„Postawimy mały obóz…” W sumie to nie taki mały. Obóz w Skępe 2010 liczył około 100 osób. Wystartowaliśmy 5 lipca 2010 r. A zaczęło się to tak:
Był rześki lipcowy poranek… Druga Piotrkowska Drużyna Harcerzy jak co roku zebrała się pod kościołem Najświętszego Serca Jezusowego. Obecnych tam harcerzy można było podzielić na dwie grupy: tych, dla których będzie to pierwszy obóz i tych, dla których to nie pierwszyzna. Jednych od drugich odróżniali przede wszystkim rodzice, którzy co chwila podchodzili do swoich pociech, by kolejny ostatni raz przypomnieć im, by na siebie uważały, jadły, ciepło się ubierały, jeszcze raz na siebie uważały, dzwoniły do domu i słuchały starszych… Ale wreszcie, przyjechał autokar i wszyscy chłopcy poczuli to, co zwie się wolnością.
Na miejsce zajechaliśmy około południa. Początek lipca, 30 stopni w cieniu, samo południe – to idealne warunki na rozpoczęcie pionierki. A to był dopiero początek… Pierwsze, co można było powiedzieć o miejscu na podobóz, jak i ogólnie o terenie obozu, to że z pewnością obfituje w komary. Trochę czasu minęło nim harcerze przyzwyczaili się robić wszystko jedną ręką, by drugą mieć wolną do bicia insektów, ale ponoć wszystkiego można się nauczyć, więc pionierka stanęła o czasie i według planu. A zatem przyszedł czas na rozpoczęcie obozu Skępe 2010. Na apelu rozpoczynającym zameldowały się następujące drużyny: 1 PDH-ek, 3 ŁDH-ek, 16 ŁDH-ek, 2 PDH, 3 ŁDH, 17 ŁDH i 106 ŁDH. Tradycyjnie później odbyło się zwiedzanie podobozów, a później obóz potoczył się własnym rytmem. Pierwsza pobudka, rozgrzewka, zajęcia… Można powiedzieć, że był to obóz jak każdy, ale przecież nie ma dwóch jednakowych obozów. Jednakże i w tym roku nie zabrakło zwiadów, z których najbardziej w pamięci wyryło się to, jak ciężko złapać „stopa” w tamtych okolicach. Biszkopta, który w przypadku naszej drużyny był inny niż zazwyczaj- zadanie pomalowania farbą dowolnej osoby do świtu dało sporą dowolność w interpretacji, ku zgrozie zleceniodawców. Dzień obozowicza, w którym przyznano więcej sprawności niż przez resztę obozu. Tylko jak wyszyć „Tkacza kręgosłupa”? Były też chatki, które nauczyły nas, że w dobie coraz większej ilości uczulonych na trawę, należy szukać innego materiału na dach i posłanie niż… trawa. Gry nocne, wraz z nieśmiertelnymi zwierzakami, jednakże w wersji unowocześnionej. W tym roku oprócz standardowego zwierzaka można było złapać także pokemona! Pisząc o obozie nie sposób nie wspomnieć o kuchni, na którą tak lubimy narzekać. Jednakże kuchnia nie pozwoliła na siebie narzekać, co prawda czasem rozbrzmiewały pieśni „kuchnia, kuchnia jeść nam się chce!”, ale zarówno jedzeniu, jak i naszym kuchmistrzom nie można było wiele zarzucić.
Przez praktycznie całe dwa tygodnie utrzymywała się doskonała pogoda. W związku z tym wielką popularnością cieszyło się kąpielisko, gdzie pod czujnym okiem ratowników można było się ochłodzić… i trochę odmięknąć. Jednakże wszystko co dobre kiedyś się kończy. Jako pierwsza skończyła się dobra pogoda. Można było wyczuć, że niebo czekało z tym deszczem całe dwa tygodnie, bo gdy wreszcie spadł, między podobozami można było przemieszczać się pontonem. Tak więc trzeba było odkurzyć zapomniane po pionierce saperki i kopać „fosy”, które same natychmiastowo napełniały się wodą.
Tuż po dobrej pogodzie skończył się… obóz. Po raz kolejny ciężko było uwierzyć, że to już koniec. Wszyscy mieliśmy jeszcze w uszach głos pobudki, wszyscy mieliśmy przed oczami finezyjnie szybujące menażki i inne części wyposażenia namiotowego, podczas porannych apeli, wszyscy mieliśmy jeszcze na ustach piosenki z obozowego festiwalu, niektórym z nas jeszcze odbijało się krupnikiem z pionierki, więc gdyby nie widok watrowego ogniska, większość nie uwierzyłaby, że głos trąbki wzywa już do odwrotu. Nikt z nas nie lubi pożegnań. Jednak trzeba było po raz ostatni zawiązać krąg i odejść – każdy w swoją stronę. Mimo to, możemy być pewni, że po obozie w Skępe 2010 zrodziło się wiele przyjaźni, które przetrwają znacznie dłużej, niż te trzy obozowe tygodnie.
przyboczny 2 PDH
wyw. Mateusz Paradowski



