„Familiaris Consortio”

Familiaris Consortio” (z łac. „wspólnota rodzinna”) to obszerny list do duchowieństwa i wiernych Kościoła obejmujący całe spektrum zagadnień związanych z zakładaniem rodziny, planowaniem potomstwa, jego wychowaniem, a także z rolą Kościoła w rodzinie i obowiązkami małżonków.

Interesujący nas (a przynajmniej mnie) temat obejmuje planowanie życia w rodzinie
i jego skutki dla współczesnej katolickiej Europy.

Pierwsza uwaga, która nasuwa się po przeczytaniu tego dzieła, jest taka, że planowanie rodziny różni się nieco np. od planowania weekendu. Nie może tutaj coś „nie wyjść”. Decydując się na wspólne życie (o współżyciu będzie dalej) z inną osobą (koniecznie płci odmiennej, gdyż innych związków Kościół na razie nie uznaje) musimy sobie zdawać sprawę że, przepraszam za wyrażenie, „wpadliśmy” na dobre („…dopóki śmierć nas nie rozdzieli”). Raz wziętego ślubu kościelnego nie można unieważnić tak łatwo. Świadczy o tym chociażby ekskomunika osób rozwiedzionych, zwłaszcza, jeśli ponownie weszły w cywilny związek małżeński. W miejsce rozwodu Kościół proponuje, moim zdaniem niesłusznie, separację, czyli „powstrzymywanie się od aktów, które przysługują jedynie małżonkom”. Katoliczka, która wyszła za alkoholika, złodzieja i „damskiego boksera” ma dwa wyjścia – przyzwyczaić się do bicia lub zamieszkać samotnie. Jeszcze gorzej, gdy z tego związku „wyszło” kilkoro dzieci. Nie tak dawno łódzki Kościół protestował przeciw organizowanemu w naszym mieście Festiwalowi Wróżb i Niezwykłości (czy innych bzdetów). Wynikało by z tego, że uważa, iż zwykłym śmiertelnikom nie dane jest jasnowidzenie i przewidywanie przyszłości. A przecież decyzję przed ołtarzem podejmuje się tylko raz…

Równie mocno krytykowane są (i słusznie) tzw. „małżeństwa na próbę” i „rzeczywiste wolne związki”. Pierwsze za „eksperymentowanie” na ludziach, miłość „na raty”, drugie za życie w „grzechu cudzołóstwa”. Nie należy oczywiście mylić konkubinatu z narzeczeństwem, które jest okresem – nieraz długoletniego – poznawania się, jednak bez wspomnianych wcześniej „aktów”. A to dlatego, że do wzajemnego poznania się, które czyni z dwojga ludzi „jedno ciało” przeznaczona jest właśnie instytucja małżeństwa. Narodzenie się dziecka jest uwieńczeniem końcowego etapu owego poznania. Szczęście z tego faktu jest tym większe, im dłużej na to wydarzenie się wyczekiwało. Nie należy więc choćby z tego powodu pochopnie zawierać związków małżeńskich (z „przymusu”) i łamać ślubów czystości przedmałżeńskiej, które składamy już w okresie dzieciństwa (patrz VI przykazanie czy 5. punkt Prawa Harcerskiego).

Jeśli ktoś weźmie sobie głęboko do serca fakt, że dziecko powinno zostać poczęte dopiero po zawarciu związku małżeńskiego i posunie się do stosowania środków antykoncepcyjnych, niech wie, że używając ich i stosując sztuczną regulację poczęć „zajmuje postawę sędziego zamysłu Bożego i manipuluje oraz poniża płciowość ludzką”. Jest to kolejna archaiczna postawa Kościoła trwająca od czasów, gdy o takich środkach antykoncepcyjnych nie śnił ani Don Juan ani Cirano de Bergerac. Pamiętać trzeba, że „płciowość ludzka” dana przez Boga to także zwykłe pożądanie i źle by było, gdyby każdy akt kończył się narodzinami dziecka „z przypadku”. Nie dotyczy to wyłącznie okresu narzeczeństwa, lecz również małżonków.

