Z pewnością niejednokrotnie każdy z nas w swoim życiu przeżył kryzys. Mógł być to kryzys w szkole, czy raczej w nauce; kryzys o charakterze religijnym; możliwe, że również osobowy; a jeszcze bardziej prawdopodobne, że wszystkie negatywne czynniki złożyły się na spadkową koniunkturę naszego ego. Wtedy dochodzi do załamania. Wszystko staje się nam obojętne, wpadamy w depresję, częściej bywamy agresywni, próbujemy odciążyć myśli od tych wszystkich niepowodzeń. Jesteśmy zdolni do ucieczki „gdziekolwiek”, byle być samemu i napawać się samotnością, bo być może to ona pomoże nam w naszych troskach i kłopotach. Niektórzy tak bardzo nie radzą sobie, że popadają w jakieś uzależnienie…
Gdy poczuliśmy już taki stan, z pewnością nie raz słyszeliśmy: „będzie dobrze”, „każdy ma słabsze chwile, wyjdziesz z tego”, albo „głowa do góry, jutro też jest dzień”. Gdy sfrustrowany osobnik słyszy coś takiego, nie jest mu lepiej, wręcz przeciwnie: utwierdza się w przekonaniu, że jest w sytuacji beznadziejnej. Kiedyś słyszałem taką myśl: „Żeby wzbić się wzwyż, z ciemnej głębi, należy dotknąć dna”. Szczerze powiem, że długo rozmyślałem nad sensem tych słów i ich wymową. Racja, trzeba się odbić, ale samemu nic się nie osiągnie. Przykra, ale prawda. Sama chora ambicja i zniszczona przez różne bodźce (takie jak śmierć, wojna, traumatyczne przeżycia) psychika rodzą fanatyzm, siłę nie do opanowania przez człowieka, która jest w stanie sprawić, że będziemy słynni, jak choćby dyktatorzy XX w. Ta droga jest zła. Nie posiadając autorytetu, łatwo podążyć za niemoralnymi wzorcami. Dlatego tak ważne jest mieć autorytet.
Wróćmy do naszej złotej myśli o wodzie i głębinie. Zgoda, trzeba poczuć dno, aby się podnieść, ale nie wolno nam tkwić na tym dnie i czekać na cud. To się nigdy nie stanie tak łatwo. Chcąc coś osiągnąć, trzeba ciężko pracować. Pracować nad sobą. I póki co, niech to utkwi nam wszystkim w głowach: praca nad sobą, praca nad swoim charakterem…. Ale jak pracować nad sobą?
O tym w następnym artykule…
Biały Lew

5 komentarzy
może nie powinienem pisać ale jest to pseudonim puszczański Ryszarda Młynarczyka:)
sorry Rysiek że cię wsypałem :)
Kim jest Biały Lew?
Nie wiem czy kryzys można nazwać chorobą. To raczej zjawisko bliskie ludzkiej naturze. Każdy jest inny i niewątpliwie inaczej reagujemy. Dopiero teraz sobie uświadamiam jako to głęboki problem. Myślę, że warto go trochę „rozdrapać” na łamach „Wywiadowcy”. Szczególnie jeśli mowa o kryzysie harcerskim. I mój apel do wszystkich tak jak przedmówca(może praczej przedpostowicz ;) ) napisał: rozejrzyjmy się-może to my mamy szansę komuś pomóc. Póki co niech każdy z Nas zastanowi się nad wieloma aspektami „kryzysu” ;)
Ja zwróciłbym uwagę na kryzys, który jest nam najbliższy- kryz w pracy harcerskiej. Pojawia się chyba u wszystkich od czasu do czasu, a zwłaszcza u tych, którzy w swoją harcerską pracę wkładają 100% siebie. Długo wydaje się, że tak nas to kręci, że można bez końca, a potem przychodzi taki dzień, że mamy ochotę odpocząć…
Moje obserwacje (nie wiem czy się ze mną zgodzicie?) pokazują, że najlepszy motywujący wpływ ma na nas wtedy grupa najbliższych, harcerskich przyjaciół. Potrzebujemy od nich „impulsów” by znowu działać na maksimum możliwości.
Rozejrzyjmy się- może właśnie ktoś czeka byśmy się do niego odezwali…
Temat, bardzo ciekawy. Szkoda, że stał się on przyczynkiem i wprowadzeniem do przyszło-miesięcznego artykułu o „pracy nad sobą”. Tematyczny „Kryzys” z artykułu to nie jest byle co. To pewien poważny problem, który w znacznym stopniu dotyka grona harcerskiego. Zgodzę się oczywiście z autorem, że samo „będzie dobrze”, „trzymaj się” nie wystarczy. Wiele zależy od natury „kryzysu”. Sam sposób jego „zwalczania” też jest istotny, ba KLUCZOWY! I nie wiem wystarczy tu „hasło”: pracy nad sobą, jeśli „kryzys” uznamy za chorobę. Z niecierpliwością czekam na opinię autora i kolejny artykuł.