Oparte na faktach prawie autentycznych.
Wasilij Romanowicz chuchnął w zziębnięte dłonie i potarł nimi o siebie. Założył z powrotem rękawiczki i wrócił do pracy. Bez większego entuzjazmu wraz z kolegami odśnieżał chodnik przy ulicy Med. Peczery. Cóż, taki był już jego obowiązek jako dozorcy, by umożliwić ludziom bezpieczną podróż na własnych nóżkach. Poprawił uszankę i nabrał kolejną szuflę śniegu.
W pewnym momencie zauważył po drugiej strony drogi nietypowe zjawisko. Szły tam 3 osoby: dwóch chłopaków i dziewczyna. Ubrani byli nader osobliwie: mieli różne nakrycia głowy, ale z podobnym motywem jakiegoś – chyba – orzełka. Jeden miał wojskową, polarną kurtkę. Dziewczyna zaś w podziwu godnym masochizmem szła w szarych pończochach i długich skarpetkach. A na głowie miała kapelusz. Też z orzełkiem.
No i najważniejsze: nieśli cztery duże, białe pudła.
Wasilij przyglądał im się dłuższą chwilę. Zastanawiał się, czy ten widok nie jest częściowo efektem schorowanych oczu. Albo tego, że przed wyjściem na dwór pokrzepił się rozgrzewaczem w płynie.
Niemniej, zauważone osoby wyglądały, jakby im było ciężko nieść pudła.
– Hej! – Wasilij Romanowicz krzyknął w stronę zjawiska. – Mam taczkę, może chcecie sobie przewieźć te rzeczy? Lżej będzie!
Zjawisko spojrzało przestraszone na Wasilija oraz jego kolegów i bąknęło w odpowiedzi coś niezrozumiałego, uśmiechając się przy tym dobrodusznie. I nie przystanąwszy nawet na chwilę, dalej wytrwale zmierzało w swoim kierunku. Jeden z chłopaków zerknął jeszcze na odśnieżających mężczyzn i powiedział coś do swoich towarzyszy.
Zaraz też dziwne osoby przeszły przez ulicę i udały się w stronę klatki schodowej najbliższego bloku.
Wasilij stwierdził, że jak nie, to nie, i wrócił do roboty. Po pół godzinie wraz z kumplami doszli do krańca ulicy i udali się na fajrant do domów. Wasilij już rozmarzał się na myśl o ciepłym obiadku, który zaraz poda mu żona. Miał też niestety świadomość, że po posiłku czeka go kolejny chodnik do odgarnięcia, ale chwilowo starał się o tym nie myśleć.
Wracając do mieszkania, zza zakrętu wyszedł na wprost zjawiska. Tym razem niosło ono już tylko dwa pudła.
– No, nie lepiej by wam było z taczką? – poklepał pojazd i uśmiechnął się do nich.
Podobnie jak poprzednio, osoby uśmiechnęły się miło, lecz z zakłopotaniem, i powiedziały coś niezrozumiałego. Oddaliły się pospiesznie.
—
Po posiłku Wasilij Romanowicz z niechęcią ruszył na miasto. Miał wrażenie, że zrobiło się chłodniej. A i kolegów już z nim nie było. Psiocząc na zimę nabrał pierwszą szuflę śniegu, gdy nagle spostrzegł wychodzącą z bocznej uliczki grupkę. Grupkę, która niosła białe pudła. Były to zupełnie inne osoby niż poprzednio, choć miały podobne niektóre elementy strojów – na przykład zielone bojówki czy czarne buty. Rozmawiali ze sobą w języku, którego nie dało się do końca wyrozumieć.
Wasilij się zastanowił, skąd nagle w mieście takie namnożenie roznosicieli białych pudeł. Po czym do niego dotarło, że następnego dnia są Mikołajki – i zapewne te osoby chodzą i rozdają zapakowane paczki prezentów. Jaka miła inicjatywa.
„Ciekawe, kogo nimi obdarowują?” – zaciekawił się. – „I czemu to obcokrajowcy?”
Nagle Wasilij zatrzymał się wpół zamachu szufli. Wbił narzędzie w zaspę i w te pędy pognał na komisariat. Dopadł od razu do znajomego posterunkowego i wyszeptał zbielały ze strachu:
– Władimir, ogłoś alarm! Terrorysty rozkładają bomby pod całym Lwowem!
Jacek Tomaszewski HO
PS
Tym razem trzema kluczowymi słowami są: orzeł, kraniec, zaspa.
