Momentem liminalnym w życiu każdego z nas jest czas, kiedy społeczeństwo oczekuje od nas czegoś więcej niż do tej pory dawaliśmy od siebie. Moment ten to czas kiedy powinniśmy się usamodzielnić i zacząć pełnić inne funkcje niż drużynowy, hufcowy czy różnej maści komendanci etc. Okazuje się jednak wtedy, że król jest nagi – harcerstwo nie wychowuje, a zasadniczo upośledza swoich podopiecznych.
Nie jest to jednak upośledzenie widoczne wprost – to taki rodzaj niedowładu społecznego, który widoczny jest w półcieniach. Oburzycie się pewnie zaraz i stwierdzicie, że nic w życiu nam nie dało tyle, co harcerstwo właśnie. Nie zdziwi mnie to, bo to rodzaj bezkrytycznego utożsamiania się nurtem światopoglądowym i przyjętymi metodami w ZHR, przez zdecydowaną większość jego wychowanków. Taki nasz mały syndrom sztokholmski. A właśnie ten rodzaj owczego pędu i braku krytycyzmu do tego co się robi, sprawia, że sami się okaleczamy i nie radzimy sobie z pozornie prostymi sprawami.
Przykładów takich mógłbym liczyć w nieskończoność, wskazując konkretne osoby i sytuacje – wy też je kojarzycie ze swojego otoczenia. Jakiś czas temu powodem do żartów krążących w środowisku harcerskim były związki harcerzy z harcerkami. Wracając po wakacyjnej przerwie do pracy w okręgu można było stracić rachubę, kto z kim jest i co się jeszcze wydarzyło w międzyczasie. Co gorsza jakoś niewiele osób czuło zniesmaczenie tymi roszadami i dla zdecydowanej większości było to zachowanie normalne, mimo tego, że niektóre konfiguracje wprawiały conajmniej w konsternację z racji na różnicę wieku zaangażowanych osób. Zafiksowaliśmy się na harcerstwie tak bardzo, że przestaliśmy sobie wyobrażać, że możemy znaleźć swoją drugą połówkę w innym środowisku. A samo zafiksowanie czasem budzi wrażenie iż jest to wyraz naszej ogromnej desperacji i nie umiemy sobie radzić w relacjach interpersonalnych z ludźmi spoza organizacji.
Tajemnicą poliszynela nie jest też zatrudnianie do firm osób z klucza przynależności do ZHR a nie kompetencji. Firm, w których harcerze zatrudniają harcerzy jest cała masa. Wielu z tych pracowników, to wartościowe osoby, na właściwym miejscu. Nie sposób się jednak obejść bez wrażenia, że uprawiamy swoiste kumoterstwo i boimy się wyjść poza krąg ludzi, z którymi jeździmy pod namioty, by znaleźć wartościowych członków naszych zespołów zawodowych.
Wreszcie harcerstwo tak bardzo nas od siebie uzależniło, że nie jesteśmy w stanie poszukać dla siebie lepszych miejsc rozwój osobisty, zawodowy etc., poza najbliższym otoczeniem. Jesteśmy tak bardzo przywiązani do naszych funkcji w drużynach, czy hufcach lub tak bardzo lubimy się nawzajem, że nie potrafimy wyjść z tego naszego małego kieratu, do którego weszliśmy sami wiele lat temu. Harcerstwo jest dla nas takim miejscem niczym w Seksmisji podziemny świat kobiet. Nie potrafimy sobie wyobrazić, że tam gdzieś obok jest jeszcze życie.
I na koniec – harcerstwo uczy rozpalać ognisko, stawiać namiot i latryny. Jednak w dorosłym życiu nie muszę budować codziennie toalety czy salutować do przełożonego. Potrzebuję zapłacić podatki i wypełnić PIT, wiedzieć gdzie i jak założyć własną firmę, kierować samochodem, czy wykonać szereg innych czynności, których harcerstwo nigdy nawet nie chciało mnie nauczyć. Z takiej perspektywy odważę się na postawienie tezy, że harcerstwo daje mi najmniej, ze wszystkich środowisk, w których się obracam. Nie przygotowało mnie do żadnej istotnej roli, do której nie przygotowałaby mnie np. rodzina, czy szkoła.
Wyizolowanie od życia i rozwój pod kloszem harcerstwa sprawił, że staliśmy się zakładnikami idei ZHR, która w obecnym kształcie jest archaicznym tworem niedostosowanym do wymagań współczesnego świata.
Foto z serwisu unslpash.com na licencji Creative Commons Zero.






20 komentarzy
Panie Piotrze, a Pan jak sądzi, w myśl którego ze wskazanych punktów działa Palo Alto? :)
PS. Oczywiście, że sama rejestracja spółki jest prosta i szybka. To jak wkopanie gotowej pryczy. Najpierw trzeba jednak prycz zaprojektować i zbudować, a to pryszcz przy często wymagających czynnościach poprzedzających samą procedurę rejestracji. Dla kogoś trudne jest zbudowanie pryczy, dla innych rozliczenie PIT-a, rejestracja spółki, a dla jeszcze innych… transgraniczne łączenie spółek. ;)
Drogi Palo Alto,
Z jednej strony chciałbym odnieść się do Twojego tekstu, a z drugiej do poruszanych przez Ciebie kwestii.
Stawiasz bardzo mocną tezę, że harcerstwo nie wychowuje, ale nie podajesz żadnych konkretnych przykładów. Jedynym przykładem jest dostrzeżona przez Ciebie sytuacja plotkowania w siedzibie Okręgu Łódzkiego. Używasz literackich sformułowań („społeczny niedowład, który widziany jest w półcieniach”, „sami się okaleczamy”), ale jak przychodzi co do czego, to ostatecznie piszesz, że brakuje Ci umiejętności złożenia PIT-a.
Chce się zadać pytanie, czy ostatecznie udało Ci się go złożyć? Jeśli tak, to znaczy, że harcerstwo osiągnęło swój cel wychowawczy względem Ciebie, bo jesteś zaradny i nawet jak czegoś nie umiesz, to jesteś w stanie się tego w miarę szybko nauczyć. Nie rozkładasz rąk, nie idziesz do mamy i nie mówisz: „nie potrafię”. Jeśli tak się stało, to rzeczywiście my instruktorzy harcerscy i cała organizacja nie zrealizowała swojego celu.
Gdybyś napisał więcej o przykładach instruktorów/ek, którzy nie wyciągnęli z harcerstwa tyle, ile by chcieli, to pewnie byłoby łatwiej byłoby zrozumieć, skąd takie mocne tezy.
A teraz co do meritum…
Rozumiem częściowo Twoją frustrację. „Straciłeś” na harcerstwo mnóstwo czasu, kiedy Twoi znajomi kładli w tym czasie podwaliny pod swoje przyszłe kariery. Ty byłeś na obozie, a oni na praktykach letnich. Ty robiłeś zbiórki drużyny, a oni uczestniczyli w spotkaniach koła naukowego. Ty chodziłeś na uroczystości niepodległościowe, a oni byli w tym czasie na długich weekendach w górach, jaskiniach lub w Paryżu.
Kiedyś harcerstwo dawało większą wartość dodaną, bo nikt nie organizował projektów (jak obóz harcerski czy biwak). Dziś każde koło naukowe czy klub podwórkowy robi jakieś projekty. Tyle, że my nie nazywamy tego projektami. A w dodatku koledzy spoza harcerstwa nie mają żadnych granic wolności i podrywają dziewczyny nie myśląc o czystości, a Ciebie uwiera ten nieszczęsny dziesiąty punkt.
Na prawdę można złapać doła.
Chcę zaproponować Ci nieco inna perspektywę.
Badania w różnych krajach pokazują, że tylko ok. 3-5% populacji przewija się przez skauting, ale za to 60-80% (w zależności od kraju) osób piastujących funkcje kierownicze w organizacjach biznesowych miało w swojej historii krótszy lub dłuższy epizod harcerski/skautowy. Czy zakładasz, że ZHR jest niechlubnym wyjątkiem? Jeśli tak, to na jakiej podstawie tak twierdzisz? Na podstawie kilku swoich osobistych obserwacji?
Harcerstwo nie musi nauczyć Cię wypełniania PIT-a ani zakładania firmy. Harcerstwo ma dać Ci pewne wartości. Wartości, których będziesz gotów bronić rezygnując z własnych korzyści: relaksu, przyjemności, dłuższego snu, wyższej pensji, szybszej kariery.
Jeśli trwasz przy swojej jednostce i nie porzucasz służby instruktorskiej (co się zdarza), choć czujesz dyskomfort, to znaczy, że harcerstwo dało Ci wytrwałość, wierność, odpowiedzialność. I o to właśnie chodzi w harcerstwie.
Zawodowo zajmuję się rozwojem kompetencji menedżerów i uwierz mi, że w organizacjach biznesowych po połowie dnia szkoleniowego można rozpoznać już, że ktoś był lub jest instruktorem harcerskim. To się czuje.
Sprawnie rozwijające się firmy wdrażają u siebie „zarządzanie przez cele”, ale najlepsze firmy przeskakują już na „zarządzanie przez wartości”. Tyle, że robią to te nieliczne. te słabsze chcą zatrudniać absolwentów studiów z 5 letnim doświadczeniem specjalistycznym:-) Całe harcerstwo mówi „rozwijaj się; zrób z tego swój nawyk”, a co mówi Brian Tracy (mówca dla Zarządów różnych firm)? BT mówi: ” 20% ludzi, które robią kariery, to ci, którzy cały czas się rozwijają. 80% ludzi, którzy stoją w miejscu, to Ci, którym nie chce się rozwijać albo mówią, że to za trudne, albo że im się nie opłaca” Sprawdź tu: https://www.youtube.com/watch?v=3BC8eRqsOl4
Nasz syndrom sztokholmski polega na tym, że nie dostrzegamy wartości, które wynosimy z harcerstwa, a świat zewnętrzny nie zawsze daje nam czytelną informację zwrotną, szczególnie w pierwszych latach pracy, kiedy bardziej liczą się praktyczne umiejętności.
Przymierzamy się w ZHR-ze do zrobienia badania pokazującego trwałość małżeństw, w których przynajmniej jedna osoba jest lub była instruktorem harcerskim przez co najmniej 2 lata. Podejrzewam, że mamy znacznie lepszą trwałość naszych małżeństw (na razie to tylko przekonanie, a nie wiedza). Jak sądzisz z czego ona wynika? Prawdopodobnie właśnie z tego, że potrafimy poświęcić się na rzecz własnej rodziny bardziej niż średnia statystyczna rodzina Polska. Czy poczucie szczęścia w rodzinie i uniknięcie rozwodu to dla Ciebie jakaś wartość? Dla mnie tak. Nie wiem, czy wiesz, że rozwód jest drugim najbardziej stresującym wydarzeniem w życiu (http://stressfree.pl/przyczyny-stresu-stresory-wg-holmesa-i-rahea/).
Zachęcam Cię, abyś dalej rozwijał się w harcerstwie. Poza niektórymi ruchami religijnymi jest mało organizacji, które kładą tak duży nacisk na rozwój. Zachęcam do traktowania na serio każdej próby na stopień czy to harcerski czy instruktorski. Naczelnik uruchomił Harcerską Akademię Umiejętności. Trwa druga edycja warsztatów harcmistrzowskich „Znaki Czasu” (jeśli jesteś podharcmistrzem, to coś akurat dla Ciebie). Jeśli wytrwasz kilka lat służby instruktorskiej, to potem nie będziesz żałował. Spróbuj być może nieco zrównoważyć swoje aktywności harcerskie, gdy „dajesz” z tymi gdy „bierzesz”. Okazji jest mnóstwo, tylko trzeba się rozejrzeć.
Ściskam dłoń nieznanemu przyjacielowi na harcerskiej ścieżce.
Witajcie, Adam prosił mnie o napisanie komentarza ale co tu komentować?
Palo wypisuje swoje przemyślenia na takim poziomie ogólności, ze w miejsce harcerstwa można wstawić każdą inna metodę wychowawcza. Teza super chwytliwa ale dalej już szablon pasujący do krytyki każdego przedsięwzięcia. Mi jest trochę szkoda z tym polemizować bo takie głosy pojawiały się zawsze. Dokładając do tego nierozległy aparat badawczy tzn. własne doświadczenie, wychodzi obraz stereotypowy i podniesiony w uogólnieniu do poziomu absurdu. Taka dyskusja nie ma sensu! Posługiwanie się przykładem budowy pryczy i wypełniania pitu jest najlepszym unaocznieniem błędu w analizie Autora. Dla zobrazowania taka zabawa logiczna: skoro ja nie znam nikogo kto potrafi budować prycze a nie potrafi wypełnić pit_u (to naprawdę super proste zadanie niepotrzebnie demonizowane !!, a spółkę zakłada się w 3 dni przez internet sic! w przeciwieństwie do budowy łóżka) to znaczy, że harcerskie wychowanie nie upośledza? Tyle polemiki bo każdy ma prawo do swoich stereotypów.
Co do uwag generalnych, z racji mojego doświadczenia zawodowego, osobistego, rodzinnego i społecznego powiem tylko, że mam zupełnie odmienne przekonania od Autora. Ilość wybitnych pracowników, naukowców i menadżerów wywodzących się z ZHR potwierdza moje przekonanie o tym, że świetnie przygotowujemy ludzi do życia we współczesnym świecie. To ile spotykam szczęśliwych małżeństw i rodzin harcerskich znacząco odbiega od szarej codzienności przeciętnej społeczności Polski 2014 roku. Jest to moje prywatne doświadczenie i może macie inne. Warto o tym podyskutować ale nie w formie polemicznych postów a dobrze przygotowanej konferencji gdzie doświadczenie indywidualne można uczciwie przełożyć na generalne wnioski. Na koniec: zatrudniłem osobiście ponad 10 harcerzy i każdy z nich był lepszy niż przeciętny pracownik! Doświadczenie wyniesione z pracy drużynowych to najlepsza szkoła życia i służby jaką znam. Kreatywność i odpowiedzialność wraz z otwarciem na drugiego człowieka powodują, że dobry drużynowy odnajdzie się i sprawdzi w każdej rzeczywistości. Nie znam drugiego środowiska z którego mógłbym rekrutować tak dobrych pracowników!
I ostatnia uwaga: ZHR jest ruchem wolnościowym (liberalnym) i nie decydują zmiany systemowe ale działanie poszczególnych osób, które z własnej woli chcą zmieniać świat. W tym względzie Piotrek Wiśnioch napisał wszystko! Nic tylko działać a nie samoupośledzać się!
W gorączce dedykuje Adamowi Kraliszowi.:) Radek Podogrocki
Na wstępie mała uwaga. Jest naprawdę duża liczba osób, która nie lubi tej formy komunikacji, która jest bezosobowa, anonimowa i niebudująca. Ja również lubię otwierać przyłbicę. Ale skoro jest Palto Salto to niech pojawi się i Miłosz.
Poziom absurdu jaki pojawił się w tej dyskusji jest tak duży, że gdyby przeliczać go w kilometrach moglibyśmy wyskoczyć na wyprawę na Antarktydę i z powrotem. Zgadzam się z Igą co do grup odniesienia, środowisk, w których przebywamy. Od argumentów przedstawionych w artykule i w niektórych wypowiedziach już bardzo niedaleko do stwierdzenia, żeby nie spędzać dużo czasu z rodziną lub znajomymi skoro tyle wartościowych ludzi jest na świecie (trzeba ich poznać, wyjść do nich, itp.). No tak to już jest, że mamy jedno życie, te daj Boże kilkadziesiąt lat i pojawiamy się na ziemi w danym miejscu i czasie. Wybieramy też wartościowe i atrakcyjne dla nas środowiska i grupy odniesienia. W związku z tym, że się z nimi utożsamiamy są dla nas ważne, są częścią naszego życia. W związku z tym przebywamy z ludźmi z naszego kręgu. Bo łączą nas wspólne zainteresowania, zapatrywania, a przede wszystkim wartości. To samo dzieje się w kręgach hodowców gołębi, fanach muzyki Depeche Mode czy członkach i sympatykach zespołu Mazowsze. Zakładam – ale można by przeprowadzić trochę badań w tej sprawie, że również w tych wszystkich grupach dochodzi do zawiązywania się bliskich relacji, m.in takich kończących się małżeństwem. Nasi rodzice również gdzieś się spotkali, jakoś nawiązali bliskie relacje. Tak było, jest i mam nadzieję, że będzie.
Dość podobnie jest z pracą. Pracujesz by firma, instytucja, w której jesteś zatrudniony (jesteś właścicielem) realizowała swoje cele, zarabiała pieniądze lub wykonywała odpowiednie zadania. Siłą rzeczy szukasz sprawdzonych współpracowników, na których możesz polegać. Często tymi osobami są harcerze lub inne osoby, które się zna i ceni. Nie ma to nic wspólnego z nepotyzmem!
Sprawę tych niepraktycznych rzeczy, które uczy harcerstwo pięknie rozpracował Piotr – położył Pana Walto Palto na łopatki.
A co do tego kiszenia się we własnym sosie. Pojawiły się dwie zaprzeczające sobie tezy, które przytoczę:
1. ” Jesteśmy tak bardzo przywiązani do naszych funkcji w drużynach, czy hufcach lub tak bardzo lubimy się nawzajem, że nie potrafimy wyjść z tego naszego małego kieratu, do którego weszliśmy sami wiele lat temu.”
z
2. „Ten artykuł jest silnie powiązany z aktualną sytuacją organizacji, a mianowicie bardzo dużemu % wykruszeń wśród instruktorów w wieku +/- 20 lat, którzy zaczynają wchodzić w życie zawodowe, często zaczynają działać mocno poza harcersko.”
Moim zdaniem jesteśmy bardzo dynamiczną organizacją. W przypadku przejścia do rezerwy na okres 3 lat i powrotu do czynnej służby wracamy do zupełnie innej organizacji, w której nastąpiła duża wymiana osób, zmiany we władzach, nowe jednostki, miejsca działania, itp. Nikt się nie kisi, również na skutek wspomnianych wykruszeń.
Na końcu mały lingwistyczny potworek: proszę o odpowiedź co to jest:
„idea ZHR, która w obecnym kształcie jest archaicznym tworem niedostosowanym do wymagań współczesnego świata”?
Pani Mario, panie Szymonem, panie Alku i panie Palto.
Myślę, że w sytuacji, którą opisujące macie do wyboru jedną z poniższych czynności, które ośmielę się zaproponować.
1- dołączyć do grona anonimowych zblazowanych, o których piszecie i męczyć się w tej matni harcerstwa, która zniszczyła Wam życie.
2- wyrwać się z tej matni i nie dać sobie łamać życia. Rzucić się w wir pasji.
3- zacząć działać, by zamienić tę dziurę wysysającą soki z ludzi w zgromadzenie jednostek, które chcą tu być, bo tu mogą się realizować a jednocześnie robić coś dla świata. Już jest Was czwórka. Spotkajcie się, przyjedzcie na złaz organizacji na konferencję Harcerek i siejcie ziarna zmiany. Bez jednostek, które chciały zmienić rzeczywistość wokół siebie nie powstałaby wolna Polska.
Ja chętnie zaangażuję się w takie działanie l, a co więcej znam wielu instruktorów, którzy od narzekania przeszli do czynów.
Drodzy, wybór należy do Was :)
Palo Alto, to jest naturalne, ze ludzie łączą się w grupy, a poznają się w działaniu. To pozwala zweryfikować ich prawdziwe ja, umożliwia sprawdzenie, jak ci ludzie zachowują się w różnych sytuacjach napotkanych na drodze tego działania. Dlatego lepiej czujemy się z ludźmi, z którymi co przeżyliśmy, osiągaliśmy jakiś wspólny cel. I to nie dotyczy tylko harcerstwa. Kiedyś udzielałam się intensywnie w swojej parafii, więc grono moich znajomych stanowią ludzie z harcerstwa i ludzie z parafii. Jak bym należała do jeszcze innej grupy, w której miałabym okazję do wspólnych działań, to pewnie miałabym znajomych też stamtąd. To normalne no…
Dla mnie argumenty w tekście i niektórych komentarzach są tak absurdalne, że nawet nie wiem jak z nimi dyskutować. Przez artykuł przemawia jakieś niespełnione wizjonerstwo bez konkretów. I łatwo w nie wejść, bo poruszone są kwestie prawdziwe, tylko, jak napisałam wczesniej, opisane z tej negatywnej perspektywy. Ale prawdziwe. Więc człowiek czyta i myśli: „ano racja, no fakt” i daje się w to wciągnąć. Co więcej, snuje w swojej głowie kontynuację myśli autora. Można i tak. Tak się da opisać KAŻDE zjawisko, każdą organizację, każde działanie.
