Ach ta ciekawość… :) Oczywiście domyślasz się, że ogłoszenie jest pewnego rodzaju prowokacją. Zastanawiasz się też zapewne, dlaczego „koniecznie harcerki”? No właśnie… spróbuję odpowiedzieć na pytanie: Czy moja żona musi być harcerką?
Dość dużo w ostatnim czasie rozmawiałem na ten temat z Instruktorami – zarówno tymi, którzy odnaleźli swoją drugą połowę w gronie harcerek jak i wśród kobiet „z zewnątrz”.
Wniosek z tego taki: jeśli jesteś czynnym Instruktorem, mocno się angażujesz w harcerstwo, jeżeli ta idea jest silnie zakorzeniona w twoim życiu – ożeń się z harcerką, a zwiększysz prawdopodobieństwo, że będzie „wilk syty i owca cała” (wilk – nadal będziesz czynnym harcerzem, owca – nie będziesz starym kawalerem). Idąc dalej tym kluczem, warto w drugiej kolejności pomyśleć o byłych harcerkach… Znowu przejaskrawiam, ale wrócę jeszcze do tego za chwilę.
Póki co myślę, że jest to odpowiednie miejsce, gdzie warto by przytoczyć słowa Druha Komendanta, który dowiedziawszy się o temacie mojego tekstu, śmiejąc się, powiedział: „zapewne będziesz wyrażał opinię, że ZHR jest zamkniętą sektą, w której dobieramy się w pary…”. Sektą może nie, ale pewną specyficzną i zamkniętą społecznością – na pewno tak.
Nie wiem czy pamięć mnie nie myli, ale jestem przekonany, że każdy harcerz z którym rozmawiałem stwierdzał: „zapewne z żoną harcerką jest dużo łatwiej” (oczywiście pod względem zrozumienia harcerskiego zaangażowania). Możecie się ze mną zgodzić lub nie (bo co prawda nie mam doświadczenia w tym względzie), ale śmiem twierdzić, że powyższa teza jest prawdziwa.
Pozwólcie, że poprę moje przekonanie przykładami. Mając jednak na uwadze czasowe ograniczenia Czytelnika i zdolność percepcji podam tylko kilka wybranych.
Zacznijmy od Instruktorów czy starszych harcerzy, którzy związali się z nieharcerką… Sami oceńcie – czy są nadal mocno związani i zaangażowani w sprawy ZHR-u, czy raczej coraz mocniej na uboczu, albo już w ogóle nieobecni? Dlaczego tak się dzieje? Wydaje się, że przyczyną jest niezrozumienie tego zaangażowania przez drugą stronę. Stara jak świat teza „bogaty nigdy nie zrozumie biednego” sprawdza się i w zestawieniu: żona – harcerz. Hipotetyczne (czy aby na pewno J) przykłady z życia:
- Nasza córka nie będzie harcerką – nie zostawię jej pod opieką nieodpowiedzialnej rówieśniczki!
- Nie będziesz w domu trzymał tych pudeł z archiwami jakimiś! A co to za nadpalone kije stoją w przedpokoju i brudzą ściany – masz je wynieść albo spalić do końca!
- Dlaczego w naszym samochodzie jest siano?
- Kochanie – następnym razem będę wiedziała, że te odznaki z munduru trzeba odpinać przed praniem…
- – Jestem na odprawie, oddzwonię jak skończę. – Świetnie, szkoda tylko, że ja już od godziny czekam na Ciebie z kolacją…!!!
Dużo można byłoby wymieniać, ale zostawmy to… Chciałbym skupić uwagę na poszukiwaniu kompromisu – czy jest on na tym polu w ogóle możliwy? A jeśli tak, to na czym miałby polegać? Istnieją (znowu podkreślę, żeby nie było) – moim zdaniem – dwie drogi jego osiągnięcia.
Pierwsza polega na „uharcerzowieniu nieharcerki”. To długa i żmudna praca, ale możliwa. Mamy kilka takich przykładów – w niektórych skończyło się na jakimś drobnym zaangażowaniu w sprawy ZHR-u (np. rzecznik prasowy Okręgu), a w innych nawet na oficjalnym wstąpieniu w struktury harcerek. Nie chcę nikogo w tym miejscu urazić, ale wydaje się, że jest to jednak w jakimś sensie próba nadrobienia tego co stracone – ożeniłem się z „nieharcerką” więc żeby mnie zrozumiała, muszę ją w to zaangażować. Nazywać to możemy: zarażeniem ideą, uharcerzowieniem – jak zwał tak zwał, każdy wie jaki jest tego cel.
Jednak co zrobić w sytuacji kiedy próbujemy, ale bezskutecznie? Zabieram żonę na odprawę, po której ona tylko się utwierdza w tym, że rozmawiamy godzinami o pierdołach. Zabieram na Zarząd, po którym wypomni mi minione trzy godziny i „zero” ustaleń, mało konkretów. Wówczas pozostaje mi odrzucić moje pozostałe pomysły – zabrania małżonki na zjazdy linowe, biwaki i inne…, żeby się bardziej nie pogrążać.
- Martynka nie pojedzie na obóz – te dzieci tam się nie myją – wiem, bo widziałam!
- Mam nadzieję, że nie będziesz zwoływał takich odpraw u nas w domu, bo to, co widziałam na Rewolucji to masakra była – stracony tylko czas…
- Kochanie – bardzo fajnie było, ale następnym razem zabierz mnie proszę do restauracji, nie na ognisko – kurcze, cała śmierdzę dymem…
Drugą drogą prowadzącą do kompromisu są ustępstwa obu stron. Chyba najlepiej będzie przedstawić to na przykładzie.
- Kochanie – ten urlop spędzimy razem na obozie harcerskim, a za rok pojedziemy z dziećmi na „zwykłe” wakacje. I tak na zmianę.
Ja odpuszczam sobie „dzikie wakacje”, a żona raz w roku bierze w nich udział. Jest to sprawiedliwe. Oczywiście nie obędzie się bez znacznych zmian w obozie – począwszy od drewnianej podłogi w namiocie i placu zabaw dla dzieci w zgrupowaniu; aż na skomplikowanej pionierce szafek z szufladami skończywszy… Najważniejsze jednak, że „wilk syty i owca cała”.
Podsumowując… Mam świadomość, że temat sam prowokuje by napisać więcej. Stosując jednak zasadę: „lepszy niedosyt…” zakończę w tym miejscu taką oto puentą:
Druhu! Absolutnie nie próbuję przekonywać, że harcerka jest „lepszą żoną” (choć przyjrzyj się harcerskim parom…). Celowo przejaskrawiam temat, żeby zmusić do refleksji. Bez względu na to, „skąd” będzie Twoja towarzyszka życia, pamiętaj – relacje z Nią buduj tak, żebyś nigdy nie musiał stanąć przed wyborem „Albo harcerstwo, albo ja”! Bo choć wybór wydaje się wszystkim oczywisty (moim zdaniem), wewnętrznie, wcale nie jest prosty. Wystarczy zapytać tych co rezygnują ze swoich pasji na rzecz bliskich, których kochają… Czy żałują? – pewnie nie. Czy źle zrobili? – tym bardziej nie. Ale czy było to naprawdę konieczne? Życzę Wam, abyście takich wyborów dokonywać nie musieli, bo ZHR potrzebuje, bardzo potrzebuje dorosłych i doświadczonych Instruktorów.
PS. Teraz mogę zdradzić autora (ogłoszenia) – Jojo :)
11 komentarzy
znam pary harcerskie, które są wzorowymi małżeństwami – ludzi pełnych wzajemnego szacunku, niezależnych, o otwartych głowach.
znam też pary „mieszane” – też niczego im nie brakuje.
znam małżeństwa, które harcerzy widują tylko czasem w tv, a mimo to także są świetnymi ludźmi i budują swój związek mądrze i w oparciu o wartości.
znam pary harcerskie, którym w małżeństwie wiedzie się źle. harcerstwo bowiem ciągle rywalizuje ze związkiem. i nie wiadomo, jak to rozwiązać.
„Według mnie – to wszystko zależy od tak wielu czynników, że można by napisać przynajmniej kilka obszernych artykułów” – pisze Seba. I w zasadzie to jest chyba płęta.
Żeby nie było za różowo – nie zawsze życie żony harcerza (a także męża harcerki lub nie-harcerki) jest łatwe, ale kto powiedział, że życie jest jak bułka z masłem, no a jak już zupełnie nie mamy sił, to szczera rozmowa powinna odnieść pozytywny skutek … choćby na chwilę :)
Muszę przyznać, że niezwykle pouczająca jest ta dyskusja. Przede wszystkim w bardzo jaskrawy sposób pokazuje jak bardzo nasz „punkt siedzenia” wpływa na nasz „punkt widzenia”. Ja jako żona-harcerka zupełnie inaczej odebrałam ten artykuł niż tzigi. Zapewne dlatego, że w pewnym sensie moja (nie dosłownie oczywiście) kandydatura na żonę jest w nim gloryfikowana. Nie znaczy to jednak, że zgadzam się pod tym względem z autorem. Uważam, że każda z opcji ma swoje plusy i minusy, ale tak naprawdę to, czy będziesz w danym związku szczęśliwy zależy od tego jaką osobą jest twoją ukochana a to czy jest, czy nie jest harcerką ma drugorzędne znaczenie. Co więcej niektóre z przytoczonych przez autora potencjalnych słów padających z ust żony-nie harcerki mogłyby z pełną świadomością paść również z moich a zdecydowanie nie uważam siebie ani za „kurę domową”, ani pozbawioną empatii, ani tym bardziej za kogoś, kto się wywyższa z powodu przynależności do takiej, czy innej organizacji. Myślę (i mam taką nadzieję), że autor nie miał zamiaru obrazić w tym artykule żon-nie harcerek, ale muszę przyznać Pawle, że trochę tak się stało i warto byłoby to naprawić.
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że harcerstwo może ograniczać nasze horyzonty, ale tylko wtedy jeśli sami na to pozwolimy. I kto mi powie, że posiadanie bardzo pasjonującego hobby też w pewnym sensie nie ogranicza horyzontów i nie kieruje naszych działań w tę jedną stronę. Trzeba jednak pamiętać o zdrowym rozsądku. Mogłoby się wydawać, że mój dość mocno harcersko zaangażowany mąż nie ma czasu na nic poza harcerstwem, a jednak kończy właśnie doktorat, uczy się nowego języka, bierze udział w szkoleniach, które mają rozwinąć jego, a nie tylko chorągiew i wspólnie wyjeżdżamy na wakacje do pięknego miejsca, które zawsze chciałam odwiedzić i nie odbywa się tam obóz harcerski. Można być harcerzem i mieć żonę-harcerkę i mimo tego żyć normalnie, tak samo jak mając żonę nie-harcerkę, to tylko kwestia pokładania sobie priorytetów. Harcerstwo ma wychowywać do życia w społeczeństwie a nie do życia w zamkniętej społeczności i mam przynajmniej nadzieję że w naszym przypadku to się udało. Bardzo bym chciała żeby słowa „całym życiem” nie były przeistaczane w „całym życiem służyć harcerstwu”, bo oznaczają „całym życiem służyć Bogu, ojczyźnie i bliźnim” a ten model zdecydowanie daje gwarancję na szczęśliwe życie u boku żony-harcerki i nie-harcerki.
Co do mnie natomiast, to też mam dość ambitne plany i pracuję w większym wymiarze godzin, niż 8-16, a mimo to znajduję czas na zrobienie kolacji, cóż… może dlatego, że mój mąż robi mi codziennie śniadanie :)
Ja tylko jedną rzecz dodam, my harcerze z ZHR-u może i jesteśmy troche zadufani w sobie, pyszni i ogólnie dumni z siebie że jesteśmy w tym elitarnym harcerstwie a nie w masówce (tak myślimy, a rzeczywistość pewnie taka nie jest) ale poza tym jest mnóstwo cech które posiadamy i dla kogoś kto nie jest w ZHR-ze może to być super obce i dziwne. Ja posiadając narzeczoną instruktorkę i kłucąc sie z nią nie jeden raz, wiem że jednym z moich najczęstszych argumentów jest zdanie: a ty jak byś była na moim miejscu też byś tak zrobiła (chodzi o sytuacje w których poświęcam sesje, nauke, obowiązki swój wolny czas na drużynę w której nagle(!) coś się psuje i potrzebna jest ingerencja, albo pomoc w organizacji kursu itp.) racjonalnie myśląc nie zrobiłbym czegoś takiego, ale jestem tak przesiąknięty ideą i tak w nią wierzę że jestem w stanie poświęcić wszystko dla niej. I życzę powodzenia wszystkim szukającym żony nie harcerki która zrozumie że ważniejsze jest dla mnie bieganie z dzieciakami w lesie niż umówiona wcześniej randka w jej urodziny.
a co do kobiet noszących spodnie to proponuje posłuchać wykładów księdza Pawlukiewicza :)
i nie chcę rozpętać kolejnego tematu burzy w stylu czy kobieta powinna pracować czy dbać o ognisko domowe ale mam na ten temat swoje dość stanowcze zdanie.
a poza tym co myślicie o facecie który chodzi w spódnicy? podobne myśli nasuwają mi się na myśl o kobietach które ich nie wkładają
Według mnie – to wszystko zależy od tak wielu czynników, że można by napisać przynajmniej kilka obszernych artykułów – a początkiem wszystkiego (w moim przekonaniu) byłoby podejście, jakie wobec harcerstwa prezentuje mężczyzna.
Celowo piszę o harcerstwie, a nie o organizacjach, bo mam znajomych w każdej harcerskiej organizacji i wiem, że na poziomie poczucia własnej wartości każda działa tak samo – i jest to całkowicie zrozumiałe – każdy, należąc do jakiejś grupy, jeśli jest ona dla niego ważna – będzie jej bronił. Więc tutaj nie zgadzam się z tym, co pisze tzigi o tym, że to ZHR jest tą organizacją, w której ludzie są najbardziej zadufani w sobie.
Podejście do harcerstwa jest różne – dla mnie harcerstwo to sposób życia, ale przede wszystkim moja służba Polsce, Bogu i bliźnim. Moja własna droga, którą świadomie wybrałem poznając – o czym trochę pisze Michał – inne środowiska i organizacje. Uważam, że chcąc zmienić Polskę i sprawić, aby moje dzieci i wnuki żyły w lepszych warunkach niż ja, konieczne jest wychowywanie młodzieży. A Ruch Harcerski, spośród może nie wszystkich, ale na pewno tych kilkudziesięciu organizacji, które działają z i dla młodzieży – jest moim zdaniem najlepszym miejscem. I dlatego nie chcę spełniać się gdzie indziej, ponieważ dzięki i w harcerstwie jesteśmy w stanie robić wszystko, co tylko chcemy – od działania z małą grupą, po organizację imprez masowych na skalę miasta, kraju, czy nawet dalej.
Każdy z nas tak naprawdę rozumie harcerstwo na swój sposób – dla jednych to przede wszystkim znajomi i kupa świetnych przygód. Dla innych to okazja do tego, aby nabyć pewne umiejętności, które mogą się kiedyś przydać. I tak dalej.
Z miłością jest tak samo – nie można tu generalizować. Ja wybrałem drogę wychowawcy i wiem, że nie da się nikogo do niczego zmusić, ale staram się pokazywać moim podopiecznym, że trzeba ze związkami być bardzo ostrożnym i dbać o to, aby nie zgubić przez nie siebie.
Konkrety? Miałem dwóch przybocznych, którzy „zakochali się” w dziewczynach spoza harcerstwa. Bardzo szybko skończyło się to problemami z tym, czy innym punktem Prawa Harcerskiego i chłopaki (przyboczni!) odeszli z drużyny – pomimo tego, że ostrzegałem ich przed tym, że wg. mnie nie postępują najlepiej, bo da się to pogodzić, a ich druga połówka powinna to rozumieć. Jeden się zaręczył, planował ślub, drugi miał dziewczynę parę lat, ale z roku na rok było pod górkę.
Obaj rozstali się ze swoimi miłościami i do harcerstwa nie powrócili – kilka lat związków sprawiło, że nie mogli wrócić do życia zgodnego z harcerskimi ideałami i wartościami które – nie ukrywajmy – nie są proste.
Sam również mam dwa przykłady, doświadczenia osobiste. Miałem dwa poważne związki w swoim życiu i oba uważam za udane. Pierwszy – trwający trzy lata z nie harcerką i drugi, który zakończył się ślubem i małżeństwem – z instruktorką. Jak pisałem na początku – wszystko zależy.
Dziewczyna nie harcerka wiedziała, co oznacza dla mnie harcerstwo i oczywiście nie było bez zgrzytów (ale nawet w związku z harcerką one występują) a drużyna, którą w czasie tego związku prowadziłem dość intensywnie – rozwijała się i było super – ja rozwijałem się również. Niestety, wyszło jak wyszło i związek upadł. Jedynym problemem, który wspominam było Prawo Harcerskie. Ona piła, ja nie piłem – i czułem się z tym często głupio. Na szczęście wytrzymałem ;)
Związek małżeński między harcerką a harcerzem to coś cudownego – i nie ma co tutaj znów pisać, że to tylko w harcerstwie tak jest. Tak jest wszędzie tam, gdzie ludzie wiążąc się wywodzą się z wspólnej działalności – zrozumienie dla pracy społecznej, często bezinteresownej, zawalanie różnych innych „strasznie ważnych rzeczy” kosztem dobrej drużyny – zrozumieć w pełni z pewnością łatwiej jest, kiedy obie połówki są zaangażowane w społeczną działalność – niekoniecznie harcerstwo, ale coś, co jest pracą na rzecz innych – a nie tylko myślenie o sobie samym (nie chcę obrażać tu – naśladując poprzedników, którzy podkreślali, że nie chcą obrażać tych, czy tamtych ;) – osób, które społecznie nie działają!), pogoni za pieniędzmi, sławą, awansami i karierą.
Nieważne, czy to harcerstwo, oaza – czy inne miejsca, gdzie ludzie dbają o swoje wnętrze, formują się, pracują nad sobą. Zawsze będzie tak, że będzie łatwiej żyć i dalej działać w danym Ruchu, jeśli druga osoba również w nim działa, rozumie, sama ma własne zajęcia – a przy okazji wyznaje takie same wartości. Wiecie, jak łatwo przestrzegać Prawo Harcerskie przy żonie instruktorce? I odwrotnie – pomagamy sobie wtedy, kiedy jest źle, a nie kusimy do złego. Nie ma problemu pod tytułem „Wstydzę się, że moja dziewczyna pije, a ja nie – a do tego nie bawię się dobrze na imprezie tak jak ona – a co więcej, często mnie namawia, żebym wypił – przecież nikt nie widzi”.
Piszę chaotycznie chyba, ale to wina nieprzespanej nocy – i też powiem Wam, że niewiele żon wytrzyma to, że ich mąż chodzi ileś czasu nieprzytomny, niewyspany i tak dalej ;) Kończąc – jak pisałem na początku – wszystko zależy od podejścia do Ruchu harcerskiego. Jeśli działanie w nim jest dla nas przygodą – łatwo znajdziemy substytut. Jeśli drogą życia, służby, pracy wychowawczej mającej na celu poprawę sytuacji Ojczyzny – tej małej i tej dużej – to wiadomym jest, że związek będzie dużo bardziej narażony i chyba jednak życie pokazuje, że te małżeństwa harcerskie trwają w Ruchu dalej. I dobrze, bo dzięki ich pracy to nadal się kręci i kręcić będzie, a moje dzieci i wnuki będą mogły zdecydować same, czy chcą iść tą samą drogą, czy inną – to będzie ich wybór.
I na sam koniec – tzigi – zdecydowane TAK dla kobiet w sukienkach, spódniczkach. Spodnie zostawcie facetom! ;)
Jak pisałem – wszystko zależy
Jedna z ciekawszych dyskusji na Wywiadowcy!
Dzięki Jojo za wbicie kija w mrowisko, dzięki tzigi za wylanie na nas słusznego kubła zimnej wody i precyzyjne punktowanie naszych przywar (myślę, że nie autora artykułu ale jakiegoś takiego uśrednionego harcerza), dzięki Wojciech za głos rozsądku. Poznanie dziewczyny, która nie jest harcerką/poznanie chłopaka który nie jest harcerzem nie musi być szokiem kulturowym, zderzeniem cywilizacji – jak zdajesz się to Joju przedstawiać. Może to być zupełnie nowe otwarcie na świat, zobaczenie tego, czego się wcześniej nie widziało. Dla mnie wybrana została taka właśnie droga i ciesze się każdego dnia z tego, że mogę poznawać coś innego. A akurat to, że ja jestem harcerzem a moja narzeczona harcerką nie jest to jedna z mniejszych różnic między nami :). Oczywiście – harcerskie małżeństwa są świetne, to się sprawdza, ale! przecież nie tylko takie mogą być świetne. To co mnie najbardziej martwi w naszej organizacji – o czym pisze i tzigi i Wojtek, ja też się dołączę – to nasze zamknięcie na świat. Nasze przyzwyczajenie do tego, że zbiórki należy robić tak jak robił nasz zastępowy (bo był dobry), a wszystkie imprezy sumiennie co roku odbębniać. Przywiązanie do tradycji ale w taki sposób, który nie pozwala przeniknąć do środka niczemu nowemu. I wynikające z tego przeświadczenie, że harcerze są owymi nadludźmi – skąd mamy wiedzieć, że poza harcerstwem nie jest tak źle skoro… w ogóle nas tam nie ma? Drodzy harcerze i drodzy harcerki – apeluję więc (pozwolę sobie na taki dydaktyczny ton, a co tam!) – nie zamykajcie się w waszych harcówkach. Rozglądajcie się po świecie, szukajcie, patrzcie, spróbujcie naprawiać świat w innym niż harcerstwo miejscu. Być może po tym doświadczeniu dojdziecie do wniosku, że harcerstwo jest jednak najlepsze (według mnie – pod wieloma względami jest), a może będziecie chcieli do harcerstwa wprowadzić coś co zobaczyliście na zewnątrz – co jest dobre a u nas tego nie ma. Być może znajdziecie coś co jest od harcerstwa lepsze? Jeśli to będzie wasz świadomy, przemyślany, nieimpulsywny wybór to też wyjdzie wszystkim na dobre. A może to czego nauczyliście się w harcerstwie zaniesiecie w świat i gdzieś ktoś powie – harcerstwo zrobiło z niej/niego porządnego człowieka! W każdej opcji wygrywacie, sytuacja jest typu win-win. Nie bójcie się żon/mężów nieharcerskich a będąc w związku harcerskim wspólnie szukajcie czegoś więcej.
A niech to, jakże moralizatorsko wyszło, pora kończyć.
Chciałabym sprostować – owszem, moje powtórzenie ostatniego zarzutu trochę rozminęło się z myślą pierwotną, ale nie miałam zamiaru sugerować, że różnice ideowe mają spowodować mniejsze zaangażowanie w ZHR męża nieharcerki. Zarzucałam autorowi nieuwzględnienie w artykule tego, że żona może świadomie i z góry nie życzyć sobie uharcerzowiania jej i, że za takim zachowaniem może stać niezgodność ideowa z ZHR-em, a nie niechęć do niemycia się, zapachu dymu z ogniska czy mało konstruktywnych odpraw albo czegokolwiek równie trywialnego.
I jeszcze do Wojciecha – „posiadanie żony” brzmi jak myśl z czasów biblijnych, kiedy kobietę się kupowało od ojca (jak Jakub Rachelę [i przy okazji niechcący Leę] od Labana). Lepiej napisz „bycie w związku małżeńskim”.
Uświadomiłem sobie, że w swoim komentarzu mogłem kogoś urazić. Absolutnie nie było to moją intencją. Określenia „kura domowa” użyłem za przedmówcą by uwypuklić pewną postawę i absolutnie nie powinno być to poczytane pejoratywnie. Darzę ogromnym szacunkiem, wszystkie kobiety, które kosztem kariery poświęcają się trosce o domowe ognisko. Naprawdę.
Zgadzam się z tzigi w niemal wszystkich zarzutach dotyczących artykułu. Jako harcerz zaręczony z nie harcerką mogę też potwierdzić, że wydźwięk tego tekstu może być odczytany jako obraźliwy wobec nie zrzeszonych w ZHR.
Zgadzam się też z autorem co do podstawowej tezy: Żeniąc się z nie-harcerką bardzo zwiększasz szansę na to, że twoja działalność harcerska będzie, łagodnie mówiąc, mniej intensywna, a w większości przypadków przestaniesz się angażować w ogóle. Natomiast wynika to z zdecydowanie innych powodów niż przedstawione w artykule.
Nie jest to konsekwencja wredności i chęci podporządkowania sobie mężów przez nie-harcerki. Zakładam, może idealistycznie jako nieżonaty, że kochająca żona zawsze pozwoli realizować się mężowi w jego pasji , jakakolwiek by ona nie była, pod warunkiem, że jest na to czas. I to jest to miejsce gdzie nie zgadzam się z tzigi: różnice ideologiczne nie są wielką przeszkodą, a na pewno nie powodem, który wpłynie na nie angażowanie się harcerskie męża. Po pierwsze trudno mi sobie wyobrazić by jakiś przesiąknięty harcerskimi ideałami harcerz poślubił kogoś o totalnie przeciwstawnych poglądach, a po drugie jest przecież miejsce na różnice zdań czy poglądów, a wzajemne poszanowanie małżonków sprawi, że może to być temat dyskusji, ale nie argument za ograniczaniem społecznej działalności.
Moim zdaniem tym co sprawia, że poślubieni nie-harcerkom instruktorzy/harcerze znikają z organizacji jest otworzenie przez małżonkę okna na inny świat i zmiana priorytetów. Jak zauważa autor ZHR zamyka w małym środowisku. Obserwując najbardziej zaangażowanych dorosłych, żonatych łódzkich instruktorów, których podziwiam, zauważam, że harcerstwo jest dla nich całym życiem. Wszystkie plany podporządkowują aktywności w organizacji, całe ich życie „kręci się” wokół ZHR. I nie żeby było w tym coś złego! To ich wybór i dla organizacji tak pewnie jest najlepiej, a posiadanie żony harcerki ułatwia takie życie.
Co jednak gdy nie postawimy harcerstwa na pierwszym miejscu? Gdy chcemy się realizować też na innych polach? W trakcie nauki, studiów mamy dużo wolnego czasu, nawet udzielając się w wielu miejscach, cały czas możemy znaleźć czas dla naszej nie-harcerskiej dziewczyny. Potem jednak studia się kończą, żenimy się i sprawy się komplikują.
Może jestem przesiąknięty warszawsko-sghową rzeczywistością, ale szczęśliwi ci, którzy na początku swojej zawodowej kariery pracują od 8 do 16 i jeszcze w tym czasie mają czas na harcerskie maile. Dzisiaj standardem staje się praca 10-12 godzin dziennie, a nie rzadko młody pracownik jest zmuszany do zabierania pracy do domu na weekend. Do Tego dochodzą obowiązki domowe, związane z opieką i wychowywaniem dzieci i… tydzień zagospodarowany niemal w całości. To co zostaje można by poświęcić na harcerstwo, ale tylko jeśli twoja nie-harcerska żona jest taką opisywaną przez autora kurą domową. Bo co jeśli nasza małżonka, też ma ambitne plany zawodowe, które sprawiają, ze pracuje w podobnym wymiarze godzin? Tutaj opieka na dziećmi wymaga pełnego zaangażowania męża, a na działalność poza domem po prostu nie ma czasu ( i mąż też musi prać i gotować kolacje :). I to jest powód dla którego instruktorzy „znikają”. Posiadanie żony nie-harcerki po prostu oddala nas od ciepłego środowiska ZHRowego i przyczynia się do zmiany priorytetów.
Na koniec o kompromisach. Przytoczony przez autora przykład: jedne wakacje w lesie z harcerzami następne pod palmami Tunezji wydaje mi się bajkowy i świadczy o tym, że autor nie próbował go wynegocjować. Moim zdaniem, jeśli by się to udało więcej niż raz to znaczy, że poślubiłeś harcerkę. Tyle, że może nie w mundurze.
Nie będąc harcerką, ale za to będąc w związku (co prawda nie małżeńskim) z harcerzem (co prawda nie instruktorem) już trzeci rok i z podpuszczenia tegoż harcerza, uważam się za wywołaną do odpowiedzi.
Artykuł mnie drażni z kilku powodów.
Pierwszy jest dość subiektywny – u większości moich znajomych harcerzy ZHR-u (mam też znajomych harcerzy ZHP-u, u których takiego stanowiska nie zauważyłam) widać przekonanie o wyższości absolutnej harcerzy i harcerskiego sposobu życia nad nieoliwkowymi i nieszarymi masami. Z tego artykułu przebija właśnie takie poczucie podziału na aryjczyków i Untermenschów. Opisany tutaj instruktor zostaje niejako białym Amerykaninem czy mieszkańcem RPA żeniącym się z murzynką w czasach apartheidu. Nieharcerka jest gorsza i życie z nią jest od razu wyrzeczeniem, więc decydując się na ślub rzeczony instruktor zniża się do poziomu nieharcerzy (czyli tych innych, gorszych, właśnie). Ale to tylko moje odczucie – nie sądzę, żeby dało się na jego temat merytorycznie dyskutować.
Drugi powód jest następujący: autor zakłada, że to nieharcerka (bądź nieharcerz – jeśli by odwrócić płci w tej sytuacji) ma się zmieniać. Owszem, pisze, że sprawiedliwie jest dojść do kompromisu w sprawie wakacji, ale pomija całościowy obraz sprawy. W takim zaś obrazie sprawy przedstawione są za to metody „uharcerzowienia” (co niebezpiecznie kojarzy mi się z „uczłowieczaniem” Tytusa z komiksu Papcia Chmiela). Wygląda na to, że autor nawet nie pomyślał o sytuacji, że to mąż może pójść na jakieś ustępstwa, wyjść wcześniej z odprawy, sam zrezygnować z prowadzenia obozu itd.
Jestem także bardzo ciekawa, co autor ma na myśli pisząc „żebyś nigdy nie musiał stanąć przed wyborem „Albo harcerstwo, albo ja”! Bo choć wybór wydaje się wszystkim oczywisty (moim zdaniem)” Jeśli oczywistym wyborem jest porzucenie żony/dziewczyny/towarzyszki życia, to potwierdza moją tezę o uznaniu wyższości absolutnej harcerstwa, a jeśli odpowiedź brzmi „porzucenie harcerstwa”, to czy nie zakrawa na schizofrenię przekonywanie do „uharcerzowienia”, kiedy „oczywistym wyborem” staje się porzucenie własnej drogi harcerskiej?
Po trzecie w artykule nie podoba mi się powielanie krzywdzących wzorców – spójrzmy na to, jakie przykłady możliwego sprzeciwu daje autor. Otóż żona zostaje stworzeniem siedzącym w domu przy garach:
– Jestem na odprawie, oddzwonię jak skończę. – Świetnie, szkoda tylko, że ja już od godziny czekam na Ciebie z kolacją…!!!
stworzeniem, które pierze mundur harcerza i jeszcze robi to głupio i nieudolnie: „Kochanie – następnym razem będę wiedziała, że te odznaki z munduru trzeba odpinać przed praniem…”
stworzeniem, które nigdy w życiu nie skalało się spaniem w namiocie: „Oczywiście nie obędzie się bez znacznych zmian w obozie – począwszy od drewnianej podłogi w namiocie” – jeśli żona wymaga drewnianej podłogi, to znaczy, że w konstrukcie myślowym autora nigdy w życiu nie widziała namiotu od środka i boi się/brzydzi się wszystkiego i chce się od tego odrodzić tą drewnianą podłogą. Bo harcerze mają monopol na wyjazdy pod namiot, czyż nie?
wreszcie, co chyba najgorsze, stworzeniem pozbawionym chociaż krztyny empatii: „wydaje się, że jest to jednak w jakimś sensie próba nadrobienia tego co stracone – ożeniłem się z „nieharcerką” więc żeby mnie zrozumiała, muszę ją w to zaangażować” – wynika stąd, że opisywanej żonie nieharcerce brakuje zdolności wczucia się w sytuację i zrozumienia uczuć męża.
Z powyższych przykładów (a wybrałam tylko część stereotypów z artykułu) wynika jasno, że żona nieharcerka jest głupią kurą domową.
Czwarta sprawa wiąże się z trzecią, ale należy ją rozpatrywać pod trochę innym kątem. Chodzi mi tutaj także o powody możliwych sporów z żoną. Autor pominął zupełnie kwestie ideologiczne. Przecież kobiety też umieją myśleć i mogą nie zgadzać się z ZHR-em w tej czy tamtej sprawie. Taka sytuacja nie jest komfortowa w związku, ale nie musi prowadzić do rozstania. W tym artykule natomiast żona nie ma problemów ideowych z ZHR-em, ma tylko problemy natury praktycznej. Autor w ogóle nie przemyślał sytuacji, w której żona nieharcerka jest nieharcerką ze świadomego i zdecydowanego wyboru. Wiem, harcerzowi ciężko jest sobie wyobrazić, że ktoś nie chce należeć do ZHR-u (bo myśl tym, że ktoś chce należeć do:
a. tego podłego wiecznie pijanego ZHP
b. tych prawdziwych fanatyków katolickich – Zawiszy
c. jakiejśtam nieliczącej się drobnicy
prawdziwemu harcerzowi ZHR-u nie przejdzie przez gardło/palce na klawiaturze) przy niezłej znajomości tej organizacji. Ja się czuję przykładem takiej sytuacji – w grupie moich bliskich znajomych harcerze łódzkiego ZHR-u stanowią pewnie ponad 90%, są to ludzie mi bliscy albo bardzo bliscy, znam nieźle (chociaż na pewno nie idealnie) funkcjonowanie harcerstwa i pewne sprawy zakulisowe, widzę, jak działa metoda harcerska i jakie są jej „produkty” – i większość tych spraw, które widzę i których doświadczam mi się podoba. Jednak nie przekonuje mnie to do dołączenia do ZHR-u. Przeszkodą są dla mnie sprawy natury ideologicznej (oraz kwestia munduru żeńskiego – myśl o tym, że ktoś miałby mnie zmusić do noszenia ubrania, które nie jest spodniami jest dla mnie obmierzła [jeśli ktoś z moich znajomych jeszcze wątpił, czy dobrze zgadł tożsamość autorki tego komentarza to w tej chwili wyzbył się wszelkiej niepewności]) – w pewnych kwestiach mam na tyle dokładnie życiowo ustalone poglądy (i to chwilami o 180 stopni inne od tych prezentowanych przez ZHR), że przystąpienie do tej organizacji oznaczałoby w takiej sytuacji albo życie w ciągłym kłamstwie, albo w ciągłej schizofrenii…
I żeby ten ekskurs autotematyczny nie był bez sensu, przypomnę mój ostatni zarzut wobec artykułu: autor pomija kwestie ideologiczne (ważniejsze moim zdaniem od kwestii czysto materialnych), jako motyw możliwej niezgody z żoną nieharcerką.
myślę też, ze kluczową kwestią jest to, że nie harcerka, nawet gdy przyjdzie na odprawę/zjazd linowy/obóz, to nie wejdzie tak naprawdę w klimat, a będzie się cały czas czuła jakoś wyobcowana. a poczucie bycia na uboczu wcale nie pomaga, a wręcz może pogłębić niechęć.
daletego gratuluję wszystkim mężom, którzy poślubili nieharcerki i udało im się wspólnie wejść na tą drogę, niekoniecznie uharcerzowiając żonę. myślę, ze to musiał być wyczyn :)