Strona główna / Wyróżnione / Zwycięzca konkursu w kategorii relacja: Gra zlotowa oczami Siedemnastaka

Zwycięzca konkursu w kategorii relacja: Gra zlotowa oczami Siedemnastaka

Drugi dzień zlotu rozpoczął się dla nas dość spokojnie. Nienerwowo wylegliśmy z namiotów, w których pomimo chłodnej nocy nie było nam zimno. Nasze trzy zastępy wepchnięte w dwa „Marabuty” i „Sumatrę” nie traciły ciepła zbyt szybko (niestety, to samo można powiedzieć o zapachu…). Po śniadaniu udało się nam nawet uporządkować nieco nasz podobóz, po czym w pełni umundurowani udaliśmy się na apel. Wówczas wszyscy otrzymaliśmy świeże, zlotowe plakietki i rozpoczęła się gra.Wyruszyliśmy z ośrodka „Relaks”, maszerując w kolumnie, ze śpiewem na ustach, podążając na punkt startowy. Po pewnym czasie zorientowaliśmy mapę według największego okolicznego lasu i na szczęście okazało się, że idziemy wprost do celu. Nasze pierwsze zadanie polegało na kierowaniu szeregowymi za pomocą głosu zastępowych. Każdy z nich miał zasłonięte oczy i w dość gęstym fragmencie lasu musiał znaleźć foliówkę, po czym wyjąć z niej kamień i trafić nim do celu. Zdalne sterowanie spisało się całkiem dobrze, choć niektóre odbiorniki sądziły, że samodzielnie znajdą drogę powrotną. Dość szybko prowadziło to do bliskiego kontaktu z drzewem. Na tym punkcie udało nam się też coś trudniejszego – jeden z naszych ludzi zgubił rogatywkę i pomimo małego obszaru poszukiwań nie zdołaliśmy jej znaleźć.

Następnie zaliczaliśmy zadania związane z pionierką: rozkładanie namiotu, projektowanie skarbczyka zastępu i konserwacja sprzętu. Kilka noży i bagnetów przydało się do wykonania brakujących śledzi, a ludzi do rozbicia „dychy” było aż nadto. Namiot nie stawiał nawet zbytniego oporu przy chowaniu do pokrowca. Ponadto projekt skarbczyka okazał się przyzwoity, a Fosol (odrdzewiacz) nie był aż tak żrący, jak można by sądzić po napisach na opakowaniu. Tylko ręce dziwnie potem pachniały, ale liczy się to, że zakonserwowaliśmy sprzęt.

Później trafiliśmy na punkt z samarytanką, lecz nie opłacało się nam tam czekać, więc pomaszerowaliśmy dalej. Przy głównej drodze, w pobliżu Andrespola, zastaliśmy kolejnego punktowego. W jego obecności kilku z nas musiało poprowadzić rozmowę z miejscowymi tak, by ci użyli zwrotu „harcerstwo jest fajne” lub „harcerze są fajni”. Początkowo współpraca z tubylcami nie układała się po naszej myśli, ale w końcu paru młodych wiśniowogórzan powiedziało nam to, co chcieliśmy usłyszeć.

Kontynuowaliśmy nasz marsz, od pewnego czasu idąc już formacją „bydło”. Nieopodal naszego ośrodka przyszło nam podkradać się do nasłuchującego i odwracającego się co ok. 15 sekund punktowego. Obmyśliliśmy taktykę, według której większość drużyny miała wycofać się daleko do bezpiecznego ukrycia, a kilku starannie wyselekcjonowanych (najmniejszych) druhów dostało misję dojścia do celu. Oczywiście okazało się, że nikt nie potrafił usiedzieć z dala od teatru działań i wszyscy ruszyliśmy naprzód. Ostatecznie jednak zwycięstwo zapewnił nam Michał, który poszedł nie tylko naprzód, ale i naokoło.

