Strona główna / 1. Głos Redakcji / Trzy słowa / Trzy słowa Opus XII

Trzy słowa Opus XII

Paweł stwierdził, że na tegorocznym obozie przyszedł czas na jakieś wyzwanie i postanowił zdobyć sprawność „Trzy pióra”. Wiadomo, elitarna sprawność – jest szpan. A że Paweł harcerskiego obycia już trochę za sobą miał, nie przewidywał większych trudności w trakcie próby.

Pierwszy dzień – bez jedzenia – przeżył bez większych problemów. Nawet i się przydało, bo mógł oddać oboźnemu zaległy podwieczorek (za znalezienie rogatywki). A kiedy tylko nadszedł zmierzch i upragniony koniec głodówki, pochłonął pół swoich zapasów słodyczy i legł zwycięsko.

Następny dzień – milczenie – budził od samego początku największe obawy Pawła. A to dlatego, że Paweł był osobą obdarzoną niezwykłą ekspresją, zwłaszcza słowną. Od wczesnego dzieciństwa irytował swoim gadulstwem wszystkich domowników (dlatego też z największą radością przyjęli informację, że został harcerzem i jeszcze rzadziej będzie w domu). Z niemałą więc trudnością trzymał podczas próby zamknięte usta i kilka razy już prawie się wygadał. Lekką pomocą w męce był długopis oraz zeszyt, pod koniec dnia praktycznie już cały zapisany. Paweł w przypływie nieskromnej megalomanii rozważał wydanie go w formie dziennika.

I przyszedł czas na ostatnią próbę – dzień w lesie. Paweł był całkowicie spokojny. Chatki i survival były jego ulubionym zagadnieniem, miał już też sprawność „Leśnego człowieka”. Z absolutną pewnością siebie wyruszył więc z obozu.

W trymiga zbudował szałas i ustawił stożek ogniskowy, a potem wyruszył na zbieranie pożywienia. Cały czas też rozglądał się za jakimiś piórami. Wkrótce ze zdziwieniem stwierdził, że nie spodziewał się, iż to taka trudna sprawa: znalezienie jednego ptasiego piórka. Podobno kiedyś trzeba było ich przynieść aż trzy – stąd zresztą była historyczna nazwa sprawności – ale to było jeszcze w czasach, gdy ptaków było na Ziemi o wiele więcej. Już od lat stanowiły one rzadkość, choć na szczęście hojnie występującą w harcerskich rezerwatach. Po kilku wnioskach o podobnej treści Naczelnictwo zmniejszyło w wymaganiach sprawności liczbę potrzebnych piór do jednego.

I tak jednak nawet jedno pióro okazało się dla Pawła nie lada kłopotem. Odkrywszy skalę wyzwania, pozostawił obiad na boku i zajął się intensywnymi, wielogodzinnymi poszukiwaniami. Przeczesywał leśne runo, szukał ptasich gniazd na drzewach, oglądał krzaczki… Wszystko bezskutecznie.

Późnym wieczorem dostrzegł w lesie stojącą samotnie, rozlatującą się chatkę. Pomyślał z nadzieją, że może wewnątrz jacyś powietrzni przyjaciele uwili sobie gniazdko, i pognał w jej stronę. Przystanął zszokowany, gdy drzwi chatki otworzyły się niespodziewanie tuż przed nim.

W drzwiach zaś stała stara, brudna kobieta, odziana w jeszcze starsze i brudniejsze łachmany. Zza jej nóg wychylał się czarny kocur. Paweł z odrazą pomyślał, że trafił na jakąś melinę, zamieszkałą przez bezdomnych.

– Nie jestem żadnym bezdomnym, tylko wiedźmą! – zaskrzeczała kobieta, Paweł zaś się przeraził. Przypomniały mu się baśnie z dzieciństwa. Czyżby legendy i wymysły zabobonów żyły naprawdę?

– No co tak stoisz? Widzę wyraźnie, że czegoś pragniesz, czegoś szukasz…

– Em… Faktycznie… – wybąkał zmieszany Paweł. – Pióra jakiegoś szukam…

– Nie ma sprawy, mam ja pióro! Tydzień u mnie odpracujesz jak parobek i jest twoje.

– Ale ja nie mam tygodnia… Muszę wrócić z próby jutro rano.

– No taki układ proponuję: poddam cię trzem próbom. Jeśli je wszystkie przejdziesz pomyślnie, dam ci pióro.

– A jeśli nie… Zamienisz mnie w ropuchę?

– Gdzieżby! – wiedźma zaśmiała się skrzekliwie. – Z ropuchy pożytku żadnego. Jeśli ci się nie uda która próba, zostaniesz na tydzień moim parobkiem. A pióra rzecz jasna nie dostaniesz.

Paweł zgodził się na układ i podążył za wiedźmą do jej chatki, ciemnej, brudnej, pełnej ziół i różnych rupieci. Stwierdził, że koniecznie musi podołać wiedźmim zadaniom, bo inaczej padnie z przepracowania przy sprzątaniu.

– Pierwsza próba będzie próbą twej psychiki. Siły woli, konkretnie. Ja wywołam u ciebie trans, a ty musisz z niego się sam wydostać.

Paweł ze zdumieniem stwierdził, że zadanie okazało się dość trywialne. Wiedźmie nie udało się harcerza nawet wprowadzić w trans. Próbowała różnymi metodami: zegarkiem, płomykiem świeci, spojrzeniem, przekleństwami. A Paweł nic. Gadał tylko bez ustanku, bo a to zegarek przypomniał mu dewizkę dziadka, a to oczy wiedźmy miały zabawnie różne kolory. Na nic się zdały krzyki, dzieciak nie mógł przestać mleć ozorem. Wiedźma ostatecznie poddała się i zaliczyła próbę.

– To teraz sprawdzimy twój intelekt – odchrząknęła, splunęła i wyrecytowała:

Złote, z brązu lub jak gagat
Nitki zręcznie zaplątane
Wywołują męski zachwyt.
Srebrne rzadziej. Jak są zwane?

Paweł się zadumał. Nici z metali lub kamieni szlachetnych? Jakaś bzdura… Albo metafora – nie przepadał za nimi, bo podstępnie ukrywały swe znaczenie. Czy to chodzi o jakieś ubrania? I czemu srebrne rzadziej? Przecież srebro jest cenniejsze niż brąz…

I wtedy Paweł wpadł na pomysł. Włosy! W zagadce są wymienione typowe ich kolory. A jeszcze mają być zaplątane…

– Warkocze? – popatrzył na wiedźmę pytająco.

Czarownica coś chwilę mamrotała pod nosem.

– Dobrze – rzekła w końcu, po czym dużo ciszej dodała pod nosem: – No to wreszcie dam odpowiedź temu przeklętemu gnomowi, a się zdziwi…

– Słucham? – zapytał grzecznie Paweł.

– Mówię, że teraz ostatnie zadanie. Pewnie spodziewałeś się próby siły, co? Nie, to będzie próba zręczności. Masz! – rzuciła mu bryłkę żelaza ciut mniejszą od pięści. – Masz mi z tego wyrzeźbić konia na biegunach.

Paweł spojrzał niepewnie na materiał. Co prawda wraz z zastępem strugał kiedyś łódki z drewna, i nawet się nie pokaleczył jak inni, ale to była zupełnie inna klasa zadania… Nie miał jednak zamiaru się poddawać, zwłaszcza przy ostatniej próbie. Wyciągnął scyzoryk i zabrał się do rzeźbienia. Okazało się, że metal poddaje się łatwiej niż się obawiał. Pracował ostrożnie i starannie, tak że po kilku godzinach nawet bez dużej dozy wyobraźni dało się rozpoznać konia (a bez żadnego wspomagania dało się słyszeć burczenie Pawłowego brzucha).

Niestety, niespodziewanie od rzeźby odpadły bieguny. Najwyraźniej Paweł zrobił zbyt cienkie kopyta. Podłamany chłopak zaczął gorączkowo przeglądać zawartość kieszeni, czy może przypadkiem nie ma kleju… Niestety, cały jego stan posiadania opiewał scyzoryk, busolę i zapałki.

Ale Paweł wpadł na pomysł. Rozbił busolę o podłogę i przyczepiwszy igłę kompasu do konika, podał go wiedźmie.

– No jest koń, ale biegunów cośka nie widzę… – powiedziała z uśmiechem.

– To jest koń na biegunach magnetycznych! – oświadczył Paweł triumfalnie.

– Sprytnyś… – wiedźma popatrzyła na niego niechętnie i pomyślała, że może jak dobrze spije krasnoludki, to nie zauważą braku biegunów przy odbiorze dzieła. – Wygrałeś. Zatem pióro jest twoje – wykonała kilka tajemniczych gestów palcami, a potem sięgnęła w głąb szaty i podała Pawłowi owinięte szmatką zawiniątko.

Chłopak odebrał nagrodę i co tchu popędził w kierunku obozu, zaczynało już bowiem świtać. W drodze rozwinął szmatkę i aż zatchnął się z wrażenia.

Pióro było przepiękne.

Szkoda tylko, że Parkera.

Jacek Tomaszewski HO

PS

Sponsorem tego opowiadania są: pióro, warkocz, trans.

Konkurs!

Jedno z trzech słów, będące zarazem rozwiązaniem zagadki wiedźmy, zostało (jak widać) wymazane z tekstu (wraz z fragmentem opisującym myślowe procesy Pawła, rozwalającego zadanie).

Kto pierwszy w komentarzu poda to rozwiązanie, ten zyska wieczną chwałę i możliwość zaproponowania następnych 3 słów.

4 komentarze

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *