Strona główna / 4. Historia magistra vitae / Wspomnienia / Obóz w Mogielu: VI – VII 2002 r.

Obóz w Mogielu: VI – VII 2002 r.

Troszkę może najpierw o sobie. Byłem drużynowym 28 ŁDH przez 5 lat (od 1997 do 2002 r.) i na pięciu obozach. Dwóch w Peplinie w Borach Tucholskich, w Chmielu w Bieszczadach, w Orchówku koło Włodawy i w Mogielu również w Borach Tucholskich. To szmat czasu i wrażeń. Niektóre po latach zacierają się, ale te ciekawsze pozostają w pamięci na długo. Dostałem zadanie od dh Redaktora, aby napisać tekst o jednym obozie, tym najciekawszym, najlepszym i najbardziej pozostającym w pamięci. Po długich rozważaniach wybrałem obóz w Mogielu, stanowiący uwieńczenie mojej „kariery” drużynowego.

Nigdy nie zapomnę drugiego obozu w Peplinie, który połączony był ze Zlotem 10-lecia ZHR, na którym mieszkaliśmy w zbudowanym przez siebie namiocie podwyższanym – stylizowanym na kamienicę oraz zajęliśmy II miejsce w rywalizacji drużyn wszystkich chorągwi. W Chmielu z kolei było najwięcej uczestników. Przyroda Bieszczad była urocza a Orchówek to symbol bardzo dobrej pionierki i zdobnictwa obozowego.

28 ŁDH - Mogiel 2002
28 ŁDH - Mogiel 2002

Dlaczego więc Mogiel mimo iż było nas tam tylko 16 harcerzy + 3 osoby kadry? Był to obóz pod wieloma względami nietypowy i przełomowy. Zorganizowaliśmy go tylko naszymi siłami i pojechaliśmy tam sami. Nie stanowiliśmy już tylko podobozu na większym lub mniejszym zgrupowaniu, lecz za wszystko byliśmy odpowiedzialni. Komendantem był mój poprzednik na funkcji drużynowego 28 ŁDH Zbyszek Ledzion, ja zastępcą, Przemek Koziński kwatermistrzem, Konrad Baniukiewicz ratownikiem, Robert Pikulski osobą odpowiedzialną za funkcjonowanie kuchni i oboźnym, a zastępowi: Marek Pietrucha, Maciej Grabarczyk i Filip Zdziennicki kucharzami i sanitariuszami. Podzieliliśmy się też drobniejszymi funkcjami: robieniem próbek, lizolowaniem latryny, itp. Zastępy służbowe odpowiadały za czystość i porządek w kuchni, sanitarce i obozie. To nie była zabawa w harcerstwo, lecz prawdziwe życie, dające czasem ostro w kość, wymagające hartu ducha. Cieszę się, że tak jak Baden-Powell powierzyliśmy odpowiedzialne funkcje chłopcom, a oni dobrze się z nich wywiązywali.

Rada drużyny
Rada drużyny

Przygotowania rozpoczęliśmy na początku roku od szukania miejsca i  ratownika, bo reszta składu to ludzie z naszej drużyny. Znaleźliśmy miejsce, które znajdowało się na terenie prywatnym i trzeba było za nie zapłacić. Jego urok urzekł nas jednak. Obóz można było postawić na pięknej górce w lesie nad Jeziorem Śluza, a kuchnię i część sanitarną mieliśmy kilka metrów od wody. To było nasze miejsce na te 23 dni wspólnego harcerskiego życia. Cisza i spokój, dużo wody i lasów a od asfaltu kawał drogi. Sprawiało to pewne problemy komunikacyjne (daleko do sklepu, ciężko było trafić odwiedzającym nas rodzicom, których nie było wielu), ale o to nam chodziło w myśl idei puszczaństwa. Przed obozem zastępowi uczyli się gotować zupy i drugie dania, przygotowywaliśmy odpowiednią ilość sprzętu, by oszczędzić na transporcie a Robert i ja projektowaliśmy obóz, aby zrealizować nasze marzenia. Był to „dom” z parterem i pierwszym piętrem złożony z dwóch połączonych ze sobą podwyższanych namiotów (4 m wysokości) na konstrukcji drewnianej. Na górze znajdowała się część sypialna z pryczami na sznurkach, a na dole część funkcjonalna z półkami i stołami. Ze względu na przepisy postawiliśmy też namiot, który po połowie był izolatką i magazynem rowerowym i sprzętowym. Nad jeziorem kuchnia i całe zaplecze były funkcjonalne, że pani z Sanepidu oniemiała podczas kontroli.

Ważnym elementem programowym obozu było zapewnienie sobie dobrego pobytu i wyżywienia. Sami gotowaliśmy, pod bacznym okiem Roberta, który pokazał, że drzemią w nim talenty kulinarne. Gdy zdarzyły się jakieś potknięcia (przypalona kasza manna, fasolka po bretońsku lub niedosmażone mięso) to i tak czuliśmy dumę, że to jest nasze i z zamkniętymi nozdrzami lub czekając na doprawienie i dosmażenie jedliśmy bez większych problemów. Kozik zapewniał nam zaopatrzenie tak, że nigdy nic nie brakowało. Głodni nie chodziliśmy. Obóz nazywał się „Olimpiada”, gdyż mocno postawiliśmy na sport i ducha fair play w konkurencji. Postawiliśmy nawet podium, na którym nagradzaliśmy zwycięzców różnych konkurencji. Wzięliśmy ze sobą 7 rowerów i 2 kajaki. Wypływaliśmy na dwa krótkie spływy i wyjeżdżaliśmy na dwie wyprawy rowerowe. Mieliśmy również wyprawę UAZ-em do Chojnic. Wszystko to robiliśmy zastępami. Odbyły się następujące cykle zajęć: „Kruki” w Chojnicach, „Orły” na wodzie a „Puchacze” w kuchni i potem zmiana. Oczywiście nie zabrakło tradycyjnych elementów: apeli z rozkazami, ognisk, modlitwy, biegu na azymut, gier terenowych, zwiadów, wyjść do Kościoła, HBT-y, turniejów sygnalizacji, historii. Zorganizowaliśmy również Bieg na stopień wokół jeziora. Siedem osób go obstawiało (kadra + zastępowi) a reszta to uczestnicy. Praca ze stopniami na obozach 28 ŁDH jest bardzo ważna. Nie inaczej było w Mogielu, z którego kilku harcerzy wyjechało z wyższymi stopniami. Oczywiście zdarzały się pewne nieporozumienia i utarczki (w końcu chłopaki skazani na siebie przez taki czas trochę świrują). Poza tym brakowało nam dziewczyn, a przez to i kultura, np. zachowania się przy stole trochę kulała.

Zapamiętam ten obóz również ze względu na tragiczną wiadomość, jaka do nas dotarła o śmierci w wypadku samochodowym dh Beaty Jerenkow i Mariusza Szczerkowskiego, który przez poprzednie dwa obozy był naszym kucharzem. Postanowiliśmy nic do końca obozu chłopcom nie mówić, by w spokoju i dobrych nastrojach wrócili do Łodzi i tam dopiero dowiedzieli się o śmierci naszych przyjaciół. Życia się przecież nie wróci…

Parter namiotu
Parter namiotu

Forma samodzielnego obozu sprawdziła się, choć miała pewne minusy. Częsta służba w kuchni i warta nocna co trzecią noc były męczące. Pojawiła się przy tym szansa na integrację drużyny. Na wartach staliśmy wszyscy (nawet komendant). Każdy pełnił ważną funkcję i wszyscy nawzajem motywowaliśmy się. Było to duże przeżycie i nie zapomnę go  zapewne nigdy.

Tekst napisany przez byłego drużynowego 28 ŁDH
i ówczesnego hufcowego ŁHH „Polesie”
phm. Adam Kralisz HO w październiku 2003 r.

Jeden komentarz

  • Z sentymentem czyta się Twój artykuł Adamie. Moje najlepsze wspomnienia obozowe także łącze z samodzielnymi obozami XV ŁDH z lat 1994-1996. Jednak w takich obozach pokazuje się siła drużyny. Co prawda Nas jeździło na nie 40 chłopa. Mieliśmy nieco lepiej w kuchni (była kucharka) oraz z zapleczem sanitarnym (był lekarz b. drużynowy XV). Ale mimo wszystko pamięta się pewnego ducha pracy i samodzielności.
    Artykuł pozwala postawić pytanie, czy dziś drużyna 16 osobowa może zrobić taki obóz jak Twój?

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *