Strona główna / 2. Z pola walki / Relacje / Zdobyć pierścień Wigierczyka!

Zdobyć pierścień Wigierczyka!

wigry_cale-niebieskieDzień 1    12.02.2010

Krótka piłka. Do zobaczenia o 18:30 w szkole podstawowej w Przyłęku Dużym. Pociąg na szczęście się tam zatrzymuje. Kilka mylnych informacji podanych przez pana w informacji i jedziemy. Sekundy dzieliły Jakuba Tomczyka od czekania na kolejny pociąg na kilkustopniowym mrozie (dzięki Ci kochane MPK). Wszyscy dotarli na miejsce. Podzieliliśmy się na zastępy: „Lisy”- foxy koksy, „Niedźwiedzie”- stary niedźwiedź! Mocno śpi! oraz „Żbiki”. Apel. Witamy na kursie. Zadania do zrobienia na te 10 dni. „Na jutro do 8.30 chcę dostać książeczki zastępów”. Jednym zdaniem zaczęliśmy ostro. Kolacyjka jeszcze z własnych zapasów. Możliwe, że to ostatni strawny posiłek na tym kursie. Kominek, godzinna historia KIHAMu.wigry3Dzień 2    13.02.2010
Nikt się jeszcze nie przejmuje zadaniami. Pełen luz. Trzeba tylko przygotować karty zastępów. Pierwsze wykłady. Ćwiczymy sobie przed zbiórką wyborczą, wybieramy kogoś spośród siebie na jakiegoś funkcyjnego, wygrał Michał Stasiak. Najfajniejsze były zajęcia z „postawy skautowej”. Bary w tył i na dół, biodra przed siebie, głowa do góry i płyniemy. Trochę o motywowaniu i zlecaniu zadań podopiecznym. Wieczorem kominek z dziewczynami z „kursu obok”. Druhna Grażyna Broniewska opowiadała bardzo ciekawie o korzeniach i początkach ZHR.. A w nocy na rozbudzenie, film o Baden Powellu „Scouting for boys”.

Dzień 3    14.02.2010
Niektórzy z nas wzięli się już troszeczkę za zadanka… Zrozumieliśmy, że będzie srogo.
Idziemy na mszę do malutkiego miejscowego kościoła i wywołujemy sobą furorę wśród tutejszych. Wykładziki o kwestii prawnej załatwiania wszystkich ważnych spraw, o niedobrych fakturach i złych sprzedawcach. Następnie coś o małżeństwie i kilka wskazówek, jak być z kimś szczęśliwym. Na kominku już zaczynamy opowiadać swoje gawędy i przedstawiać siebie. Głęboką nocą film i krótka dyskusja o aborcji

Dzień 4    15.02.2010

Kursanci Wigry na spotkani z Andrzejem Szletyńskim
Kursanci Wigry na spotkani z Andrzejem Szletyńskim

Wypad ze szkoły i do Łodzi!!!!!  Do domu!! Chciało by się :D Idziemy do druha Andrzeja Szletyńskiego- byłego drużynowego XV ŁDH. Opowiada nam trochę o sobie, trochę o rodzinie, a między to miesza coś o domu, w którym mieszka. Wszyscy zapamiętamy wyskok Trzynastego, gdy w pewnym momencie zapytał ni stąd ni zowąd, „czy pana babka była Rosjanką?” Zaczęliśmy od wtedy, zadawać to pytania każdemu. Potem do Manu na zakupy. Cały koszyk żarcia do zjedzenia przez kolejnych kilka dni, i do wniesienia na Bene. Busem jedziemy do Krakowa, gdzie spędzimy kolejne trzy dni. Oglądamy po drodze film „Dług”, z którego zapamiętaliśmy jedynie to, że głowę można odciąć również łopatą. Kolejny dzień i dwie noce spędzamy w starym schronie odrestaurowanym dawno przez harcerzy krakowskich. Wieczorkiem, wykład z dh Wojciechem Hausnerem też o harcerstwie niepokornym.

ksiazeczka
Widok książeczki służbowej dh Ryszarda

Dzień 5 16.02.2010
Długo oczekiwany dh Ryszard Wcisło wreszcie zawitał na naszym kursie. Powspominał trochę swoją przeszłość. Pokazał nam mega grubą 3 letnią kronikę swojej drużyny. Swoją książeczkę służbową, z której, zupełnie jak w kreskówkach posypały się kartki z wykazem obozów, na których był dh. Wcisło. Ognisko wieńczące pobyt w Krakowie, bez zbytecznej gadaniny, tylko szybko i treściwie kilka osób przedstawia gawędę i przestawia siebie.

Dzień 6    17.02.2010
Wreszcie upragnione hasło: „Już dzisiaj będziemy na Bene”. O piątej rano wstajemy i wyruszamy PKS do Nowego Targu a następnie do Kowańca, skąd pieszo pod górę na Bene. Wspinaczka była mozolna i naprawdę ciężka. Każdy miał wyładowany ubraniami i ciężkim jedzeniem plecak. Na szczęście zatrzymywaliśmy się na krótkie przerwy. Po drodze odwalaliśmy jakieś numery, co by w marszu nie zasnąć. Bitwa na śnieżki, salta, układanie napisu ZHR z ludzi i podobne. Wreszcie ze szlaku w las, 10 minut i BENE!!! Chata po prostu boska. Wielka, cała drewniana, bez prądu. Jedyne, co miała to wrząca woda. Na miejscu czekała na nas herbatka zrobiona wędrowników z XV ŁDW  prowadzonych przez Michała Grelewskiego. Poznaliśmy chatara, pilnującego w trakcie zabaw świecami i suszenia butów zbyt blisko pieca… Śpimy w spartańskich warunkach. Łóżka 1.8 X 60, albo prościej: 2 małe materacyki na deskach i kocyk („kolorową stroną do góry”,jak domagał się chatar).

Dzień 6    18.02.2010

Zgadnijcie kto to?
Zgadnijcie kto to?

Zajęcia z Grelem o metodzie i celach wychowawczych ZHR. Zajęcia spoko, ale każdy myślał o jak najszybszym „załojeniu” zadań. Tak, więc Nikt tego do końca nie ogarniał. Wreszcie jakiś porządny i w miarę ciepły obiad. Chińskie posiłki przygotowanie przez „Lisy”. Następnie nasza mamusia zrobiła nam wykład o organizowaniu obozu i o rozwiązywaniu problemów w drużynie. Na kolację ZAPIEKANKI!!!! Kominek i kontynuując tradycję, łoimy zadanka do 3 rano.

Dzień 7    19.02.2010
Zaczynamy dzień od mleka w proszku… Przynajmniej nie przypalone.
Schodzimy do Obidowej prawie, że pionowo w dół. Po drodze wygłupy na śniegu i skakanie przez strumyk. Bieg do autobusu, brak biletów i wysiadka. SKLEP!! Każdy kupuje ile może. Robimy UFO z Maliny, a on w takim stroju kupuje bułkę, wprawiając w zdziwienie sprzedawców sklepu. Powrót do Bene niebieskim szlakiem – okrężną trasą, jest bardzo ciepło. Wszyscy wskakujemy w krótkie rękawki, bitwa na śnieżki, a tu nagle halny. Zrobiło się lodowato w kilka sekund. Jak najszybciej do Bene i zadanka. Czeka na nas obiad. Spagetti. Mimo, że były zimne i mało , to wszystkim nawet smakowało. Kominek, rozmawialiśmy o bohaterze chorągwi, każdy ma za zadanie zrobić pierścienie na chustę z małych klocków drewna, które dostaliśmy i do rana robimy zadanka…

Dzień 8    20.02.2010pierscien
Mało osób miało to szczęście, żeby pójść spać. Dead Line zadanek to 9 rano. Apel kończący, wszyscy wyjazd zdali ale jeszcze nie wszystkie zadanka zweryfikowano. Idziemy na Turbacz i na dół. Jest mega zamieć, a w schronisku zapiekanka za 6 zł… Czekamy na bus prawie godzinę na mrozie. Do Łodzi wjechaliśmy o 1 w nocy… Teraz zostaje nam tylko czekać na zbiórkę wyborczą, na której zostaną nam odczytane wyniki kursu.

http://picasaweb.google.com/108934408594453555290/OimyWigry3#
http://picasaweb.google.com/vrael560/GORCE2010#

Marcin Buła

Na koniec jak sami kursanci podsumowali kurs:

Ogólnie kurs oceniam na bardzo dobry. Mimo, że nie jestem z Łodzi nie dano mi tego odczuć i „zaadoptowano” mnie. Sam czuję się jednym z Was – teraz już jestem Wigierczykiem. Kurs pozytywnie doładował moje harcerskie baterie do pracy z moimi nad normę żywymi harcerzami :-)

Czuwaj!
„Zamyślony Sokół”

Moja opinia na temat Kursu Przewodnikowskiego „Wigry 3”: ;-]

– forma kursu – generalnie na „+”, sporo czasu przeznaczyliśmy na przemieszczanie się, ale nie można powiedzieć, że był to czas zmarnowany;

– tematy zajęć – tutaj chyba wielkiego pola manewru nie ma, do pozytywów na pewno można zaliczyć to, że były to zajęcia życiowe, szczególnie z Bartkami – Paprockim i Topczewskim;

– prowadzący zajęcia – OK.

A bardziej ogólnie, to brakowało mi systematyczności – pewnie wynikało to z tego naszego podróżowania – ale mimo wszystko: apele, punktacja w trakcie kursu, kronika… – to mogło być.

– zadania – wiele z nich nie wymagało wiedzy, którą nabyliśmy na kursie, więc można było dać je jako zadania przedkursowe.

Łukasz J.

+
Zajęcia z Topkiem
Oglądanie filmów
Forma wędrownicza kursu
Spotkanie z Szletyńskim, Hausnerem, Wcisło, kominek z Broniewskimi
Ogólnie było git :]


Za dużo historii
Nie podobała mi się prezentacja siebie- na każdym kursie to jest ile można
Filmy były okej, ale trochę  zbyt późno puszczane i każdy już usypiał

Mateusz I.

Nie było łatwo jak to na kursach, sen po kilka godzin to raczej standard, ale miłym gestem były niekiedy późniejsze pobudki. Kadra on nas wymagała tego co w nas najlepsze, lecz dawali (mama, tata, wujek1, wujek2) z siebie wszystko a nawet więcej aby było jak najlepiej. Ciągła zmiana otoczenia nie pozwalała popaść w kursową rutynę, ciągle było coś nowego. Mimo iż pracy było sporo (2 większe prace) to znajdywaliśmy czas na wędrówki po górach, było to niesamowite zbiegając i szalejąc na zboczach gór zapominaliśmy to wszystkim, pozwalało to nabrać nowych sił do działania. Uciążliwym faktem było iż rozkazy rzadkością były i zastępowy się nie zmieniał tak często jak powinien, i mi ponieważ owym zastępowym byłem przez ponad połowę kursu dokuczało to. Zajęcia odbywały się też z osobami o nieprzeciętnych charakterach. (długa lista komendantów chorągwi, no i druh Wcisło). Spotkaliśmy też „żywą historię” z druhem Szletyńskim to było także coś niesamowitego. Atmosfera na kursie była niespotykana, gdyby nie to że kadra sprawdzała zadania a my je robiliśmy, nie było widać różnicy między „matką” a „gromadą dzieci” było to coś czego nigdy nie widziałem na kursie ale w życiu na lepszym nie byłem.

Pozdrawiam! CZUWAJ!
Gawędziarski Dzik

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *