Strona główna / Wyróżnione / Wykusowa wyprawa

Wykusowa wyprawa

Poranek 14 kwietnia 2012 roku – zastęp zastępowych „Nurt” 84 Łódzkiej Drużyny Harcerzy „Cichociemni” wyrusza na pierwszą, w tym roku, wyprawę. Prawdopodobnie pierwszą na Wykus…

„Pipipipi-pipipi!!!” – budzik swoim charakterystycznym głosem budzi mnie. Jest 5 rano. Spakować się, umyć, coś przekąsić, przemyśleć w międzyczasie, czy aby wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Już zaraz 7. Czas szybko leci. Niestety.

W końcu ruszyliśmy. Maćko, Szymek, Miki, Maciuś (świeżak w ZZ-cie) no i ja. Szkoda, że nie pojechało nas więcej, w końcu jest nas siedmiu. Jedziemy samochodem Maćka, stary Hyundai niejednokrotnie przerastał samego siebie, aby spełnić wymagania pasażerów. I tym razem miał być niezawodny. Podróż z centrum Łodzi do Skarżyska-Kamiennej zajęła o dziwo 3 godziny. O dziwo, ponieważ błądziliśmy sporo kilometrów. Stało się tak za sprawą GPS-u, który błędnie nas poprowadził, mapa zresztą też, jak zauważyliśmy, zawodziła. Trochę „na czuja”, a trochę na logikę i za pomocą drogowskazów trafiliśmy do pierwszego miejsca naszej wyprawy. Czemu właśnie miała to być Skarżysko-Kamienna? Tutaj znajduje się Muzeum Orła Białego.

Od progu przywitał nas transporter opancerzony. Niezła gratka dla fanów militariów. Mogliśmy poczuć się jak na parkingu wojskowym we wczesnych latach powojennych, kiedy to na polach walk rdzewiały niemieckie Pantery, zaś radzieckie T-34 przechodziły swój złoty wiek. Wśród eksponatów znajdowały się również: kuter torpedowy ORP „Odważny”, polskie i radzieckie samoloty na czele z Ił-em 14, działka okrętowe, peryskopy, torpedy, wyrzutnie rakiet, armaty, ciągniki i wiele innych… W sumie 1,5 hektara starego żelastwa. Po tej namacalnej lekcji historii ruszamy dalej – żegnamy Skarżysko i podążamy drogą na Wąchock, gdzie to „na noc chowają asfalt” – jak to określił jeden z Nurciaków. Nie wiedział jeszcze, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Gdy już znaleźliśmy się na wąchockim placu w centrum, druhowie zostali na oczach tubylczej ludności zaciągnięci w kamasze i w czwórkę ruszyliśmy na Wykus.

Z dziennika dowódcy AK:

„Godzina 12:56, ruszamy naszym oddziałem w kierunku na Rataje. Mamy mapę, która pomaga nam przez całą drogę. Przechodząc obok mieszkańców wsi budzimy zdziwienie, zachwyt, emocje, być może wspomnienia – jedna ze starszych kobiet otwiera okno swojej chałupki i z uśmiechem na twarzy patrzy na naszą ekipę. Podczas rajdu, krystalizują się pseudonimy: Saper, Ruski, Chińczyk, Biały M. – można by rzecz międzynarodowy oddział elitarny. Powoli zaczynamy czuć trudy marszu. Moje „desanty” obcierają mi pięty, deszczowa pogoda zmyła spomiędzy bruku piasek, przeistaczając go w błoto.

Prosta droga wydaje się być bez końca, jednak w końcu mamy wiele zadań: naszym wspólnym jest dotrzeć do zgrupowania, nowych partyzantów: zdobyć moje zaufanie, a moim: sprawdzić i wyćwiczyć ich na dobrego żołnierza. Zapoznaję ich ze specyfiką okolicy, opowiadam o pobliskich miastach, niewiele tylko o tym, co można by w nich dostać. Podążamy dalej czarnym szlakiem, mijamy polanę Langiewicza, trochę ją omijamy. Sprawdzam wiedzę „żółtodziobów”. Szyfry opanowane prawidłowo, lecz niezbyt biegle – muszą nad tym popracować. Każdy z nich prawidłowo wywiązuje się ze swoich funkcji: Saper odpowiada za maskowanie podczas zdobywania samej Góry, Chińczyk znakomicie opatruje i przenosi rannych, Ruski przeprawia kolegów z zagazowanego terenu w bezpieczne miejsce. Zbliżamy się. Jesteśmy już u samego podnóża Wykusu. Tłumaczę chłopakom: Teraz będzie najciężej, musimy uważać, na szczycie znajduje się oddział niemiecki, który zdobył wzgórze. Prawdopodobnie będą go patrolować. Musimy dostać się na szczyt i spacyfikować ich.

Idziemy powoli, jak najciszej, gęsiego jeden za drugim, 5 metrów od siebie. Szybko zrozumieli, że sytuacja jest poważna. Saper doskonale maskuje nas sosnowymi gałęziami. Z  daleka chyba nas nie będzie tak bardzo widać. Powoli osiągamy połowę drogi. Jak na razie cisza i spokój. Przeprawiamy się przez wąwóz, dwa strumienie i już jesteśmy. Okrążyliśmy zmechanizowaną jednostkę Wehrmachtu. W wozie nie było nikogo. Podążamy śladem patrolu. Bez problemu i bez szelestu zbliżamy się do niemieckiego żołnierza. Plan jest prosty. Dwóch z nas odwraca uwagę, a dwóch rzuca się i obezwładnia. Atak! Nie jest to łatwe, ale ostatecznie wygrywamy. Nagrodą jest odbity proporczyk „Nurtu”…

Po dostaniu się do kapliczki partyzanckiej, zapoznajemy się z grobami partyzantów „Ponurego”. Znajdujemy także nagrobek patrona ZZtu: majora Eugeniusza Kaszyńskiego, łodzianina i cichociemnego. Alarm mundurowy i meldowanie się przy pomniku. Po zrobieniu kilku zdjęć dokumentujących naszą obecność zasiadamy  do kuźnicy na temat: Jak być patriotą w XXI wieku? Dyskusja istotna dla rozszerzenia horyzontów myślowych zastępowych – doszliśmy do pewnych obserwacji i wniosków. Temat trudny, tego nie można ukryć. Zaczął padać deszcz i zrobiło się chłodno, dlatego odprawa odbyła się w połowie w samochodzie Maćka. Tej części naszej wyprawy nie mogę zdradzić.

Odjeżdżając z Wykusu mieliśmy drobne problemy związane z zawieszeniem, ale jak już wspomniałem, auto wiele przeszło i dało sobie radę z przeszkodami szczególnie, że za kółkiem miało doświadczonego już kierowcę. Spokojnie i bez błądzenia wróciliśmy do Łodzi ok. 21.

Osobiście uważam, że takie inicjatywy są jak najbardziej zdrowe dla drużyn. Po pierwsze, nawiązują i umacniają się więzi pomiędzy członkami czy to ZZ-tu, kadry czy zwykłymi szeregowymi. Po drugie, wyczyn/wędrówka w metodyce harcerskiej jest istotnym elementem. Dobrze użyta i wykorzystana np. w obrzędowości drużyny może stać się elementem, które będzie wspomnieniem odnotowanym w pamięci jako ważną wyprawę „bo tam walczył nasz patron” albo „to miejsce jest związane z historią naszej drużyny”. Morze możliwości. Po trzecie, podróże kształcą. ;)

HO Ryszard Młynarczyk

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *