Patrząc i porównując pewne zachowania ludzkie mam wrażenie, że to, co jest sprzedawane jako dojrzałość i dorosłość, jest jakimś marnym substytutem naszego rozwoju. Zamiast masła dostajemy margarynę, bo łatwo się smaruje, bo nie jest twarde po wyjęciu z lodówki itd. Ma wszelkie zalety. Tylko nie jest masłem. Podobnie dzieje się z harcerstwem.
Na jednej z moich pierwszych zbiórek harcerskich w życiu, przeczytałem wywiad z Naczelnikiem Harcerzy ZHR. Jako jedenastolatek pomyślałem sobie, że to ktoś ważny. Byłem miesiąc w drużynie, więc wyczuwałem to intuicyjnie. Druh Naczelnik mówił głównie o funkcji drużynowego – że jeśli miałby możliwość cofnąć się w czasie, to chciałbym być znowu drużynowym. Ponadto dodał, że na każdym szczeblu swojej pracy harcerskiej starał się, żeby było jak w drużynie. Wtedy, jedyny wniosek, jaki wyciągnąłem to to, że chyba fajnie być drużynowym.
Twórca skautingu, zapytany o to jaką funkcję chciałby pełnić, odpowiedział, że chciałby być zastępowym. Przez pewien czas zastanawiałem się dlaczego obaj udzielili takiej odpowiedzi. Dlaczego najlepiej wspominają bycie w pierwszej linii. Na kursie drużynowych mówi się o tym, że bez systemu zastępowego nie ma harcerstwa. Niestety mam wrażenie, że często ulegamy pokusie żeby powyżej drużyny skończyć z harcerstwem – przecież nas, doświadczonych instruktorów, system zastępowy nie obowiązuje! Czas na demokrację, układy i układziki, czysty etatyzm i kolesiostwo. Cóż za ironia.
Najpiękniejsze chwile w harcerstwie przeżyłem w zastępie i z drużyną. Dlaczego? Bo przeżyłem je w duchu braterstwa. I choć nie lubiłem się ze wszystkimi w zastępie, drużynie, to mieliśmy wspólny cel: chcieliśmy osiągnąć jakiś szczyt. Jestem dość prostym człowiekiem i lubię proste rozwiązania, więc narzędzia, których używałem jako zastępowy, używam jako drużynowy. Oczywiście rozwijając je, ale zdecydowanie chodzi o to samo. Czasem podnoszę głowę i ciężko jest mi powiedzieć, kto jest w czyim zastępie. A nawet jak jestem z innego zastępu, to tworzymy jedną drużynę, a w drużynie braterstwo jest podstawą jej istnienia.
Niestety wydaje mi się, że im wyżej tym więcej kolesiostwa, które wypiera braterstwo. Co z tego, że ten człowiek daje ciała? Jest za to „swój”, więc trzeba utrzymywać obecny stan rzeczy i ma być „fajnie”. Zapominamy o istocie harcerstwa, zapominamy o narzędziach, które działają od lat. Fakt, jest grupa instruktorów, która nie prowadziła dobrego zastępu, dobrej drużyny lub stwierdziła, że to, co robiła wcześniej, to dziecinada. Teraz są dorośli i mają prawo do fochów, wyrywania stołków i/lub umiejętnego pozorowania pracy. Służba skończyła się po przekazaniu granatowego sznura, który w pewnym wieku nie jest już modny. Mam wrażenie (zastrzegam sobie prawo do bycia w błędzie), że ostatnią szansą na przeżycie harcerstwa jest hufiec, ale i to nie zawsze. Im dalej w naszym rozwoju, tym bardziej stajemy się urzędnikami, a nasze mundury pełnią funkcję strojów galowych. Przecież mundur zastępowego i drużynowego bardzo często ma zapach dymu ogniska (nie dlatego, że ktoś jest fleją, tylko z racji prowadzenia/bycia na zbiórkach). Dlaczego jest nam dobrze w drużynie, zastępie? Bo co tydzień, może miesiąc, przeżywamy jakąś przygodę, szczególnie podczas biwaków i obozów, bo obcujemy ze sobą przez całą dobę. Jak jest zaś w urzędzie? Ktoś przyjdzie, zostawi papier, coś podpisze i pójdzie.
Nie jestem narwańcem, który każdego przypisze do jakiegoś zastępu i każe mieć co tydzień zbiórki. Chcę tylko podkreślić, że harcerstwo na każdym szczeblu ma być przygodą. Przecież ma być jak w drużynie, zastępie! Może dwie osoby, których wypowiedzi przytoczyłem, wiedziały co jest „na górze” i dlatego wskazywali drużynę i zastęp jako miejsce, gdzie chcieliby być. Ale myśląc logicznie: skoro ciągle się rozwijamy, skoro jesteśmy coraz starsi, to mamy więcej możliwości. Kiedyś ktoś inny pchał nas w wir przygody – dlaczego sami nie możemy tego robić dla siebie?
Cieszę się, że w zeszłym roku odbyły się dwa wyjazdy instruktorskie w góry (chociaż gdzie nie jest najważniejsze, tylko z kim i jak). Z biegiem lat, kiedy będziemy się „urzędniczyć”, nie zapominajmy jak to jest płynąć kajakiem, spać w szałasie i nie zaczniemy oferować naszym podopiecznym przygód, podczas których nie będzie się można ubrudzić, zmęczyć. Nie dawajmy im margaryny mówiąc, że to jest masło. Bo co zrobimy, gdy sami znajdą swój substytut?
pwd. Filip Zdziennicki
8 komentarzy
Teraz troszkę rozumiem, co do mnie „mówisz”. Będę pisał z mojej perspektywy, ale nie żeby pokazać, że „urzędnik” może zaznać „przygody”, a po to by pokazać pewien mechanizm w tej materii, który od lat „doświadczam”. W artykule padło określenie „kolesie”. Niewątpliwie ma ono wydźwięk negatywny. Ja odwołam się do „kumpli”. Jako, że często spotykam się z jednym z hufcowych z sentymentem wspominamy nasze ZZtowe wypady. Kiedy, stopień „sentymentów” osiąga HQ, wtedy robimy „ustawkę”. Ale do tego potrzeba inspiracji, gdzieś ktoś musi zadzwonić, zapytać, czy nie masz ochoty wyskoczyć na weekend i po prostu się jedzie. Myślę, też że „dobry urzędnik” zaznaje przygody i jej szuka. Chętnie też możemy ustawić się grupą „aktywnych Wywiadowców” na jakiś spontaniczny wypad pieszy, rowerowy … Nawet z „wąskim” gronem dyskutujących tutaj. Chętnie poskakałbym na żwirowni pod Ldzaniem- dawno tam nie byłem ;)
Michale:) pozwole sobie zacytowac kreta:
„Co więcej tego mi brakuje w Harcerstwie więc na własna rękę wbijam gdzieś do lasu na nockę, żeby pogrzeć się przy ognisku i zmarznąć w śpiworku.”
chodzi o przygode i przede wszystkim styl. nie chodzi o ciagle „prowadzenie druzyny”, ale o podejmowanie nowych wyzwan. jesli masz rodzine zabierz ja na splyw kajakowy (przyklad).
I tak i nie. Nie jest łatwo znaleźć złoty środek. Na pewnym „poziomie” drużyna jest nawet fajną odskocznią po „zurzędniczałym” trybie „harcowania”. Staram się spojrzeć świeżo na problem mojego „urzędowania” na poziomie „układów” i „kolesiostwa” oraz wspomnianego braku „braterstwa”. I tak sobie myślę, że każdy „urzędnik” trafia na inne czasy. Łatwiej jest nam mówić o „wychowaniu”, kiedy w twoich dłoniach jest modelina, którą zanim wrzucisz do gorącej wody możesz jeszcze uformować, ukształtować itp. I tak jest kiedy jesteś drużynowym. Masz w dłoniach miękką modelinę, kiedy stajesz się „urzędnikiem”, po pierwsze sam już jesteś „twardy” i „ukształtowany”, a w dłoniach nie masz nic! Masz „rówieśników” podobnych do siebie, którzy cię wybrali. Również „twardych” i „ukształtowanych”. W takim układzie może ci już się tylko „coś wydawać”. Wspomnę też, że każdy ma prawo popełniać błędy. Nawet drużynowy, szczególnie kiedy jest na początku swej drogi. Dodam jeszcze, że droga drużynowego jest najbardziej rozpoznana i najprostsza, metoda jest dokładnie opisana. „Urzędnik” nie ma już swojej metodyki, jest odtwórcą, trochę twórcą, trochę zarządcą, trochę leaderem, może wychowawcą, poszukiwaczem, może kierowcą kombajnu jeżdżącym przez pola kukurydzy? Tak naprawdę po pewnym czasie nie wie kim jest. Sięgając do Pisma Świętego zacytuję „Mądrość Syracha: Upomnij przyjaciela, aby tak nie czynił, a jeśliby uczynił, by już nie powtórzył czynu.” Jeśli jakiś „urzędnik” źle postępuje to go upomnij. Jesteśmy ludźmi, równymi, to że mamy inne funkcje, stopnie nie znaczy, że nie powinniśmy się na wzajem słuchać, szanować, napominać. Czasem margaryna też jest dobra i potrzebna, szczególnie jeśli ma się podniesiony cholesterol. Mogę „powiedzieć”, że jeszcze kiedyś zostanę drużynowym ;) chciałbym i zazdroszczę tym, którzy nimi są.
a Ja powiem tak, Im wyżej jesteś tym mniej rzeczy możesz robić dla twojego „zastępu”, bo musisz pamiętać że o ile w zastępach jedynym obowiązkiem (lekko to uproszczę) jest przychodzenie na zbiórki, to w zastępie drużynowych , ten drużynowy musi pilnować zastępowych uczyć ich, organizować zbiórki zz-tu i ogólnie opiekować się drużyną i działanie hufca musi być ograniczone, bo doba ma tylko24 godziny a rok 365 dni. a jeżeli jesteś wyżej to zazwyczaj masz już rodziną, planujesz ją, zakładasz, i nie wiem Filipie czy wiesz z czym to się wiąże (to taka podpucha, bo jestem pewien że wiesz). I czasu dla siebie jest mniej. Ale zgodzę się z wami że wszystko co robimy jako harcerze powinno być oparte na puszczaństwie i osobiście nigdy nie zrezygnowałem z wyjazdu i nigdy nie zrezygnuje z powodu warunków bytowych.
Co więcej tego mi brakuje w Harcerstwie więc na własna rękę wbijam gdzieś do lasu na nockę, żeby pogrzeć się przy ognisku i zmarznąć w śpiworku.
I pamiętajmy też że oststnio z tym nie jest tak źle, chociażby te dwa wyjazdy instruktorskie, czy mój kurs podharcmistrzowski Radka i Sebastiana.
To tak jak ja. Ale też mam za duży brzuch ;/
Jestem pod wrażeniem tego artykułu i zgadzam się z tym co napisał Seba. Filipie czapki z głów. Gdyby nie uwarunkowania bardzo chciałbym być drużynowym.
Lubię. Bardzo. Z jednym się tylko nie zgodzę. Nie jesteś prosty.
Szacunek.
A ja po tytule spodziewałem się artykułu o żywieniu :)
Dodam tylko Filipie, że często sami pnąc się w górę zapominamy o przygodzie i harcerstwie. Podam Wam kilka przykładów z życia:
– Zlot Drużynowych Organizacji Harcerzy – przełom września i października. Drużynowi nie jadą, ponieważ trzeba będzie spać w namiotach – a to już dla nich za zimno!
– Warsztaty Hufcowych Organizacji Harcerzy – rezygnujemy z wyprawy pieszej, ponieważ większość uczestników przyjeżdża samochodami i nie byłoby co z nimi zrobić. Do tego co któryś marudzi na warunki – bo zapowiedzieliśmy, że będą potrzebne śpiwory i karimaty. „Na szczęście” okazało się, że lobbing się powiódł – śpimy na łóżkach w cieplutkim ośrodku :)
– Spotkanie Głównej Kwatery Harcerzy – termin jesienny – nie ma zmiłuj – zostawiamy samochody i idziemy w góry – czasem tylko po to, aby porozmawiać w gronie członków Głównej Kwatery i Przedstawicieli Chorągwi przez dwie godziny (około czterech zajmowało wejście i zejście na szczyt). Można? Można.
Powyższe przykłady pokazują jedno – niestety, już wśród drużynowych / hufcowych widzi się odejście od puszczaństwa i harcerskiego biwakowania na rzecz wygody. A wyżej? Wydaje mi się, że czuje się potrzebę powrotu do początku – do biwakowania przy ognisku (co potwierdziły już dwa z trzech spotkań Wielkiej Głównej Kwatery) – i nie ma tam problemu z frekwencją.
Najbliższa próba przed nami znów na przełomie września i października, kiedy drużynowi z całej Polski rozbiją swoje obozowisko na Ziemi Lubelskiej niedaleko obozowiska najlepszych drużyn harcerskich w Polsce. Czy Wy, jako drużynowi również tam będziecie? Czy może przestraszycie się pogody i tego, że trzeba spać pod namiotami?
Inny przykład. Biwaki drużyn. Też jedno z moich ciekawych spostrzeżeń – ile naszych drużyn wyjeżdża na prawdziwe harcerskie biwaki? A ile z nich odbywamy śpiąc w szkołach. I gdzie tu ręka metody i świeże powietrze, obcowanie z naturą? A potem się dziwimy, że poziom naszego obozownictwa marnieje, skoro 90% naszej pracy w ciągu roku – zbiórki w harcówkach, biwaki w szkołach i kursy w najlepszym wypadku w szkołach, a najczęściej na Rewolucji… gdzie duch puszczaństwa?