Zupełnie inną kwestią jest sprawa aborcji. Zabieg wykonany na płodzie zdrowym, niepełnosprawnym, ułomnym czy niechcianym jest zawsze mordem. Przy odpowiednio zorganizowanej opiece Kościoła i państwa matki mogą rodzić dzieci poczęte wskutek gwałtu, dzieci kalekie czy niechciane (znowu problem antykoncepcji). Na długo zapadły mi w pamięć słowa Ojca Świętego wypowiedziane w Castel Gandolfo podczas pielgrzymki instruktorów Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej na wieść o uchwaleniu przez Sejm nowelizacji tzw. „ustawy aborcyjnej” zezwalającej na zabijanie płodów ludzkich ze względów społecznych (wstyd przed sąsiadami, zbyt niskie dochody?). Ojciec Święty powiedział wtedy: „Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości!”. Tego faktu komentować nie trzeba.

Nie można jednak nie zauważać wyraźnego związku pomiędzy antykoncepcją i aborcją. Oczywistym jest, że tyle dzieci nie zostanie zabitych, ile nie zostanie poczętych dzięki ogólnie dostępnym środkom. Niestety, ogólnie dostępnym jedynie w krajach rozwiniętych, rzadziej rozwijających się. Przykładem może tu być 2,5 mld Chińczyków i Hindusów oraz rosnąca w zastraszającym tempie liczba mieszkańców czarnej Afryki. Dzięki Bogu (podkreślam) głównie, antykoncepcja utrzymuje liczbę Europejczyków na „przyzwoitym” poziomie. Oczywiście, że istnieje jeszcze takie starodawne słowo jak „wstrzemięźliwość”, ale bardzo trudno wytłumaczyć to z ambony człowiekowi, który jako drogę życia wybrał związek z osobą płci przeciwnej. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy wstrzemięźliwość wpływa dodatnio czy ujemnie na psychikę człowieka, sądząc jednak po treści tego artykułu jakieś ślady na umyśle autora pozostawiła.

Ogólnie rzecz biorąc nauka Kościoła dotycząca zagadnień rodziny jest jedną z najpełniej odpowiadających młodym na pytania i problemy związane z miłością, zakładaniem rodziny i wspólnym życiem doczesnym. Gdyby jeszcze szła w parze z nowymi, ratującymi życie ludzkie odkryciami (jak np. zgoda na wykonywanie przeszczepów), nie byłoby czym się martwić. Pozostaje nadal zjawisko ukrytej (czasem nawet „legalnej”) aborcji oraz życia z osobą nieprzystosowaną społecznie pod jednym dachem. Skutki obu mogą być tragiczne.

Biorąc jednak pod uwagę, że przeciętny europejski katolik traktuje nauki Kościoła jako dobre rady, z których może, ale nie musi skorzystać, nie zaś jako typowy dogmat, możemy być pewni, że tradycyjnie stosować będzie się do zaleceń jemu samemu wygodnych, inne dostosowując do własnych potrzeb i do realiów współczesnego nowoczesnego życia. Nie należy się więc spodziewać jakiegoś kataklizmu w rodzaju 20-procentowego dodatniego czy ujemnego przyrostu naturalnego.

Nasze zjednoczenie z Europą może jednak doprowadzić do zatarcia się roli Kościoła w życiu narodu polskiego, a po odejściu pierwszego (i zapewne już ostatniego) papieża – Polaka, Kościół ze swoimi nie zawsze zreformowanymi poglądami może przeżywać trudne chwile (co podobno ma przepowiadać III Tajemnica Fatimska). Na razie jednak bądźmy dobrej myśli, „miłujmy się i rozmnażajmy”. Choć może „nie wszyscy i nie od razu”.

P.S. Artykuł ten został napisany w ramach próby na stopień Harcerza Orlego w 1997 roku i stanowi własne przemyślenia (a i to nie zawsze) autora. Wszelka próba podjęcia dyskusji na łamach „Wywiadowcy” mile widziana.

pwd. Andrzej Jagoda

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *