Kniaź Mścigniew wyjrzał przez prześwit między blankami i westchnienie z bólem wydobyło się z jego utrudzonej piersi. Stał na niziutkiej wieży swego drewnianego – choć podmurowanego – stołpu. Wieża była karłowata, bo budulca przy stawianiu nie stało, a przecież każdy szanujący się kniaź wieżę mieć musi. Darmo klarowali Mścigniewowi cieśle, że przy takiej mizerii drewna to wyjdzie pośmiewisko dla ludzi, a nie baszta – kniaź jednak twardo trwał przy swoim i jeszcze zagroził, że skórę budowniczym obije, jak konstrukcja za mała wyjdzie. Skutkiem tego wieżyczka wąska stanęła, że ledwo jeden mąż mógł po wewnętrznych schodach się poruszać; ale wysoka dość, by Mścigniewa udobruchać i by roztaczał się z niej widok na cały gród wraz z przyległościami.
I właśnie te przyległości stanowiły teraz wrzód na kniaziowskim tyłku.
A właściwie nie same przyległości jako takie, tylko grasanci, zajadle od kilku dni je atakujący.
Jakkolwiek stołp i wewnętrzne grodzisko były otoczone zacną palisadą, tak podgrodzie nie miało żadnej osłony – nie licząc niskiego, ziemnego wału, który najwyżej owce by zatrzymał, na pewno nie zaś żądnych rabunków i gwałtów rzezimieszków. A wyroiło się tych zbójców całe mrowie – chyba jakiś oddział gdzieś zdezerterował i przeczesywał okolicę, żywiąc się z grabieży. I zakonotowawszy, że gród Mścigniewa łacno złupić, przyczaili się w pobliżu, kąsając go dzień w dzień.
Miał co prawda kniaź drużynę wojów: tęgich, krzepkich mężczyzn, znanych w okolicy ze swej mężności i wojennego rzemiosła. Ale jakiż był z nich pożytek, jeśli Mścigniew nie mógł dojść z oddziałem do zbójców? Droga bowiem od stołpu do obrzeży podgrodzia liczyła sobie z dobry tuzin pacierzy, a grasanci, słysząc zaciężników, pierzchali w try miga i przepadali w lesie niczym przeklęte licho.
Wieśniacy lament podnosili nad potraconym dobytkiem i pomstowali srogo na swego włodarza. Mścigniewa ogarniały więc gniew i bezsilność. Potrzebował kilkunastu szybkich, zwinnych harcowników, co by się zaczaili w różnych miejscach podgrodzia i znienacka, małą, lecz szybką kupą, uderzyli na zbójców. Problem w tym, że choćby jednego adekwatnego wojownika w grodzisku nie było.
Rad nie rad, kniaź zebrał kilku wojów, wziął ze sobą półtuzin kurczaków i beczkę piwa i ruszył do chatki w głębi boru, gdzie mieszkał Wieszczyk.
Wieszczyk był szamanem. Nie było wątpliwości – gdy Mściwój z delegacją zaszedł doń, ten tańczył przed chatą wokół kruczego truchła, wymalowawszy twarz barwnymi smugami. Tak mogli wyglądać tylko szaleńcy lub szamani. A że już kilka razy kniaź przybywał tutaj po prośbie (a to susza zbiory gniotła, a to bydło od choroby padało) i zawsze Wieszczyk potrafił problemom zaradzić (choć sowicie za magię swą liczył), znaczy: był szamanem, nie szaleńcem.
Teraz, widząc nadchodzącego włodarza, przerwał swe pląsy, choć nie pokłonił się kniaziowi; nie czuł się bynajmniej jego poddanym.
– Wieszczyk, jest sprawa – zaczął od razu Mścigniew, a jego towarzysze złożyli zapłatę pod ścianą chatynki. – Zbójce mi gród gryzą. Weź ich wytrzeb jakimś piorunem.
– Głupiś! – znachor zarechotał. Na taką obrazę majestatu drużynnicy kniazia poklepali się znacząco po przypasanych mieczach. – Nie władnym życia odebrać; moja magia nie do tego. Wiedźmy ci trza poszukać.
– Nie ma mowy. Ja się będę za wiedźmą uganiał, a wtenczas mi całkiem grodzisko złupią. Nie masz inszego sposobu? Może mi garstkę harcowników żwawych naraisz?
– A, to już da się zrobić – odparł chytrze Wieszczyk. – Jeno liche rzeczy przynieśliście, a to potężna magia będzie…
Mścigniew z żalem wysupłał z sakiewki srebrną monetę i rzucił w stronę szamana. Ten zaś, ze zwinnością nieprzystającą siwej brodzie, pochwycił ją w powietrzu. Schował denar gdzieś w zakamarkach wyświechtanej szaty i kiwnął na ludzi, by podążyli za nim.
Zagłębili się w bór i brnęli tak, aż dotarli do dużej polany na górce, ze wszech stron otoczonej młodymi dębami. Tam Wieszczyk zaczął odprawiać swe tajemne rytuały: to coś wbijał w ziemię, to gałązki drzewom łamał, to kamienie przenosił z miejsca w miejsce i we wzory układał. Mśgigniew stał za drzewami i nie przyglądał się specjalnie działalności szamana, by się nazbyt magią nie plugawić i bogów nie mierzić.
Ostatecznie Wieszczyk na bok odszedł, proszkiem jakimś w stronę polany sypnął i jak nie huknęło, błysnęło! Drużynnicy przetarli oczy, a gdy je otworzyli, po środku dębowe kręgu leżeli pospani najemnicy w lekkich zbrojach i marszowym rynsztunku.
Mścigniew gwizdnął z uznaniem. Pojawiło się sześciu chłopa, a wyglądali na niezwykle zwinnych; byli dość młodzi, ale może to i lepiej, wszak młodzi są bardziej ruchawi i duch w nich do śmiałych poczynań bardziej ochoczy.
Tymczasem nowo przybyli zaczęli się budzić, jeden po drugim.
– Co się działo? – ziewnął jeden.
– No, szliśmy podejść obóz Świstaków i się zdrzemnęliśmy w lasku – przeciągnął się inny. – Ale wydawało mi się, że drzewa wokół polany to dużo większe i starsze były…
Trzeci potoczył półprzytomnym wzrokiem dookoła i spostrzegłszy w oddali kniaziowskie grodzisko, zakrzyknął:
– Kurka blaszka menażka! – wskazał kompanom gród. – Ale te Świstaki się pobudowały! Skąd oni tyle żerdzi wzięli?
Chłopaki wyjęli lunetkę i z niedowierzaniem przyglądali się drewnianej budowli, dymiącym kominom chat i smukłej wieży przy stołpie. Odruchowo poprawiali też na sobie tekturowe zbroje i sprawdzali, czy nie zgubili drewnianych mieczy ani plecaków.
Mścigniew ze zdziwieniem obserwował, co też wyczynia szamański pomiot; obecnie wyrywali sobie nawzajem długi, lśniący tubus i wrzeszczeli chaotycznie; mieli dziwny akcent – pewnikiem z daleka byli, może aż zza rzeki.
– Wieszczyk, kogoś ty mi tu sprowadził? – zapytał wreszcie skonsternowany kniaź.
– Tako jak chciałeś: harcowników cały zastęp – odparł pewnie szaman.
Jednak Wieszczyk też był sam ciut zaskoczony; w duchu lżył siebie, że zaczął cudować i z Kamieni Przywołania ułożył kształt kwiatu lilii.
Skąd mu taka głupota we łbie powstała? No skąd?
C.d.n.
Jacek Tomaszewski HO
PS
W tekście miały się znaleźć słowa: podgrodzie, dąb, smuga.


7 komentarzy
a coż takiego obiecał?
Moją „maszyną losującą” od samego początku cyklu jest moja dziewczyna. :) Ona też jest pomysłodawczynią Trzech Słów.
Kreciku, a co do wydania, to Adam mi już coś obiecał… :P
ma maszynę losującą słowa:)
I Jacku nie obraź się że tak powiedziałem oczywiścię że to jest metafora, a myślę też Jacku że powinieneś wydać swój zbiór opowiadań bo czyta się ciebie tak dobrze jak Pilipiuka!!!
zbierz się w garść i czekam aż coś wydasz:P
pomogę ci to porozprowadzać:)
skąd masz te słowa – sam nakładasz sobie taki kaganiec czy jest to element szerszego planu?
Będzie w kwietniowym numerze. W ramach zajawki zdradzę, że słowa do następnego opowiadania to: aeroplan, soczewica, kra.
Cóż takiego z tego wyjdzie..?
dobre, dobre! chcemy więcej :)
Jacek! Rewelacja … czekam na cd. Twój talent jest niesamowity!