trójkę (bo jeszcze z Norbertem) spóźniliśmy się na samolot. My z Norbertem z powodu opóźnienia wcześniejszego lotu, więc na koszt linii lotniczych nocowaliśmy w “wypasionym” hotelu. Michalina z własnej winy, więc nocowała na lotnisku i musiała kupić nowy bilet. (Przestroga: transfer między lotniskami w tak ogromnym mieście jak Istambuł przy niesprzyjających okolicznościach może zająć więcej niż 5 godzin!)
Z pozostałą częścią ekipy spotkaliśmy się na miejscu przekazania pałeczki – w Gaziantep. Ostatniego dnia lutego zabraliśmy się za szykowanie naszych rowerów do jazdy. Do tej pory przejechały już ponad 3,5 tysiąca kilometrów, więc było przy nich co robić. Po 12 godzinach pracy były gotowe do drogi. Mieliśmy na nich pokonać w ciągu najbliższego miesiąca kolejne 1,7 tys. km.

Ruszyliśmy 1 marca, aby 1 kwietnia przekazać rowery i pałeczkę sztafetową etapowi V. Pałeczką jest duża mapa, na której zaznaczamy każdego dnia przejechaną trasę oraz dwie książki: oryginalne (angielskie) wydanie “Scouting for Boys” Roberta Baden Powella oraz jego polskie tłumaczenie – “Skauting dla Chłopców” (Andrzeja Małkowskiego). Nasza trasa wiodła przez południowo-wschodnią Turcję, północne terytoria Iraku, oraz północno-zachodnią część Iranu. 1700 kilometrów. 31 dni. Po drodze do pokonania 3 pasma górskie, z przełęczami na ponad 2500 m n.p.m. Podczas tego „rajdu” mieliśmy tylko jeden dzień odpoczynku. Tym razem wiatr nam nie sprzyjał, wiejąc częściej w twarz niż w plecy. Czasem wiał z taką siłą, że przewracał dziewczyny na rowerach. Po upałach w Turcji, w irackich i irańskich górach przywitały nas mrozy i śnieg. Strome podjazdy spowalniały nas czasem do prędkości piechura (5 km/h), a niektórych zmuszały do zejścia z rowerów i pchania ich pod górkę. To góry najbardziej obnażyły braki przygotowania fizycznego niektórych z nas. Już na pierwszych trudniejszych podjazdach dwie dziewczyny zostały odesłane z kwitkiem. Nie dały rady. Próbując oszukać górę, chwytając się jadącego powoli samochodu, spowodowały wypadek, po którym rower Zuzy nie nadawał się już do dalszej jazdy. Jej noga, z kilkoma założonymi szwami, też nie. Michalina zrezygnowała sama. We dwie pojechały dalej autobusem. A my ostatni najtrudniejszy odcinek pokonaliśmy już tylko w czwórkę.

Podczas, gdy na pierwszym etapie z założenia nocowaliśmy pod dachem i jedliśmy w restauracjach, kolejne etapy wiozły już ze sobą namioty, i maszynki do gotowania. My również. Jednak przez cały miesiąc użyliśmy ich zaledwie trzy razy. Gdziekolwiek się nie pojawiliśmy wzbudzaliśmy natychmiast duże zainteresowanie wśród lokalnej społeczności, co owocowało zawsze zaproszeniem na obiad, kolację oraz śniadanie (z noclegiem pomiędzy :). Ludzie zatrzymywali nas wręcz podczas jazdy, dopytując się gdzie jedziemy i czy nie chcemy u nich spać lub przynajmniej napić się herbaty. Czasem musieliśmy odmówić, gdy tych zaproszeń było zbyt dużo, jednak często korzystaliśmy z tej niesamowitej gościnności. Najbardziej przyjaźni i gościnni byli Kurdowie mieszkający w Iraku. Choć oni podkreślali, że jesteśmy w Kurdystanie. Rzeczywiście północna część Iraku jest autonomią Kurdystanu, posiada własnego prezydenta i rząd. Nie dało się tego nie zauważyć. Wszędzie pojawiały się flagi Kurdystanu. Irackie widzieliśmy tylko na przejściach granicznych z Turcją i Iranem. Kurdowie słyną ze swojej gościnności. Niekiedy jednak czuliśmy się wręcz “zagłaskani” tą nadopiekuńczością i uciekaliśmy na bezdroża pod namiot lub do motelu (również trzykrotnie), gdy byliśmy w dużych miastach (Cizre, Zakho, Zanjan).

Korzystając z czyjejś gościnności jesteśmy zobowiązani do poświęcenia uwagi naszemu gospodarzowi. Odpowiadanie codziennie na setki pytań bywa męczące, zwłaszcza po wysiłku całodziennego pedałowania. Tym bardziej, gdy twój rozmówca i ty mówicie różnymi językami. Podróżując po Azji, gdzie język angielski nie jest zbyt popularny, przekonałem się o potędze gestów, które w większości miejsc są bardzo uniwersalne i pozwalają nam porozumieć się bez słów. Dokładając do tego trochę aktorstwa lub pismo obrazkowe można “rozmawiać” już na dowolny temat :) Ale to właśnie te wieczory spędzone z rodzinami, które zapraszały nas w swoje progi, pozwalały nam poznawać tę kulturę – tak bardzo różną od naszej. Chętnie nam o sobie, swojej kulturze i religii opowiadali. Obserwowaliśmy jak się zachowują. Jakie tworzą relacje w rodzinie i wśród znajomych, których zawsze zapraszali, aby też mogli nas poznać. Gościliśmy zarówno w tych bogatszych domach w miastach, jak i w biedniejszych, małych lepiankach z gliny i kamienia, w wioskach, których nawet nie było zaznaczonych na mapie. Wszędzie czuliśmy tę samą, szczerą chęć pomocy.

1 kwietnia przekazaliśmy pałeczkę kolejnej ekipie. V etap pojechał dalej przez Iran, do Turkmenistanu. Zanim Rowerowe Jamboree dotrze na zlot skautów z całego świata, do Japonii, uczestników tego niesamowitego przedsięwzięcia czeka jeszcze wiele przygód. Cieszę się, że mogłem stać się częścią tej historii, która właśnie jest zapisywana. Dodatkowo, jako harcerz, cieszę się, że w projekcje biorą udział członkowie zarówno ZHP jak i ZHR, a na bluzach sztafetowych widnieją oba loga organizacji. Świetnym pomysłem było też zaangażowanie w ten projekt podróżników (nieharcerzy) którzy podczas etapów przekazują nam swoją wiedzę i doświadczenie (a są to często „topowi zawodnicy”, m.in. laureaci Kolosów, osoby żyjące non-stop w drodze). Jednocześnie, mam nadzieje, oni uczą się czegoś od nas – harcerzy.

Ale o tym, czego możemy się od siebie nauczyć, opowiem Wam przy innej okazji :)
Łukasz Romanowski HO
Członek Wydziału Wedrowniczego ZHR
PS. Więcej zdjęć szukajcie na Instagramie pod hashtagiem #rowerowejamboree [instagram.com/explore/tags/rowerowejamboree/]
(Fotografia na górze strony: Łukasz Romanowski)






3 komentarze
Dzięki! Liczę, że przy kolejnym projekcie spotkam więcej harcerzy i harcerek z Łodzi ;-)
Dzięki! Liczę, że przy kolejnym projekcie spotkam więcej harcerzy i harcerek z Łodzi :-)
Super przygoda i świtny tekst! Gratuluję!