Łagodny wiatr i chrzęst piasku pod kołami zaczynały się dłużyć czterem mężczyznom w Jeepie. “Dojeżdżamy.” – powiedział kierowca. Już wkrótce mieli się znaleźć w małej włoskiej miejscowości Capri, na wysepce w pobliżu Neapolu. Poprzedniego dnia spędzili siedem godzin w samochodzie. Był to ciężki dzień: deszcz, mgła, zmęczenie, wojna… zimna noc, zepsuty kominek, szczury i wszy. Tym razem świeciło słońce, a w oddali można już było dostrzec mgliste sylwetki zabudowań miasteczka. Co pewien czas wojskowi mijali grupki oficerów lotnictwa. Salut, czasem krótka pogawędka, i Jeep ruszał w dalszą drogę. “Ike” lubił rozmawiać z żołnierzami pod swoją komendą. Z uśmiechem i optymizmem, nie mówił tylko o sprawach ściśle wojskowych, ale słuchał o ich osobistych marzeniach na czas po wojnie, opowieści z rodzinnych stron. Kiedy mógł, poprawiał sprawy, na które skarżyli się żołnierze.
W pewnym momencie, kiedy mijali bardzo elegancką willę, Eisenhower wskazując na nią, zapytał do kogo należy. “Do Pana, Sir!” – padła odpowiedź. Nie dalej jak kilka minut później napotkali jeszcze bardziej okazałą posiadłość. Tym razem “należąca” do generała Spaatz’a, szefa sztabu amerykańskiego lotnictwa. “Do diaska,” – wybuchnął Ike – “to nie jest moja willa! Ani ten dom nie należy do generała Spaatz’a! Żaden z tych domów nie będzie należał do generałów, dopóki tu dowodzę. To mają być kwatery dla oddziałów frontowych, nie konfitury dla generalicji.” Tego samego dnia rozpoczęto w tamtej okolicy spore przeprowadzki… a gdy wieść szybko rozniosła się wśród żołnierzy, tym bardziej podziwiali oni swego dowódcę.
Kilka miesięcy później Eisenhower żegnał na lotnisku spadochroniarzy wyruszających do Normandii. Cieszył się, że może wstać od biurka i odetchnąć od “ważnych osobistości”. Mimo zmęczenia jego twarz była pogodna. Dzielił się z żołnierzami optymizmem i nadzieją na zwycięstwo, chociaż sam nie miał tak dużej pewności. Wiedział jednak, że nic nie łamie morale bardziej niż niepewny wódz. “Optymizm i pesymizm są zaraźliwe” – powiedział później – “i najszybciej rozprzestrzeniają się od głowy.” Zdawał sobie też sprawę, że wielu z tych młodych ludzi zginie podczas natarcia. Cały wysiłek włożony w planowanie operacji “Overlord”, długie godziny spędzone w sztabie, służyły temu, aby nie szafować ich życiem. Kiedy wystartował ostatni samolot, z oczu generała popłynęły łzy…
Innym razem powiedział: “W tej wojnie, kiedy w dowództwo zaangażowany jest prezydent, premier, generałowie i wielu innych planistów, wszyscy muszą wykazać się pewną cierpliwością, i nikt nie jest Napoleonem czy Cezarem.” Nie przyznawał sobie zasług wypracowanych przez podwładnych, okupionych ich wysiłkiem i krwią.
Eisenhower, dzięki trosce jaką otaczał żołnierzy, wiedział, że poczucie obowiązku i dyscyplina mogą nie wystarczyć, aby poradzili oni sobie z trudnymi warunkami. Kładł duży nacisk na to, aby podwładni byli przekonani, że walczą dla sprawy wartej dużych poświęceń. “Przywództwo to sztuka sprawiania, aby inni zrobili jakąś rzecz dlatego, że chcą to zrobić” – mówił. – “Nie można przewodzić bijąc ludzi po głowach – to napaść, nie przywództwo.”
Kiedy w 1953 r. został wybrany na Prezydenta Stanów Zjednoczonych, powiedział: “Historia nie powierza na długo wolności ludziom słabym i bojaźliwym.” Myślę, że warto dziś częściej stosować to sprawdzone kryterium.
pwd. Paweł Hajdan