Potem zawitaliśmy na pewien czas do ośrodka. Przy jednym z domków kempingowych czekała nas, a właściwie tylko drużynowego, rozmowa z dyrektorem szkoły w sprawie akcji naborowej. Niestety, nie odbierał on telefonu. Następnie zjedliśmy tam czym prędzej obiad i wróciliśmy na chwilę do podobozu. Przy okazji, na terenie gniazda Chorągwi Harcerzy zaliczyliśmy alarm mundurowy i sprawdzanie porządków. O ile na obozie cały nasz podobóz, możliwe, że łącznie z namiotami, zostałby wyrzucony na swój własny plac apelowy, o tyle tym razem skończyło się tylko na odjęciu punktów.

Ponownie ruszyliśmy w drogę. Przy okazji udało się dodzwonić do „dyrektora szkoły” i po kilkuminutowej dyskusji drużynowy przekonał go do wpuszczenia harcerzy na teren jego placówki edukacyjnej. Kolejne zadanie czekało nas przy stołówce i polegało na skompletowaniu dwudziestu rzeczy z listy, od łatwych po pozornie dość trudne do zdobycia. Wszyscy szybko ruszyliśmy w teren. Po kilkunastu minutach donieśliśmy na miejsce nawet kostkę lodu (miała smak śmietankowy) i dwa zdjęcia tęczy (pierwsze znalezione w telefonie, drugie wykonane po odkręceniu kranu na korcie tenisowym).

Aby skrócić drogę do następnego punktu, postanowiliśmy wykorzystać dziurę w siatce. Okazało się jednak, że takowej wcale nie ma, a przynajmniej nie w tym miejscu, na które trafiliśmy. W każdym razie cała drużyna znalazła się po drugiej stronie ogrodzenia, choć nie bez zadrapań i dziur w spodenkach. Szybko odnaleźliśmy punkt dotyczący obrzędowości. Jako przykładową tematykę obozową wybraliśmy państwo Azteków i na tej podstawie musieliśmy wykonać totemy zastępów. W tej sytuacji pewnym atutem okazało się odnalezienie kilku ziemniaków, które występowały w pobliskim lesie i nadawały się na surowiec do tworzenia instalacji. Ostatecznie ze ściółki, zapałek i kartofli powstała piramida, orzeł-krzak oraz krwawa jatka z udziałem kapłana i jego ofiary.

Kawałek dalej natrafiliśmy na punkt związany z opinią publiczną, gdzie musieliśmy zmierzyć się z pytaniami mediów, które pojawiłyby się, gdybyśmy organizowali wielką imprezę harcerską. Pytania były o wiele bardziej inteligentne, niż te zadawane przez przeciętnych dziennikarzy, mimo to niektórzy z nas źle je zrozumieli lub nabrali wody w usta.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze dwa punkty. Na pierwszym organizowaliśmy przedstawienie dla zuchów, w którym główne role grały jarzyny. Większość rekwizytów, łącznie z cebulą, zabraliśmy i zjedliśmy na następnym punkcie. Ci, którzy nie jedli, zajmowali się wyplataniem wianka dla harcerek (liczba mleczy do użycia była ściśle ograniczona!) i wyszywaniem kształtu koniczyny na skrawku materiału. Punktację podwyższyło nam też samo posiadanie igły do szycia.

Wkrótce byliśmy już w podobozie i zajęliśmy się przyszywaniem plakietek zlotowych. Okazało się, że siedem igieł z powodzeniem wystarczyło niemal całej drużynie. Jako że dla niektórych było to pierwsze w życiu przyszywanie plakietki, zdarzyły się przypadki takie jak przyszycie jej lewą stroną lub pokrycie jej całą plątaniną nici.

Całodzienna gra zakończyła się apelem wieczornym. Następnego dnia poznaliśmy wyniki tej części rywalizacji. Ku naszemu zdumieniu zajęliśmy pierwsze miejsce, co zapewniło nam trzecią pozycję w całkowitej klasyfikacji zlotowej oraz nagrodę w postaci wspaniałej ręcznej piły kabłąkowej. Wszyscy niezmiernie się cieszyliśmy, lecz właściwe to sama gra dostarczyła nam powodów do zadowolenia. Dla niektórych była to pierwsza tego rodzaju przygoda i wywarła na nich bardzo dobre wrażenie.

ćw. Filip Dymarczyk ps. Kapibara, przyboczny 17 ŁDH-rzy

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *