Wszystko zaczęło się od informacji hufcowego. Początkowo nie interesowało mnie to, lecz gdy wszedłem na stronę „Wywiadowcy”, kiedy ukazał się nowy numer zobaczyłem artykuł o „Harcach Ćwików”. Zacząłem go czytać. Jak każdego młodego harcerza zainspirowały mnie słowa: ” Zabierz z sobą wszystko co do przetrwania w ciągu 24 godzin będzie Ci potrzebne”. Zaczęło mi się to coraz bardziej podobać. Gdy doczytałem do końca artykułu, gdzie padały wzmianki o rozpalaniu ogniska krzesiwem, mapach satelitarnych czy zdobywaniu meldunków za pomocą fotokodu lub bluetooth’a zdecydowałem, że wezmę w tym udział. Zbyt ciekawie się zapowiadało by to mnie ominęło…
Piątek, dzień jak każdy inny w tym miesiącu: pochmurny, chłodny, trochę deszczowy. Właśnie tego dnia, 6-go marca o godzinie 20.00 stawiłem się wraz z innymi „hardcorowcami” pod parafię św. Józefa w Łodzi. Od samego początku słyszeliśmy, że najbliższe 24 godziny będą dla nas bardzo ciężkie. I na to czekałem. Na samym początku dh Adam Kralisz dał znicze kilku osobom. Nie miałem pojęcia, do czego mogą się nam przydać. Ale po chwili wszystko się wyjaśniło- Droga Krzyżowa. Bardzo pomogła nam w skupieniu, podczas niej, czasami dawali znać o swoim istnieniu kibice ŁKS-u, którzy śpiewając pieśni dopingowali swoją drużynę grającą mecz z Cracovią.
Po przejściu czternastu stacji zostaliśmy podzieleni na trzy patrole. Każdy z nich dostał biografię znanych osób, z którymi musieliśmy się zapoznać. Moja grupa dostała Marka

Kotańskiego- wybitnego psychologa. Po krótkim poznaniu tych osób, zostaliśmy wywiezieni na działkę dh Pawła Joachimiaka w Łagiewnikach. Tam otrzymaliśmy kolejne zadanie- ułożenie ogniska (w patrolach). Ognisko, które zostało najlepiej ocenione miało być obrzędowym. Niestety nie rozpaliło się. Dodatkowo zaczął padać deszcz, lecz nie daliśmy za wygraną i ostatecznie udało się nam je rozpalić. Tematem ogniska był autorytet. Przedstawialiśmy na nim poznane wcześniej sylwetki- dlaczego są one teraz uważanymi postaciami. Po ognisku był czas na przygotowanie do ciszy nocnej. Wiedzieliśmy, że to jest zbyt piękne by było prawdziwe. Mieliśmy racje. Gdy rozkładaliśmy nasze śpiwory, dostaliśmy rozkaz: „przygotujcie się na spędzenie nocy w trudnych warunkach”. Wiedzieliśmy, że będziemy biegać lub robić coś podobnie męczącego. Ubraliśmy się ciepło i lekko, wyposażeni w latarki i kompasy wyszliśmy przed dom. Następnie dh Daniel Parra-Poklewski zaprowadził nas w okolice klasztoru Franciszkanów przy ul. Okólnej. Tam otrzymaliśmy mapy Łagiewnik i wyruszyliśmy w las na nocną orientacje. Czekało na nas czternaście punktów, które powinniśmy odwiedzić w max. półtorej godziny. Dla jednych było to zdecydowanie za mało, a dla innych za dużo. Ja uważam, że czasu było akurat. Nie można go było tracić na błądzenie. Wielkim utrudnieniem było ogromne błoto sięgające po kostki i padający deszcz. Ale i z tym sobie poradziliśmy, czego dowodem były maksymalne wyniki kilku osób.

Po przyjściu do domku (około godziny drugiej) mogliśmy położyć się spać oraz rozmyślać o tym, co przyniesie kolejny dzień. Kilka godzin później obudził nas głos dh Michała Stasiaka. Nie dało rady spać dłużej. Chwile później, po modlitwie porannej zabraliśmy się do śniadania (szykowało się coś ciężkiego). Po dopiciu herbatki dostaliśmy informacje, by zabrać ze sobą rzeczy, które przydadzą się nam do przetrwania w lesie. Po wzięciu kompasów, ciepłych rzeczy itp. wyruszyliśmy do lasu. Tam dostaliśmy mapy Łagiewnik z zaznaczonymi czternastoma punktami. Każdy musiał iść do swojego wyznaczonego. Po rozpoczęciu gry, udałem się, na punkt którym była przeprawa linowa. Musiałem sam się przygotować do bezpiecznego przejścia trasy. Najciekawsze był fakt, że niektóre przyżądy, których mogłem użyć widziałem pierwszy raz w życiu. Po kilku kombinacjach zobaczyłem co, do czego służy i mogłem się wspinać, a następnie zjechać na dół. Odmeldowałem się i ruszyłem w dalszą podróż. Poszedłem do punktu będącego najbliżej mojego położenia. Składał się on z dwóch części. Na początku musiałem podejść i klepnąć jednego z druhów, ale tak by mnie nie usłyszał. Po wykonaniu tego zadania, dostałem mini pistolet ASG i musiałem strzelić kulką w plecy drugiego druha punktowego. Zabawa była stylizowana na „babajaga patrzy”. Idąc do kolejnego miejsca natknąłem się na znak patrolowy i list. Była w nim wiadomość „PADNIJ!”. Od razu rzuciłem się na ziemię i tylko usłyszałem strzały lądujące w mojej okolicy. Po przeczytaniu wiadomości, poszedłem na strzelnicę. Ten punkt poszedł mi zdecydowanie najgorzej, ale nie martwiłem się tym. Udałem się w dalszą drogę. Po krótkim, strategicznym rozmyśleniu uznałem, że jeden punkt ominę, ponieważ było ryzyko, że do niego nie trafię. Poszedłem na krańcówkę przy SP nr 61. O dziwo nikogo tam nie zastałem, więc zadzwoniłem do dh Adama Kralisza z pytaniem co jest z tym punktem. Okazało się, że znajdował się on w… szkole. Zadaniem było zdobycie największej liczby punktów w grze „mahjong”. Nie lubię tej gry, ale dałem radę. Jako kolejny upatrzyłem sobie tzw. „strefę bluetooth”. Poszedłem do wskazanego na mapie miejsca i o określonej godzinie szukałem sygnału. Niestety go nie znalazłem. Okazało się, że wystąpił drobny problem techniczny. Z lekką nutką zawiedzenia udałem się na kolejny punkt na którym była samarytanka. Od pewnego czasu jest to moja mocna strona, więc ucieszyłem się, gdy zobaczyłem fantoma oraz usłyszałem treść zadania. Dostałem informację, że był wypadek samochodowy i muszę udzielić pierwszej pomocy. Egzaminował mnie student szóstego roku medycyny- człowiek, który zna się na rzeczy. Po wykonaniu zadania pochwalił mnie oraz powiedział, że dostałem maksymalną ilość punktów. Z uśmiechem na twarzy zacząłem biec do następnego punktu- historia harcerstwa. Gdy zobaczyłem ilość pytań (57) oraz ich jakość zrobiło się wesoło, gdyż były bardzo szczegółowe. Po upływie czasu na wykonanie tego zadania, udałem się dalej, gdzie był… golf. Ciekawie się zrobiło, gdy pierwszy raz w życiu trzymałem kij w swoje ręce. Wyobraziłem sobie, że jestem Tigerem Woods’em i rozpocząłem batalion z piłeczką. Sądziłem, że pójdzie mi gorzej, ale nie było tak źle i trafiłem piłeczkami do dołków. Kolejny punkt powinien być na jednym z skrzyżowań ścieżek w lesie. Niestety nikogo tam nie znalazłem. Rozmyślając, czy poszedłem źle spotkałem spacerującego, starszego pana. Swoim fachowym okiem spojrzał na mapę i potwierdził, że jestem w dobrym miejscu. Po chwili okazało się, że punktowy jest kilkanaście metrów dalej. Zadaniem było naprawienie zegarka, w którym wyleciały wskazówki. Zabrałem się do jego rozkręcania, lecz jak się okazało, niepotrzebnie to robiłem. Zadanie można było wykonać w około 10 sekund. Wystarczyło zdjąć pokrywę zegarka, a nie rozkręcać go całego. Do końca gry zostało mi około czterdzieści minut. Postanowiłem, że spróbuję wykonać jeszcze trzy punkty. Pobiegłem na parking, gdzie musiałem wykonać manewry samochodem. Szybko poszło, więc udałem się w okolice trzeciego stawu w Arturówku.

Tam był mini bieg po azymutach. Z racji tego, że zdejmowałem punkty, przyklejone do drzewa (byłem ostatnim uczestnikiem) zagubiłem się przy drugim. Niestety go odkleiłem i musiałem na „ślepo” szukać trzeciego punktu. Troszkę sprytu i cierpliwości dało mi efekt końcowy- trzeci punkt. Od niego już bez problemu dotarłem do mety. Po powrocie do domku, w którym spaliśmy, wzięliśmy rzeczy i udaliśmy się do siedziby okręgu. Tam mięliśmy mieć obiad. Gdy zobaczyłem, co na nas czeka, od razu wybaczyłem wszystkie męczarnie ostatnich godzin. Na blacie stał stos pizz. Zabraliśmy się do jedzenia. W czasie posiłku, ci, którzy byli na punkcie z bluetooth’em, mieli okazje go zaliczyć. Został nam wysłany plik mp3. Po jedzeniu usłyszeliśmy przedostatnie zadanie. Otrzymaliśmy piętnaście zdjęć oraz starą mapę, gdzie ulice były napisane cyrylicą. Musieliśmy zaznaczyć, gdzie znajdują się sfotografowane miejsca. Mogliśmy udać się w teren, porównując fotografie z rzeczywistością. Dzięki temu odnaleźliśmy kilka miejsc, a ja w tym czasie rozszyfrowywałem wiadomość przesłaną na telefon. Ostatnim zadaniem była gra gospodarcza prowadzona przez dh Piotra Czaińskiego. Polegała ona na prowadzeniu kopalni i zdobyciu jak największego kapitału. Niestety na jej początku musiałem zakończyć swoją przygodę z harcami, ponieważ tego dnia jechałem na biwak szczepu. Pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem w dalszą podróż.
ćw. Maciej Łuczak
84 ŁDH „Cichociemni”