Drodzy komentujący, drogi autorze – powiedzcie zatem, gdzie jest pole do tych zmian, o których mówicie. Powiedzcie co można zmienić i w jaki konkretny sposób to zmienić. Bo do tej pory to jest takie pitu pitu, zmieńmy coś. Artykuł zrobił szum, z którego nic nie wynika, z wyjątkiem paru, [moim zdaniem pustych] refleksji w głowach czytających, popartych dodatkowo stwierdzeniem autora „nic nie zrobię, bo to nie ma sensu”. To po co to wszystko w takim razie?
Dużo już zostało powiedziane, ale postaram się jeszcze od siebie coś dodać.
Przede wszystkim dziękuję za dyskusję – może ostatnio nie jestem za bardzo aktywny w harcerskich gronach, ale mam wrażenie, że takich dyskusji brakuje.
Proponuję oddzielić ziarno od plew – i nie nie chodzi mi o to, żeby wygnać tych co robią złe zbiórki :) Na poziomie organizacji proponuję zastanowić się nad tym co robimy dobrze, co jest rzeczywiście naszą wartością, której nie warto zmieniać a co robimy trochę z rozpędu a wychodzi nam średnio. Albo nawet wychodzi nam dobrze ale nie jest nikomu potrzebne. Dla mnie granica między tym co nienaruszalne a tym co można i trzeba zmieniać jest gdzieś pomiędzy słowami organizacja-metodyka a program-formy pracy.
Taki podział powinniśmy też zastosować na poziomie indywidualnym – i wybierać w organizacji to co nam się przyda, to co nas rozwija. Oczywiście to brzmi utopijnie bo zawsze będzie coś co „trzeba zrobić” zawsze znajdzie jakaś jednostka która zawoła „ojczyzna wzywa” i znów utoniemy w czymś co nas nie bardzo rozwija, ale będziemy zadowoleni, że „podjęliśmy wyzwanie”. Jestem idealistą i wierzę, że da się tak zmienić organizację, żeby każdy mógł się tu rozwijać. I żeby to nie ograniczało jego działalności w innych sferach bo to co najciekawsze tworzy się zawsze na granicach – stąd doświadczenie w innych miejscach jest niezbędne.
I na koniec, żeby nie było tak smutno – uważam, że nasza organizacja ma wielki potencjał. Żaden z NGO nie wkłada tak wielkiego nakładu pracy w swoje działania, nie ma tak zorganizowanej struktury, tak przemyślanego systemu motywacyjnego (jeśli by system stopni i sprawności rzeczywiśćie dobrze działał…). Harcerstwo może robić wielkie rzeczy dla świata i dla swoich członków. Ale niestety – coś w nim trzeba zmienić.
Do tego co napisał Alek (co bardzo mi się podoba i pod czym się podpisuję) dopiszę od siebie jedno przemyślenie. Odnoszę wrażenie, że w środowisku harcerskim bardzo często dostrzegane są wyłącznie osiagnięcia harcerskie. Docenia się sukcesy z drużyną, dobrze zorganizowane gry, zloty, biwaki, kolonie, obozy i tak dalej. Nie myślę, że to źle. Jeżeli ktoś wykonał „robotę” dobrze, to warto to dostrzec i docenić (choć na marginesie dodam, że system pochwał i tzw. poklepywania po plecach nie jest tak dobry, jak się wydaje. Ale o tym, to trzeba napisać osobny artykuł).
Zauważam, że bardzo często patrzy się na instruktora przez pryzmat harcerstwa. Może ktoś się wypierać i nawet oburzyć. Jednak dzieje się tak, że nieświadomie ocenia się drugą osobę, kreuuje się w swojej głowie zdanie na jej temat, posiłkując się jedynie jej harcerskimi czynami i działaniami.
„Nie rozliczył jeszcze biwaku? Chyba jest jakiś niepoważny i niezorganizowany”. „To ognisko było strasznie kiepskie – nie ma zbyt wielu pomysłów”, „Ale ma małą drużynę, chyba nie ma charyzmy i nie nadaje się”. Dooobra, OK, podaję baardzo jaskrawe przykłady. Jednak mloim zdaniem, harcerstwo jest nieświadomym wyznaczikiem oceny drugiej osoby. Oczywiście nie jedynym, ale w moim odczuciu całkowicie błędym. Poza tym… instruktorzy bardzo często skupiają się wyłącznie na rozwoju harcerskim swoich podopiecznych. Dlaczego drużynowy tak rzadko rozpoczyna rozmowę ze swoim zastępowym od słów „jak w szkole?”, „co z twoją matmą?”. Dlaczego tak często pytamy o harcerskie plany (harcerską ścieżkę rozwoju, jak często słyszę), a obce jest nam pytanie odnośnie planów życiowych, zawodowych i tak dalej?
Mowa była o tym, że harcetswo daje kompetencje miękkie. Nie zgadzam się z tym. W pełni świadomie muszę stwierdzić, opierając się przy tym na własnym doświadczeniu, że harcerstwo POZBAWIA NAS kompetencji miękkich. Złudnie uważamy, że prowadząc rozmowy wychowawcze, czy „coachując” naszych instruktorów nabieramy umiejętności komunikacyjnych niezbędnych w życiuu zawodowym. Instruktorom wmawia się, jak są dobrzy i jak dobrymi są organizatorami, bo np. prowadzą świetna jednostkę i twrozą wielkie eventy. Bzdura. W rzeczywistości nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. Przychodzi moment liminalny, w którym jesteśmy daleko za naszymi rówieśnikami. I właśnie dlatego potrzeba nam instruktorów, którzy nie pozwolą nam tej chwili przegapić, a dodatkowo pomogą nam odpowiednio przygotować się do wejścia w dorosłość. Instruktorów, którzy nie będą ślepo wmawiać, że masz świetne umiejętności, bo przecież prowadzisz tak liczną drużynę. Ale takich, którzy np. wskażą, jak przełożyć posiadane zdolności i harcerskie umiejętności na swój całkowity rozwój, nie tylko zawodowy.
Dziwi mnie również głos, że znając autora łatwiej odnieść się do artykułu i przyjąć stanowisko. Dziwi, bo zazwyczaj czytając (zwłaszcza zagraniczne) artykuły (czy to w prasie, czy w internecie) często nie znamy ich autora. Czy to oznacza, że nie możemy się w pełni do nich odnieść? Gdy idę na otwartą konferencję i słucham wypowiedzi konkretnych osób, których tak naprawdę osobiście nie znam, mam być biernym słuchaczem i widzem? Nie rozumiem tej zależności.
Na początku zaznaczę, że wg. mnie dużą wartością jest anonimowość autora. Dzięki temu możemy przeanalizować tekst i krytycznie odnieść się do argumentów bez zabarwienia emocjonalnego np. że jego to nie lubię, albo „pisze tak, bo przeżył taką sytuację”
A co do artykułu i argumentów to muszę się zgodzić i z autorem i z Szymonem. W pewnym momencie harcerskiego życia zanika układ w którym Ty przynosisz korzyści harcerstwu i harcerstwo przynosi je również Tobie. Niestety zanika na rzecz układu w którym tylko Ty wkładasz wysiłki, ale w zamian nic już nie dostaniesz. Ktoś powie służba… ale czy na pewno? Czy na pewno tym przynoszę korzyści Polsce? Czy ważniejsze jest wychowywanie 12latków niż zostanie dobrym lekarzem, biznesmanem, inżynierem? A przykład własny? Jeśli nie będziemy odnosić indywidualnych sukcesów w życiu, to czy nasi harcerze będą?
I może ktoś powiedzieć, że jedno drugiemu nie przeszkadza. Prawda jest jednak taka, że trzeba się naprawdę zaangażować w rozwój zawodowy już na studiach. I nie chodzi tylko o piątki w indeksie. Chodzi o zdobycie doświadczenia w stażach, kołach naukowych, pracach badawczych. To z kolei wymaga czasu, zaangażowania i pasji. Wybór iść na dyżur do szpitala czy zrobić kolejną zbiórkę powinien być prosty i oczywisty. A nie jest.
Wydaje mi się, że problem leży w tym, że młodym instruktorom nikt tego nie mówi. Nikt ich nie hamuje przed amputacją nogi swojej przyszłej kariery. Czy mamy stworzyć armię kalekich pracowników czy elitę społeczeństwa?
Brakuje u nas osób, które by ratowały tych ludzi przed takiem krokiem. Wydaje się, że właściwą osobą był by hufcowy jednak rzadko to robią, może dlatego, że nie znają swoich drużynowych a może własnie dlatego nikt hufcowym nie zwrócił na to uwagi i w tym kierunku nie przeszkolił? Na kursie phm uczymy się jak współpracować z dorosłymi ludźmi i kierować ich pracą, a zapominamy to tym, że młodsi instruktorzy/drużynowi też potrzebują jakiegoś „prowadzenia”. Może powinna być opracowana jakaś metoda? Może tu mogło by się znaleźć rozwiązanie systemowe?
Rozpisałem się, ale nie chciałem czczo gadać, że źle jest, tylko spróbować znaleźć sedno.
@Iga, to co Ty nazywasz zgraniem i wspólną wizją ja określę jako strach. Chyba w żadnym innym środowisku jak u dziewczyn nie dostrzegam tego tak jaskrawo jak u harcerek. Harcerstwo tak bardzo nas sformatowało, że budzi się w nas lęk przed wyjściem poza. Jesteśmy wyizolowani od życia i nie tworzymy już nic na zewnątrz – służba nie istnieje. Została tylko nasza duma, że jesteśmy lepsi od reszty. To jest największe kłamstwo jakie nam dało harcerstwo. Nie jesteśmy lepsi od innych i nigdy nie będziemy. Ludzie nie będący w harcerstwie nie mają takich uprzedzeń jakich my się nabawiliśmy w ZHRze. Nie boją się związać z inną osobą (nieharcerką), są bardziej otwarci w relacjach interpersonalnych, nie uprawiają kumoterstwa, nie boją się odpowiedzialności i życia na własną rękę (często z dala od przyjaciół i rodziny).
W taki sposób harcerstwo upośledziło Ciebie i mnie.
@Piotr Wiśnioch, to co napisałeś jest dla mnie kwintesencją konsekwencji zmian w harcerstwie. Mówi się ludziom „Masz pomysł? To go realizuj. Działaj”. W taki sposób prześlizgamy się kolejne dwadzieścia parę lat i nie zmieni się nic. Brakuje nam systemowych rozwiązań a nie jednostkowych pomysłów i ich wdrażania. Nic po tym dla ZHR-u, że Palo Alto, Iksiński czy Kowalski zaczną organizować pracę drużyny czy swojej jednostki w inny niż ogólnie przyjęty sposób. A to dlatego, że przyjdzie taki czas, że od ludzi zacznie wymagać się, żeby wychodzili z inicjatywą poza zastępy, drużyny etc. i pełnili funkcje na poziomie okręgu czy chorągwi. Tam jednak spotkają się z tym samym zdewaluowanym systemem, który jest już tam mocno nieaktualny, że odechciewa się działania.
I to jest to o czym pisze Szymon. Nie jesteśmy już odpowiedzią na potrzeby młodych ludzi, tylko pudrujemy swoje zbiorowe ego. Nie mamy nic do zaoferowania młodzieży i nie potrafimy ich zaangażować w pełną pracę. Widać to jak na dłoni chociażby na tym portalu – prowadzą go i redagują emeryci harcerscy. Grel, Czajnik czy Piotr to goście, których pamiętam sprzed ponad 14 lat. Oni powinni już dawno przekazać pałeczkę dowodzenia kolejnym pokoleniom, tymczasem nie ma komu się tym zająć. Ludzie są znudzeni i zblazowani do tego stopnia, że nawet w dość kontrowersyjnym artykule dyskutuję zaledwie z 3 osobami. A ilu harcerzy jest w łódzkim okręgu?
Jeśli uważasz, że ten stan naprawi się sam, z oddolnych inicjatyw, to u mnie tutaj pojawia się poważne zaniepokojenie. ZHR bez poważnej autoanalizy jest na równi pochyłej i stanie się wkrótce organizacją, która będzie sprawiała radość tylko ZHRowym emerytom.
PIOTR WIŚNIOCH – PJONA! Zgadzam się z tym co piszesz w zupełności, a tekst moim zdaniem jest srogą nadinterpretacją. Kurcze no – można nazwać coś kotłem, w którym się gotujemy, a można to samo nazwać zgraniem, zrozumieniem, wspólną wizją, zaufaniem. Ale tutaj wszystko nazywa się kotłem. Można tak, a można inaczej…
Zgadzam się z tym artykułem w 100%
Z mojej perspektywy dopóki byłem młodym drużynowym ta organizacja dawała mi realny rozwój. Jednak gdy człowiek zaczął rozwijać swoje pasje, poznawać inne organizacje perspektywa zaczęła się zmieniać. Aktualnie poza organizacją robię wszystko co jest pasją, co mnie rozwija. W organizacji robię to należy do moich obowiązków (lepiej lub gorzej) i przestało być to czymś co dodaje skrzydeł, a zaczyna być kulą u nogi.
Ten artykuł jest silnie powiązany z aktualną sytuacją organizacji, a mianowicie bardzo dużemu % wykruszeń wśród instruktorów w wieku +/- 20 lat, którzy zaczynają wchodzić w życie zawodowe, często zaczynają działać mocno poza harcersko. Czemu się tak dzieje? Może odpowiedzią jest powyższy artykuł? Przypadek? Nie sądzę.
A jednak odpiszę,
Klisza, hmmm. Był taki okres, kiedy miałem na oczach takie klapeczki harcerskie jak konik przy wozie. To było dawno, później zacząłem samodzielnie myśleć, analizować, doświadczać, rozmawiać, konfrontować, a na samym końcu działać w kierunku wprowadzenia zmian w obszarach, które uważam u nas za kulawe.
Kliszy nie mam, dokonałem krytycznej analizy, widzę błędy, widzę problemy, widzę pewne niedostosowanie, ale staram się w każdym takim działaniu wchodzić głębiej, by popatrzeć czy rzeczywiście coś jest bez sensu.
Jeśli myślisz i czujesz, że możesz nauczyć harcerzy umiejętności twardych – zrób to. Działaj, zmieniaj.
Nie wiem kim jesteś, ale patrząc na Twój tekst mogę stwierdzić, że być może masz wpływ na to, jak będą myśleć i jak będą działać młodzi harcerze.
działaj.
Ten artykuł to nie jest dewaluacja wartości edukacyjnej działania harcerzy, ale krytyka metod, dzięki którymi te wartości osiągamy. Nie uważam, żeby archaiczne w swej postaci obozowe obowiązki powinny stanowić główny filar. Bo uważam, że możemy dać młodym ludziom też te twarde umiejętności poza miękkimi, o których sam wspomniałeś.
Jednocześnie stwierdzam, że przy obecnym kształcie nie przygotowujemy młodych ludzi do realnych wyzwań, nie dajemy im instrumentów działania, których nie da im rodzina czy szkoła.
Brak odwagi to nie jest sedno tego artykułu, bo jest mi to obojętne co pomyśli drużynowy, hufcowy czy komendant okręgu. Ważne jest tutaj to, że każda ta osoba, łącznie z Tobą przestanie patrzeć na problem bez pewnej kliszy.
