Tydzień Patriotyczny już dawno za nami, ale jego echa długo jeszcze będą pobrzmiewać w świecie łódzkiego ZHR. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak ważne było to wydarzenie i ile pracy oraz rozmachu wymagało.
Działaliśmy na wielu frontach – także na froncie medialnym, czego efektów każdy bardzo dobrze nie mógł zobaczyć. Tak, tak – nie jest to literówka ni błąd: Tygodnia Patriotycznego w mediach było jak na lekarstwo. Przyczyn jest kilka. Przeczytajcie, bo to ciekawe.
Działać z głową
Każde działanie związane z mediami wymaga kilku podstawowych czynników sprzyjających:
- znajomość dziedziny,
- posiadanie kontaktów z dziennikarzami interesujących nas mediów,
- umiejętność trwania przy telefonie,
- umiejętność wchodzenia oknem, gdy nie chcą nas wpuścić drzwiami,
- posiadanie wiedzy na temat zasad współdziałania w obrębie patronatu (co oni dla nas i co my dla nich),
- żelazna siła charakteru,
- stały dostęp do internetu,
- umiejętność systematycznego nękania telefonami,
- dyspozycyjność czasowa, by pojawiać się tam, gdzie nikt nie odpowiada na nasze maile lub by nękać kogoś osobiście, gdy nękanie telefoniczne okazuję się zbyt mało efektywne,
- umiejętność poprawnego i szybkiego pisania czegoś z niczego, czyli z głowy,
- kompletna i nieustannie odświeżana wiedza na temat imprezy, którą się przygotowuje,
- umiejętność działania ściśle wedle zaplanowanego harmonogramu (wcześniej: umiejętność zaplanowania tegoż).
Tyle czynniki wewnętrzne. Ale to nie wszystko. Czynniki zewnętrzne:
- posiadanie w mieście mediów na profesjonalnym poziomie, które interesują się działaniami oddolnymi i mają nosa do działań niestandardowych (do takich zaliczam Tydzień),
- istnienie w mediach dziennikarzy, którzy dotrzymują słowa,
- istnienie stron internetowych, na których umieszczone są rzetelne dane kontaktowe,
- istnienie w mieście mediów, które obiecując nam patronat medialny, są w stanie rzeczywiście nas wesprzeć: wychodząc z inicjatywą, promując akcję gdzie tylko to możliwe, zjawiając się na poszczególnych imprezach, by dać relację jako naoczni świadkowie i by upewnić się, że akcja, której patronują jest tego rzeczywiście warta lub/i spełnia odpowiednie kryteria.
Inteligentny czytelnik już dostrzegł przewrotność przedstawienia sytuacji: nietrudno się domyślić, że spośród czynników wewnętrznych nie spełniałyśmy wszystkich kryteriów, czynniki zewnętrzne zaś – praktycznie nie zaistniały.
Samowiedza
Chcąc promować działania, którym patronuje ZHR, trzeba być merytorycznie po prostu dobrze przygotowanym. Ideałem jest mieć doświadczenie, czyli najlepiej uczyć się od mistrza. Wiemy jednak, że rzadko się to dzieje, dlatego należy postawić na nabywanie wiedzy drogą rozmów, drogą czytelniczą oraz drogą pytania mądrzejszych. I – o czym też dobrze wiemy z naszych działań harcerskich – napisać szczegółowy plan. Szczegółowy do bólu, ponieważ ilość terminów i spraw do dopilnowania jest bardzo duża. Następnie taki plan należy przedstawić temu mądrzejszemu i dopiero po wysłuchaniu uwag i naniesieniu poprawek – wcielić go w życie.
Dlaczego żelazna dyscyplina ma tak ogromne znaczenie? Ponieważ przy braku profesjonalnych, otwartych na miejskie oddolne działania mediów, będziemy musieli borykać się z etykietką. Już każdy dobrze wie jaką. Smutna prawda dotarła do nas bardzo boleśnie, bo poprzez ignorancję. A każdy, kto był kiedykolwiek ignorowany wie, jak to wnerwia i jaką powoduje bezsilność.
Samowiedza jednak to nie tylko dobry harmonogram. To także kontakty i znajomości. Jeśli nie nasze – to czyjeś. Szukanie, drążenie, proszenie, nękanie, błaganie, przypominanie – to wszystko ma wysoką wartość w pracy z mediami. My nie miałyśmy ani kontaktów, ani umiejętności nękania. Wiemy już, czym to się kończy. Ciszą.
Wreszcie patronat. Jak funkcjonuje, na czym się opiera, co zawiera umowa i czego oczekiwać – oto wiedza absolutnie podstawowa. Wejściem na wyższy poziom (na który się nie wdrapałyśmy) jest umiejętność jasnego stawiania oczekiwań i egzekwowania umów słownych. Nas zwiodła głupia rzecz: przeświadczenie o pionierskości naszego przedsięwzięcia i o jego niszowości. Wniosek jest jeden: nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Umowa o patronat, to umowa wiązana: my promujemy dane medium, umieszczamy jego logo na materiałach, medium zaś odpłaca nam tym samym. Równowaga. Przysługa za przysługę. Żadnego nadstawiania policzka.
Czynnik PSI
No cóż – działanie łódzkich mediów można czasem zakwalifikować tylko i wyłącznie do kategorii „paranormalne”. Niekompetencja, błędne dane na stronach internetowych, obecność połowy redakcji na urlopie, brak zwyczaju odpisywania na maile, niechęć nieuzasadniona, nieczytanie oferty patronackiej, brak wiedzy o otaczającym świecie i pogoń za tym, co „się opłaca”, to najważniejsze grzechy, które objawiły się nam w pełnej krasie. Pozostaje nam tylko wierzyć, że zostałyśmy boleśnie doświadczone jako nowicjuszki, a dla bywalców medialnych rzeczywistość Łodzi jest bardziej łaskawa. Wyjątek stanowiła tu redakcja portalu halolodz.pl, która rzeczywiście stanęła na wysokości zadania i wsparła nas z dużym zaangażowaniem. Po zaciętych bojach udało się także skłonić dziennikarkę TV Toya do przybycia na miejsce startu gry„Pomarańczowa Rewolucja”.
Wnioski
Głową muru nie przebijesz – to znane przysłowie po raz kolejny okazało się prawdą. Nieprawdą zaś inne – gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Nie zadziałało.
Nasze działania powoli – w moim odczuciu – wykraczają poza sztywne ramy tego, co do tej pory rozumiano jako harcerstwo. To wszystko, co działo się podczas Tygodnia Patriotycznego – mimo kilku niedociągnięć – wydawało się na tyle nowatorskie w swej formule i sposobie potraktowania pojęcia „patriotyzm”, że w pełni miało zasługiwać na wsparcie gazety, radia, czy telewizji. Nie wszyscy myśleli podobnie. Pojawia się zatem pytanie: czy te działania są nowatorskie tylko dla nas, czy może łódzkie media to wciąż jeszcze jest ślepa uliczka?
Basia Jagoda


