Artur niespiesznie przedzierał się przez leśne poszycie. Niedawno drużynowy poprosił go, by wieczorem opowiedział na ognisku drużyny gawędę – co oznaczało, że de facto rozkazał mu, by tę gawędę opowiedział. Dlatego też Artur zaszył się w lesie, szukając spokoju i natchnienia. Ostatniej nocy spał krótko – zresztą wszystkich poprzednich nocy też (takie uroki bycia w kadrze) – więc nawet typowy obozowy hałasik go rozpraszał.
Gawęda, tak… Artur pomyślał, że chyba opowie coś o aniołach. Taki pomysł na początek.
Wtem usłyszał za sobą dzwonek. Odwrócił się zdziwiony i jeszcze bardziej się zdumiał, widząc przed sobą lokaja. Takiego prawdziwego, dostojnego, ubranego w niebieską liberię ze srebrnymi zdobieniami. Lokaj trzymał w ręku pastorał, a na nim wisiał na białym sznurze złoty dzwonek.
– Czemu pan zadzwonił? – zszokowany Artur zapytał o pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy; jakby zdziwił go tylko dzwonek, a nie sama obecność takiego jegomościa w głuchym lesie.
– Dzwonię zawsze, kiedy ktoś mówi jakąś wierutną głupotę lub bzdurę – odparł dostojnie lokaj, lekko skinąwszy głową. – Panicz pozwoli za mną – odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie.
Artur bezwiednie podążył za nim.
– A… dokąd idziemy?
– Do posiadłości Jaśnie Pani.
– Posiadłości… W lesie? – brwi Artura chyba nie mogły unieść się już wyżej.
– Cóż, komuniści zawłaszczyli nasz poprzedni majątek. Salwowaliśmy się rejteradą w głuche lasów gmachy.
– A zdążyliście chociaż zabrać przed ucieczką, bo ja wiem, jakieś cenne obrazy?
Lokaj zadzwonił dzwonkiem.
– Gdzieżby. Na co komu obrazy, zjeść ich nie sposób. Zabraliśmy ze sobą za to sto dwadzieścia słoików przetworów babuni, świętej kobiety. Do tej pory nam dzielnie służą.
Ledwie skończył mówić, a dotarli do dobrze zamaskowanego szałasu. Lokaj otworzył wyplatane z gałęzi drzwi i gestem zaprosił harcerza do środka.
Artur wszedł do pomieszczenia na wpół wkopanego w ziemię. W przesączających się przez liściaste poszycie dachu promieniach słońca zauważył na ziemistych półeczkach jakieś złote przedmioty.
– Jednak jakieś rodowe skarby też udało się przenieść? – zaciekawił się Artur.
– Ależ nie – lokaj zadzwonił dzwonkiem. – To nagrody uznania dla naszej posiadłości w dorocznym plebiscycie na najlepszą szałaso-ziemiankę. Zostały przyznane przez czasopisma, kolejno: „Nasz podziemny dom”, „Ziemianka i wnętrze”, „Cztery kąty i grunt” oraz „Hobbicka nora”. Warto nadmienić, iż ta ostatnia jest wybitnie prestiżowa.
Artur z uznaniem kiwnął głową i ponaglony przez lokaja przeszedł do następnego pomieszczenia, gdzie przystanął jak wryty. Był to nieduży korytarzyk, w całości wykończony marmurowymi płytami.
– Skąd mają państwo tyle marmuru?
– A tam… – lekceważąco machnął ręką lokaj. – Sadziłem w ogródku marchew i dokopałem się przypadkiem do złoża skał metamorficznych.
Artur dopiero teraz zauważył przyczepioną na ścianie znaną z peronów tabliczkę „Strzeż się pociągu”, na której ktoś przerobił ostatnie słowo na „przeciągu”.
– Aż tak dokuczają tutaj państwu wiatry?
– A żeby panicz wiedział. Jak przychodzi halny, to kwiatki z korzeniami wyrywa – lokaj wskazał rząd doniczek z mizernymi roślinkami wewnątrz.
– No bez przesady. Jesteśmy setki kilometrów od gór…
Lokaj pokiwał głową z dezaprobatą i znowu zadzwonił.
– Proszę mi wierzyć, halny potrafi być bardzo nachalny… Ale, o wilku mowa!
Artur rozejrzał się, gotowy uskoczył przed atakującym wilkiem. Ale zamiast tego dojrzał, że przez jedno z okien gramoli się do środka starszy pan w kaszkiecie i podniszczonej tweedowej marynarce. Pokonawszy przeszkodę, uniósł czapkę w geście pozdrowienia.
– Henryk Halny, dzień dobry panom – przedstawił się i z miną świadczącą o gorliwie wykonywanych obowiązkach zaczął wyrywać roślinki z doniczek. Z korzeniami oczywiście.
– A… – wybełkotał Artur, ale lokaj gestem zaprosił go dalej, zupełnie ignorując działania Halnego. Harcerz przeszedł więc do następnego pomieszczenia, które okazało się okazałą salą balową. Kompletnie pustą, jeśli nie liczyć dwóch barokowych foteli stojących na środku. W jednym z nich zasiadała starsza jejmość, ubrana wypisz-wymaluj jak królowa Bona, włącznie z okazałą białą kryzą.
Lokaj podszedł do damy i gromkim głosem przedstawił ją Arturowi: – Hrabina Janina Nazioł de Brześć, herbu Kozioł alias Sześć, pani na Szałasie.
Kobieta wytwornie wyciągnęła przed siebie upierścienioną dłoń do pocałunku. Artur niestety nie znał się na konwenansach, więc podał jej swoją rękę i potrząsnął, wywołując tym dzwonek oburzonego lokaja.
– Ćwik Artur Warda ps. „Niewypał” – przedstawił się, po czym stwierdził, że brzmiało to zbyt krótko i blado, więc dorzucił: – przyboczny szóstej łódzkiej drużyny harcerzy „Gród” im. Kniazia Mścigniewa – nadal nie był ukontentowany, dlatego po chwili dodał: – Wielki Chorąży Szczepu.
Niedawno Rada Szczepu powołała kilka dodatkowych funkcji o wdzięcznych nazwach typu „Najwyższy Wezyr” czy „Nadprzestrzenny Kapitan”. Któż bowiem nie chciałby mieć dodatkowego dumnego tytułu w podpisie?
Hrabina wskazała Arturowi, by usiadł.
– Herbaty albo kawy? – zapytał natychmiast lokaj.
– Poproszę kawkę – harcerz uśmiechnął się na myśl o dawce kofeiny.
– Dla mnie też, Albercie. I bądź też łaskaw przynieść słoiczek konfitur.
Ledwie lokaj wyszedł z sali, a już sekundę później wrócił, tak że Artur nie zdążył nawet otworzyć ust i zacząć jakiejś rozmowy. Albert jedną ręką toczył przed sobą beczkę, w drugiej zaś trzymał dymiący imbryk. Pastorał z dzwonkiem przewiesił przez plecy.
Kiedy lokaj się zbliżył, Artur poznał, iż beczka tak naprawdę jest ogromnym słojem wypełnionym dżemem. Albert podtoczył ją obok fotelu hrabiny i otworzył, wręczając damie kopyść, którą ta zaczęła pałaszować przysmak.
Lokaj uchwycił imbryk w obie ręce i z pełną powagą zaczął wylewać gorącą, czarną kawę na śnieżnobiałą kryzę hrabiny.
– Dziękuję, Albercie – powiedziała w pewnym momencie hrabina i wysiorbała odrobinę napoju z kryzy. – Doskonała!
Artur nic nie mówił i niczemu się już nie dziwił. Nie znał się na zwyczajach wyższych sfer i najwyraźniej to było ogólnie przyjęte zachowanie.
Lokaj podszedł do Artura i wyraźnie się zasmucił.
– Nie ma panicz kryzy. Pożyczyć może..?
– A nie mógłbym dostać kawy w filiżance albo szklance? – zapytał nieśmiało Artur, licząc, że nie popełnia jakiegoś faux pas.
Lokaj odstawił na chwilę imbryk, by móc zadzwonić dzwonkiem.
– Nie sądzę. Etykieta wyraźnie mówi, że tak mogą pić jedynie weterani wojen napoleońskich, którzy nigdy nie wymówili słowa „kuropatwa”. Jak tuszę, nie podlegał panicz badaniu specjalnej komisji historyczno-laryngologicznej..?
– No nie… – zmieszał się Artur. – A tak przy okazji, to czemu akurat „kuropatwa”?
– Nie mam zielonego pojęcia, ale teraz to na pewno nie może panicz otrzymać filiżanki. Zatem czy pożyczyć kryzę?
– Dziękuję, odechciało mi się pić… – skłamał zrezygnowany Artur.
Lokaj wzruszył ramionami i z głośnym pluskiem wylał resztę zawartości imbryka na podłogę.
– Zatem, cóż pana do nas sprowadza? – zapytała hrabina pomiędzy kolejnymi łyżkami konfitury.
– Pani lokaj… Myślałem nad gawędą, a on mnie tu przyprowadził – odbąknął Artur.
– Ach, pan jest gawędziarzem! I jak, dopisały wena i muzy?
– Jak na razie wpadłem tylko na pomysł, by było coś o aniołach.
Rozległ się dzwonek lokaja.
– Albert ma rację, to stanowczo zła koncepcja – pokręciła głową hrabina, pryskając kawą na boki. – Ale bez obaw, zaraz przyniosę album ze zdjęciami, tam na pewno znajdzie pan jakąś inspirację.
– Świetny pomysł! – ucieszył się Artur i nie pojął zawczasu, dlaczego lokaj ponownie zadzwonił.
Zrozumiał to zbyt późno. Dwa razy próbował czmychnął, tłumacząc się potrzebą skorzystania z toalety; za trzecim razem hrabina przywiązała go łańcuchami do fotela i kontynuowała pokazywanie zdjęć z albumu i opowiadanie o nich.
Artur już wolałby, żeby były to jakieś nudne zdjęcia rodzinne z obowiązkowym tłumaczeniem zawiłych koligacji; z radością przyjąłby też fotografie piesków czy innych zwierzątek albo nawet znaczków pocztowych.
Lecz w tym albumie wszystkie zdjęcia były czarne jak noc, bowiem była to kolekcja portretów wykonanych z niezdjętą osłoną obiektywu. Na domiar złego hrabina dysponowała niesamowitą pamięcią lub bujną wyobraźnią, bo o każdej fotografii potrafiła opowiadać ponad kwadrans.
– … A na tym zdjęciu nie widać kuzyna Leona. Ma koło czterdziestu lat, brązowy płaszcz i białe buty. Stoi przed kościołem w Brześciu, dzień jest lekko pochmurny…
Na domiar złego lokaj co chwila dzwonił tym przeklętym dzwonkiem i dostojnie poprawiał wypowiedzi jaśnie pani; że na przykład kuzyn Leon miał tamtego dnia buty czarne, a ciotka Marta tak naprawdę na imię miała Małgorzata.
Artur wkrótce przestał już zwracać uwagi na słowa, dzwonek i całe otoczenie, chcąc tylko stamtąd uciec. Okazja wkrótce się nadarzyła, bowiem kolejny z pozoru błahy spór o imię pieska wuja Bohdana przerodził się w prawdziwą walkę na noże.
– Ahaha! – hrabina zaśmiała się perliście, z tasakiem w ręku okrążając lokaja. – Albercie, dobrze wiesz, że nie mam z tobą najmniejszych szans. W końcu byłeś dawniej zabójcą do wynajęcia.
– Jaśnie pani, wcale nie mam zwycięstwa w kieszeni – odparł pogodnie Albert, dzierżąc okropny majcher i trzymając bezpieczny dystans. – Wszak rusza się pani dużo żwawiej niż wskazuje na to pani wiek.
Wśród piekła świstów ostrzy i zgrzytania metalu, które zaraz się rozpętało, Artur wyswobodził się z łańcuchów i pognał co tchu do wyjścia. A przynajmniej tak chciał, okazało się bowiem, że posiadłość hrabiny Nazioł jest bardziej rozległa, niż wyglądała na pierwszy rzut oka.
Przerażony Artur gnał korytarzami, aż trafił niespodziewanie na ślepy zaułek. Na ścianie wisiało owalne zwierciadło, najwyraźniej magiczne, bo uprzejmie zapytało:
– Mogę w czymś pomóc?
– Chcę stąd jak najszybciej się wydostać! – wysapał harcerz.
– Wyznaczam optymalną trasę… – mruknęło lustro i po chwili wyświetliło mapę domostwa, nie mniejszą niż plan londyńskiego metra, z zaznaczoną zawiłą drogą. – Zawróć, za pięć metrów skręć w prawo, potem dziesięć metrów prosto…
Wywód zwierciadła zagłuszył dzwonek za plecami Artura. Harcerz obrócił się szybko, żałując, że magiczne zwierciadło nie miało funkcji zwykłego lustra. I momentalnie zamarł z przerażenia.
Nieskazitelnie wyprasowany strój Alberta był pokryty dość charakterystycznymi czerwonymi rozbryzgami. Także majcher w jego dłoni ociekał krwią.
– Jestem pewien, że najszybszą drogą wydostania się stąd jest przejście od razu na tamten świat! – rzekł dystyngowanie i wzniósł nóż w górę.
Artur zacisnął zęby, porwał zwierciadło ze ściany i rozbił je na głowie lokaja. Świat zamigotał w szklanych odpryskach, a gdy opadły, Artur był znów w lesie. Ból krzyża i wilgoć munduru na plecach podpowiedziały mu, że najwyraźniej uciął sobie nieplanowaną drzemkę na mchu.
– Paskudny koszmar – mruknął i wrócił do rozważań nad gawędą. Jak na razie miał tylko anioła… Ale pewien motyw ze snu podsunął mu pomysł.
—
Na wieczornym ognisku drużyny Artur opowiedział mądrą i smutną gawędę. Pokrótce mówiąc, była o młodym Jasiu, który sporo rozrabiał. W takich sytuacjach jego anioł stróż uderzał w dzwonek, by tknąć sumienie chłopca. I może na początku takie działanie przynosiło efekty w postaci chwili refleksji, ale z biegiem czasu Jasiu zaczął się przyzwyczajać do dźwięku dzwonka. Podrósł też, a jego wybryki zamieniły się w wykroczenia, potem zaś w drobne przestępstwa. Na darmo anioł bił na alarm; któregoś razu dzwonek w końcu zerwał się ze sznura i bezradny stróż moralności opuścił swojego podopiecznego, czując smak klęski i współczując Jankowi o zatwardziałym sercu.
Drużynowy pochwalił gawędę, po czym poprosił Artura, by prędko przyniósł z kadrówki zapomniane kartony i mazaki potrzebne na dalszą część ogniska, sam zaś w tym czasie zarzucił jakąś piosenkę.
Artur co tchu pognał do namiotu. Bez problemu znalazł pozostawione materiały programowe i już miał wracać, gdy z głębi namiotu usłyszał dźwięk dzwonka.
Odwrócił się i z przerażeniem dostrzegł lokaja.
– A prosiłem po dobroci, by nie było żadnych aniołów… – rzekł surowo lokaj i Artur ponownie usłyszał dzwonek, tym razem uderzający w jego głowę; chłopak padł zemdlony na ziemię.
– Co z nim zrobimy, hrabino? – lokaj rzucił pytanie w głąb namiotu, stojąc nieruchomo nad równie nieruchomym ciałem.
Hrabina Janina wyłoniła się z mroku.
– Ach… – zaśmiała się. – Zostawmy go, Albercie. Zaimponował mi chłopaczek – rozejrzała się po wnętrzu kadrówki. – No, czas na nas.
—
Drużynowy niecierpliwił się. Już trzecia piosenka leciała w charakterze czasoumilacza, a Artura nadal nie było.
„Co z nim?” – wściekał się. – „Gdzie go diabli ponieśli?”
– No właśnie niestety nigdzie… – usłyszał za sobą cichy i smutny głos. Odwrócił się prędko i wydało mu się, że w chaszczach na granicy widzialności coś się poruszyło.
A potem usłyszał jeszcze delikatny brzdęk dzwonka.
Jacek Tomaszewski HO
PS
Trzy słowa tym razem brzmiały tak: kawka, dzwonek, zwierciadło.