Nie jest nam potrzebne odwoływanie się do wspólnych doświadczeń, bo swój początkowy okres spędziłeś w środowisku warszawskim i nie dzielimy tych samych wspomnień. Jednak jestem pewny, że różnica środowisk nie zmienia postaci rzeczy, bo to o czym pisałem jest przypadłością uniwersalną dla ZHR. Nie ma znaczenia czy to Warszawa, Kraków, Łódź czy inne miasto.
Ja się tak tylko wtrącę. Kwestia raczej PITy czy raczej latryny wydaje mi się drugorzędna, bo może ten argument nie jest w artykule, moim zdaniem, trafiony, co nadal nie odbiera całości celnych wniosków.
Oj,
Przykro mi, że spotkałeś się z ostracyzmem. Nie wiem, w jakim środowisku się obracasz, ale ludzie, z którymi ja pracuje to harcerze inteligentni i mądrzy, otwarci na dyskusję, wymianę poglądów i skłonni do refleksji i zmian ZHR. Sam fakt, że miałeś okazję opublikować ten tekst w Wywiadowcy oznacza, że w łódzkim ZHR są osoby, którym nieobca jest inteligentna rozmowa.
A rozmawiałeś kiedyś o tej sprawie na żywo z osobami, z którymi pracowałeś w ZHR? Dla mnie to zawsze jest pierwsza linia dyskusji, a nie anonimowe teksty w internecie.
Co do zaradności – może wyrażę się jaśniej. Harcerstwo nie jest po to, by nauczyć Cię budowy latryny, ale po to, by poprzez budowę latryny nauczyć Cię:
– umiejętności planowania (wszak musisz znaleźć odpowiednie miejsce, zebrać sprzęt, itp).
– umiejętności pracy zespołowej, mądrego podziału pracy i wyznaczania zadań
– reakcji na sytuacje niezaplanowane (osunięcie się dołu, złe wymierzenie żerdek)
– wytrwałości w dążeniu do celu
Zapewniam Cię, że większość rówieśników w tym momencie życia niczego samodzielnie nie zaplanowała i nie zbudowała. To tylko ułamek tego, w jaki sposób harcerstwo rozwija cechy uczestników.
Prowadzę firmę, pracuję z osobami z harcerstwa i spoza harcerstwa. Widzę różnice w podejściu, w kreatywności, w sposobie rozwiązywania problemów – w ogromnej większości przypadków na korzyść ludzi związanych z harcerstwem.
Widzę też coś, czego ZHR nie uczy, o czym nie piszesz w artykule. Nie uczy brania pełnej odpowiedzialności za swoje działania. W ZHR jesteśmy na funkcjach wolontarystycznie, więc nie ponosimy konsekwencji, bo jesteśmy potrzebni, bo zawsze ktoś się znajdzie, kto za nas wykona dane działanie. W biznesie tak to nie działa – i to harcerzom moim zdaniem trudno zrozumieć.
Gdybym wiedział kim jesteś, wiedział bym czy możemy odnosić się do wspólnych doświadczeń – np. do odbytej ścieżki kursowej, bo mój opis tego, czego uczy praca przy budowie latryny to podstawa podstaw kursu metodycznego.
Nadal uważam, że brakuje Ci odwagi, w związku z tym, dopóki nie dowiem się kim jesteś, nie będę podejmował dalszej dyskusji.
Panie Piotr Wiśnioch,
Cieszę się, że jakkolwiek odpowiedziałeś, bo już zaczynam wątpić w ikrę moich obozowych kolegów i koleżanek. Ale o tym innym razem.
Odpowiadając jednak na Twoje wątpliwości…
Gotujemy się w harcerskim kotle od lat już chyba obaj zdążyliśmy się zorientować, że optyka odbiegająca od głównego nurtu spotyka się z ostracyzmem.
Czytaj tekst w oderwaniu od mojego imienia i nazwiska, ono nie ma tutaj nic do rzeczy. Podyskutujmy o realnych problemach, a nie o tym kto o nich wspominał, bo to dopiero spycha temat na niziny interpretacji i otwiera szeroko drzwi do prywatnych wycieczek. Nie o to tutaj chodzi.
Chcesz powiedzieć, że budowa latryny jest ważniejsza / bardziej przydatna od codziennej zaradności w urzędzie?
Panie Palo Alto,
Mam dwa zaniepokojenia związane z tym tekstem.
1 – lubię odważne zdania, nieszablonowe spojrzenia, ogląd z dystansu, ciekawe refleksje. Zwykłem też o nich rozmawiać z ich autorami, którzy mają prawdziwe imię i prawdziwe nazwisko. Wówczas mogę spróbować dociec, dlaczego tak myślą, skonfrontować swoje zdanie. Niestety z Palo Alto nie mogę tego zrobić – nie wiem kim jesteś. Powiem więcej – mam po lekturze Twojego tekstu smutną myśl, że dokonałeś wysiłku spojrzenia z dużego dystansu na ZHR, podjąłeś trud napisania tego tekstu i doprowadzenia do jego publikacji. Jednak ZABRAKŁO Ci ODWAGI do tego, by się pod nim podpisać. I w tej sytuacji dla mnie waga tego artykułu spada poniżej zera.
2 – Drugie zaniepokojenie to wywołana przez Twój tekst troska o to, co jest ważne w życiu. Czy technika wypełniania pitu i zakładania firmy jest ważniejsza od zaradności? nauki samodzielnego myślenia? kreatywności?
Mr Palo Alto, I couldn’t agree more. Bitter truth!