Rzecz o ryzyku w drużynie wędrowników i w drużynach innych też
Bukowina kraina tajemnicza
W sierpniu tego roku wybraliśmy się do Rumunii. Pierwszy punkt programu – Bukowina. Tajemnicza kraina na granicy Rumunii i Ukrainy. Historyczną stolicą Bukowiny są Czerniowce (obecnie Ukraina), stolicą rumuńskiej części Bukowiny jest obecnie Suczawa. Bukowina to piękny krajobraz łagodnych gór i niesamowite dziedzictwo malowanych monastyrów prawosławnych. Dawno, dawno temu, w XIX wieku, przywędrowali tu Polacy – założyli kilka wiosek: Nowy Sołoniec, Pleszę i Kaczykę. W Kaczyce górnicy z Wieliczki założyli kopalnię soli, którą zwiedzać można po dzień dzisiejszy. Ostatniego lata Bukowina stała się sławna za sprawą powodzi, która ją nawiedziła – my widzieliśmy tylko jej skutki.
A więc Bukowina. Pojechaliśmy zobaczyć, jak tam jest, spotkać Polaków, przejść się w harcerskim mundurze po Polskiej wiosce leżącej 500 km od Polski. Pierwszego dnia zobaczyliśmy dwa monastyry i wyruszyliśmy z Monostyru Humorolui do Kaczyki. Droga wiodła przez nieznaczne wzniesienie i na mapie zapowiadała się na jakieś 2 godziny. Opuściliśmy wioskę i wyruszyliśmy w las.
Na szlaku
Wyglądało to na jakieś nieduże Beskidy, Gorce powiedzmy. Błotnistą drogą ruszyliśmy pod górę przez jakiś czas prowadzeni przez rumuńskie dzieci, z którymi ni w ząb nie dało rady się dogadać (rumuński podobno podobny jest do francuskiego, ale idąca z nami studentka romanistyki jakoś nie bardzo odnajdywała podobieństwa….). Podchodziliśmy pod górę, a droga, mimo iż na mapie była całkiem wyraźna, w terenie jakoby zapowiadała swój rychły koniec. Wreszcie to, co mieliśmy pod stopami tylko przy dużej dozie wyobraźni nazwać można było drogą – było to mokre, głębokie i zarośnięte. Ale dokądś owo zjawisko wiodło. Słońce powoli zmierzało ku horyzontowi, ale zostało mu jeszcze sporo drogi. Parliśmy w górę. Parliśmy, szliśmy, nacieraliśmy, maszerowaliśmy, wędrowaliśmy.
Wątpliwości
Ze strony drużynowej wędrowniczek pojawiła się wątpliwość – może zawrócimy? Ja byłem komendantem, szybko przeanalizowałem: nastrój grupy , odległość na mapie, porę dnia, charakter terenu, nasze wyposażenie, wreszcie gdzieś na końcu moje i grupy ambicje. Zdecydowałem – idziemy dalej. Słońce było niżej i niżej. Parliśmy. Zrobiło się szarawo. Parliśmy. DROGA! Znaleźliśmy drogę. I to taką, którą nawet największy sceptyk musiałby nazwać drogą. Nie żaden tam dukt, ścieżka, marna dróżka. Zwykła dwuśladowa leśna droga. Pytanie powstało jedno – dokąd owa droga wiedzie? Odnaleźliśmy oznaczenia szlaku, ale nie byliśmy w stanie, nawet studenci V roku geografii odgadnąć, w którą stronę należy iść do Kaczyki. Niewątpliwie w dół, a że staliśmy na kulminacji dół był z co najmniej dwóch stron. Poszliśmy w jedną ze stron. Słońce dawno już zrezygnowało ze współpracy. Wyjęliśmy wszystkie latarki, jakie mieliśmy. Ja dołożyłem czerwoną, rowerową lampkę – droga była czytelna, a jednak śliska, dlatego wydawało się to dobrym rozwiązaniem. Wyglądać co prawda musieliśmy jak ciężarówka Coca-Coli, ale czuliśmy się bezpiecznie. Nastroje były mieszanką zmęczenia, wydzielanych pod jego wpływem endorfin, niepokoju i ciekawości. Schodziliśmy łagodnie w dół. Ciemno. Leśnie. Schodzimy.
Idziemy? Nie idziemy?
Pojawia się propozycja – prześpijmy się rano będzie jasno i będzie wiadomo, co robić. Problemem była woda – kończyły nam się zapasy, dlatego chcieliśmy odnaleźć wioskę, najlepiej ze studnią. Pójdźmy jeszcze kawałek, na pewno wioska jest już za chwilę. Szliśmy jeszcze jakiś czas, dotarliśmy do strumienia. Zdecydowaliśmy, że tutaj zostaniemy na noc – mieliśmy namioty, teren był płaski – to wyjście wydawało się najlepsze. Niestety nie mieliśmy już wody. Ustaliliśmy, że spać będziemy w szyku bojowym – niewiasty w dużym namiocie pośrodku, chłopaki (tudzież chłopacy*) w mniejszych na flankach. Wyznaczyliśmy chętnych na ranną wyprawę rozpoznawczą (w domyśle do wioski) po napitek. Co odważniejsi się umyli, podziękowaliśmy Bogu za to, że jest z nami i poszliśmy spać. Obudziliśmy się jakieś 300 metrów od zabudowań wioski, w której po polsku mówią lepiej niż w niejednej pod Pabianicami…
Epilog
Góry nie były wysokie ale były to góry. Teren był nieznany, nawet kraj nie był naszym krajem. Niebezpieczeństwo istniało. Bez wątpienia. Czy decyzja kontynuowania marszu była właściwa? Czy nie narażaliśmy się niepotrzebnie? Czy w drużynie wędrowniczej można podjąć takie ryzyko? Tym razem skończyło się dobrze, jak mogło się skończyć innym razem? Podałem możliwie pełny opis sytuacji – wypowiedzcie się drodzy czytelnicy gdzie jest granica między przygodą a rozsądkiem. Swoje zdanie podam później.
Michał Grelewski
PS. Tytuł artykułu jest przewrotny. W żadnym razie nie jest mottem pracy instruktorskiej autora.
*chłopacy (reg.) – pradawne określenie młodych osobnikówpłci męskiej, w Polsce już nie używane, reliktowo zachowało się na Wielkopolsce. Czyli po prostu chłopaki ale po wielkopolsku.



4 komentarze
O noclegu już raczej nie myśleliśmy a jeno o napitku jakim… Gdybyśmy wiedzieli, że ta wioska tab blisko to pewnie zwiad by poszedł.
Czytając relację-artykuł starałem się wczuć w Waszą sytuację. Nie wiem, która była to godzina, kiedy słońce i horyzont zniknęły z Waszych oczu, ale rozumiem, że bliżej 22. Ja tam bym zostawił ludzi na rest przy strumyku i wysłał misję zwiadowców co by zlokalizowali wioskę oddaloną o 300 metrów od Was ;) Jeszcze pytanie, czy nie było już na tyle późno, aby znaleźć jakiś nocleg. Przecie bywało nie raz tak, że trza było z wioski wracać do lasu, bo tam łatwiej znaleźć kont do snu ;)
„Michał musimy poważnie porozmawiać …” podejrzewam, że tylko dlatego nie szliście do oporu ;) Ja tam pamiętam, że zawsze po wędrówkach leśnych (nawet tych na czuja) wychodziliśmy w Grabowej, a stamtąd było lekko
brak odpowiedzialności i wyobraźni! – takie hasło na wprawie, a raczej po niej się pojawiło. W trakcie dalszej wędrówki po Rumuni dowiedzieliśmy się o groźbie niedźwiedzi czyhających w rumuńskich lasach, choć jedynym napotkanym przez nas był chrapiący w nocy Mailo. Ryzyko podjęliśmy, ja bym zrobił identycznie. Smak przygody – to jest smak życia wędrowniczego!
Ekstra! – Nic dodać, nic ująć! :))