Poniżej zamieszczam znalezioną relację z jednej ze zbiórek XV ŁDW, która odbyła się w Ognisku Bożego Pokoju, gdzie organizowaliśmy cotygodniowe spotkania dla chłopaków w wieku gimnazjalnym. Ognisko skupia wokół siebie dzieci w różnym wieku, od podstawówki do gimnazjum. Chcę artykułem nawiązać do dyskusji, która obecna była po wpisie „Kiedy harcerstwo przestało wychowywać?”. Pragnę przybliżyć klimat spotkań z młodzieżą niepokorną i często bardzo ciężką. Mam nadzieję, że ta sztuka chociaż trochę się uda.Rzecz się miała około trzech lat temu w środku ostrej zimy…
Środa. godzina 16:30. Gdańska 85. Zimno. Czekamy na Tytusa. Bardzo zimno. Złorzeczymy mu okrutnie. Zamarzamy. Pisan śmieje się z ‘Bóg wie z czego’. Tomczyk stara się załapać z czego. Przyszedł! Wkraczamy w bramę. Ciemno. Strach i lęk. Na horyzoncie jakaś postać. To Orzełek – wita nas spojrzeniem mordercy. Podajemy rękę. Idziemy dalej. Stach. Lider ekipy. Ręka w gipsie. Ryja komuś obił. Chwali się. Podchodzi Damian. Co spotkanie zaskakuje mnie nowo wymyśloną flugą. Idziemy dalej. Jacek. Podaje rękę. Ciągle ciemno. W tle nieznajome typy. Zauważamy rysy budynku. Wchodzimy! Wybiegają jakieś nastolatki. Słychać zmyślne wyzwiska w stronę chłopaków. Oni nie pozostają dłużni. Jesteśmy już w środku. Ciemno. Idziemy po schodach. Skrzypią. Grel idzie przodem. Trwoga. Ja zabezpieczam tyły. W głowie rodzą się koszmary. Stop! Słychać głosy… Ulga! Pani Zosia – uosobienie spokoju, wyrozumiałości i wszystkiego co dobre. Wokół sporo małych dzieci. Wita nas klasycznie: „kochani harcerze!” Złe informacje od pani Zosi. Chłopaki narozrabiali dzień wcześniej okrutnie. Kara musi być. Zbiórki zatem nie będzie. Oj, niedobrze. Irytacja. Łagodne słowa pani Zosi. Lądujemy w świetlicy na puzzlach i warcabach z najmłodszymi. Pisan dostał w warcaby z 7-latkiem, Tomczyk z 10- latkiem, Tytus chyba też. Ja nie podjąłem wyzwania. Kończymy po nieudanym ataku na „puzzle 1000”. Wychodząc żegnamy się z chłopakami. Dopytują się nas o przyszły tydzień. Miło.
Na początku uważałem, że spotkania z chłopakami nie dają praktycznie żadnych rezultatów. Nie raz, nie dwa leciało w naszą stronę ostre ‘mięso’. Podważanie autorytetu nas jako osób starszych stało raczej na porządku dziennym. Bywały oczywiście przebłyski zachowań godnych pochwalenia, ale nie były one długotrwałe. O tym, że zbiorki mimo tego wszystkiego ‘coś dawały’, przekonała mnie sytuacja, kiedy zbiórki przestały się odbywać. Około kilku miesięcy po ostatniej zbiórce, przechadzając się ulica Gdańską, usłyszałem za sobą krzyk. Odwracając się zobaczyłem 2 chłopaków z Ogniska, którzy z wielkim uśmiechem podbiegli witając się ze mną jak ze swoim największym kumplem. Dopytywali się kiedy znowu do nich wpadniemy, dając wyraz niezadowolenia, że dawno nas już nie było. Zdali również szybką relację z sytuacji w Ognisku. Tylko mój brak czasu (śpieszyłem się gdzieś bardzo) spowodował, że rozmowę trzeba było przerwać, byli oni bowiem bardzo ochoczo nastawieni na dłuższą pogawędkę.
Zobaczyłem wówczas, że pomimo tego wszystkiego co z nimi przeszliśmy, udało nam się zasadzić zalążek dobra, które dalej pielęgnując, miało szanse całkiem ładnie kiełkować. Teraz żałuję, że nie daliśmy rady dłużej popracować ze Stachem, Orzełkiem, Jackiem, Damianem i resztą bandy. To miało sens.
Maciej Zasadziński


Jeden komentarz
To była jedna z najcięższych partii naszej wedrowniczej przygody. Co tam malowanie płotu w Odessie, co tam rozbijanie kilofem gliny w Kamieńcu Podolskim. Tu za kazdym razem baliśmy się wejść i cieszyliśmy się kiedy wychodziliśmy. Chociaż za każdym razem czuliśmy też satysfakcję. Praca fizyczna jest dla wędrowników dobra bo daje efekty od razu. Ale praca w takim miejscu … daje coś niemierzalnego dla czego warto tam być. W czasie kiedy tam przychodziliśmy cały czas miałem wątpliwości – czy robimy to dobrze, czy ma to sens. Dzisiaj też żałuję, że nie zrobiliśmy więcej z Orzełkiem, Stachem i resztą. Andrzej Małkowski z takimi gośćmi pracował.