Strona główna / 4. Historia magistra vitae / Niebo nad lasem zdobiły łuny

Niebo nad lasem zdobiły łuny

Niebo nad lasem zdobiły łuny. Z początku jasne i dalekie, później z upływem kolejnych nocy pomarańczowe, by w końcu przejść w krwawo czerwone,  nieodległe  poświaty. To płonęły wioski Zamojszczyzny.

Czas wystawić warty – pomyślał Tułacz. Na skrajach wioski posterunek dzienny i nocny objęli  gospodarze wsi Honiatycze oraz żołnierze z 9-osobowej drużyny, zakwaterowanej tu z plutonu (później kompani) „Wiklina”.  Zadaniem Tułacza i jego drużyny była ochrona Honiatycz przed „oddziałami” UPA, które od kilkudziesięciu dni paliły polskie wsie na Zamojszczyźnie i mordowały polskie rodziny.

Tego dnia gospodarze Rusińscy (utożsamiano ich z Ukraińcami) zaczęli pakować swój dobytek na wozy i wyjeżdżać ze wsi. Kilka godzin później wioskę  opuściła też część Polaków, podpatrując Rusinów.  AK-owcy wiedzieli, że to znak nieuniknionego ataku. W opustoszałej wiosce zostało kilku uzbrojonych gospodarzy i drużyna plutonu „Wiklina”. Czekali…

Pożar! Partyzanci patrzyli jak płonie kolonia Honiatyczki oddalona o  pół kilometra. Tułacz zakomenderował:
– Przygotować się do obrony!

Sam wskoczył na rower i pedałując ile tchu w piersi jechał do oddalonej o 2 kilometry Kazimierówki, gdzie stacjonowały dwie inne drużyny oraz sam dowódca plutonu „Wiklina”: Ryszard.

TRZASK!

To spadł łańcuch z pędzącego roweru. Tułacz zeskakuje i biegnie dalej zostawiając rower na drodze. Do Kazimierówki już niedaleko. Jeszcze kilkaset metrów. Wbiega do chaty Ryszarda. Zdaje meldunek dowódcy. Minutę później  dwie drużyny szykują się do wymarszu na odsiecz, a sam Ryszard z rkm-em w rękach, Tułaczem i jednym pomocnikiem pędzą w stronę Honiatycz. W pewnym momencie dowódca „Wikliny” skręca wraz z pomocnikiem w stronę górki przy cmentarzu nieopodal wsi. Tułacz, pędząc dalej, dopada do powoli wycofującej się z wioski swojej drużyny, będącej już przy ostatnich domostwach.

– Zmieniać pozycje po każdym strzale. Pomyślą, że jest nas więcej! – rozkazał, sam biorąc swój karabin i kierując ogniem drużyny. Dym z podpalonych domostw niesiony przez wiatr w ich stronę pomagał w rozprzestrzenianiu się pożaru, ale  dawał też pewną zasłonę ukrywającą liczebność obrońców.

Kilka minut później Ryszard wraz z adiutantem zajęli pozycje na górce, wypierając podchodzących w ich stronę Ukraińców, którzy też chcieli zająć to strategiczne miejsce. Ostrzał z rkmu prowadzony z górki ostudził zapał żołnierzy UPA nacierających na Honiatycze.

Po niedługim czasie dotarły do wsi drużyny z Kazimierówki. „Wiklina” mogła przejść do kontrataku. Żołnierze krok po kroku odbijali wioskę. Przeskakiwali od zasłony do zasłony, prowadząc ostrzał za przeszkód. Natarcie utrudniał rozprzestrzeniający się pożar i duża przewaga liczebna Ukraińców. Warunki w których strach mógłby odczuwać nawet największy heros.

BUUUM!

Zdezorientowanie… co wybuchło? Gdzieś daleko… co to było? Łuna pożaru za wioską w miejscu , gdzie jeszcze przed chwilą stał stary szlachecki podmurowany dworek. Uff… daleko.

Po lekkim zaskoczeniu „Wiklina” znów skoncentrowała się na natarciu, jednak nie na długo. Po trzydziestu minutach znów…

BUUUUM!

Tym razem blisko! Czuć falę uderzeniową gorącego powietrza. To niedaleko! W centrum wsi wysadzono kościół, który w tym momencie stał już w płomieniach. Nie ma jak ratować, ani myśleć o gaszeniu. Z przodu ostrzał Ukraińców.

Znów do natarcia! I znów przeskoki między domami i ostrzał z nich do  przeciwników. Dzięki umiejętnemu dowodzeniu Ryszarda i dowódców drużyny w raz z Tułaczem, Honiatycze były stopniowo odbijane z rąk UPA. Ukraiński oddział zaczął się wycofywać, aż został całkowicie wyparty do Honiatyczki.

Po 4 godzinach zaciętej walki „Wiklinę” wsparły dwa plutony „Kozaka” i „Pirata” stacjonujące w okolicy. Kolejne 4 godziny zajęło wyparcie kureniu (= oddział UPA) Hałajdy za rzekę Huczwę. Straty UPA: ok. 32 zabitych i 10 rannych. Straty AK: 2 zabitych i 5 rannych. Wioski Honiatycze i Honiatyczki zostały prawie w całości spalone.

Od lewej: „Czarny”, „Ryszard”, „Tułacz”.

Po zwycięskiej ośmiogodzinnej bitwie była satysfakcja z zwycięstwa i ze zdobytej broni, ale i niepewność z powodu małej ilości amunicji… a kolejne dni, jak się później okazało, miały również być gorące…

Ciąg dalszy nastąpi o ile  komuś spodoba się ta opowieść ;)

Opowieść jest rzeczywistą bitwą, która miała miejsce 15 maja 1944 na Zamojszczyźnie. Usłyszałem ją z ust Tułacza, którego drużyna został zaatakowana w Honiatyczach. Jest tylko jedną z wielu historii, jakie do niego słyszałem. Trzeba dbać o pamięć o tamtych wydarzeniach i o bohaterskich ludziach, gdyż ich czas powoli przemija. A okoliczności dopiero niedawno zaczęły sprzyjać zachowaniu tej historii w prawdziwym obrazie. Czas na zmianę warty!

Czuwaj!

HO Aleksander Wardęszkiewicz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *