Strona główna / Wyróżnione / Wspomnienia z Akcji Paczka 2010

Wspomnienia z Akcji Paczka 2010

Jak w każdą sobotę, dziadek Jacek usiadł w fotelu przy rozpalonym kominku. Wnuki ściągnęły poduszki z krzeseł i rozsiadły się przed nim w półkolu.

– To o czym by tu opowiedzieć dzisiaj… – zastanowił się dziadek. – Może o Akcji Paczka z roku pańskiego 2010? Chyba jeszcze nie mówiłem o niej?

Wnuki zgodnie pokręciły swymi młodymi główkami.

– No to tak… Była straszna zima. Zimno, mnóstwo śniegu, aż drogowcy go nie potrafili uprzątnąć z dróg i ciężko było jeździć. Taka jedna druhna, Magda, powiedziała, że wyjazd w taką pogodę to szaleństwo. Ale przecież nie będziemy z powodów atmosferycznych odwoływać akcji… Tym bardziej, że rok wcześniej nie pojechaliśmy z powodu panującej na Ukrainie grypy. Świńskiej czy jakiejś innej.

– Dziadku, ale po co wy w ogóle jechaliście na tę Ukrainę? – zapytał jakiś chłopczyk.

– Słusznie, powinienem wam wytłumaczyć. Otóż za wschodnią granicą Polski, m.in. na Ukrainie, żyją Polacy. Często w bardzo biednych warunkach. I dlatego my, harcerze, w okresie Bożego Narodzenia zbieramy dla nich prezenty – na to hasło wszystkie dzieciaki popatrzyły żywiej na opowiadającego – ale nie zabawki, ale jedzenie. Bo czasem nawet tego im brakuje. Jakaś pani na przykład powiedziała, że od dwóch lat nie jadła mięsa, bo jej nie stać.

– Nawet parówek? – zdziwił się Mareczek.

– Nawet parówek – potwierdził cierpliwie dziadek. – I to jedzenie pakujemy w paczki i wieziemy na Ukrainę, Białoruś, i rozdajemy mieszkającym tam biednym Polakom. My z Łodzi jeździmy zawsze do Lwowa, mamy tam takie zaprzyjaźnione siostry, które nam pomagają i dają adresy ludzi.

– I dlatego to się nazywa Akcja Paczka, bo wieziecie paczki? – zgadł ktoś rezolutnie.

– Zgadza się. Ale musicie wiedzieć, że ci ludzie często bardziej potrzebują kontaktu, rozmowy po polsku, niż jedzenia…

– No i co się wydarzyło w tamtym 2010 roku? – spytała jakaś niecierpliwa dziewczynka.

Dziadek pokręcił głową z pobłażaniem. Niełatwo było maluchom wytłumaczyć coś, w czym nie było akcji, pościgów albo chociaż smoków.

– Więc wyjechaliśmy w piątek wieczorem. To był 19 grudnia – dziadek sprawdził kalendarz w komórce. – Dojechaliśmy do granicy około pierwszej w nocy, a potem czekaliśmy tam na wpuszczenie na Ukrainę 7 godzin.

– 7 godzin?! – przeraził się Mareczek. – Nie umarliście tam z nudów?

– Głównie to spaliśmy. Tak zawsze się robi, bo potem po przyjeździe praktycznie od razu rusza się do działania.

– Czyli w ogóle tam nie śpicie, na tej Ukrainie?

– Śpimy, śpimy. W nocy z soboty na niedzielę, czyli po rozniesieniu paczek. Tamtego roku mieliśmy pewien problem, bo siostry nie chciały nas przenocować, a  księża z parafii św. Antoniego mieli zapowiedzianych gości. Szczęśliwie, skontaktowaliśmy się z polskim liceum i tam spaliśmy w sali gimnastycznej.

– To jak, roznosiliście te paczki? – niecierpliwiła się dziewczynka.

– No jasne, po to tam pojechaliśmy. Razem z siostrą przejrzeliśmy adresy, wybraliśmy takie koło siebie, podzieliliśmy nas wszystkich na grupki – a pojechało 19 osób – i wziąwszy paczki, ruszyliśmy w teren.

Dziadek sięgnął po szklankę i zwilżywszy usta, kontynuował.

– Spotkaliśmy różnych ludzi. Głównie starszych. Także bardzo chore osoby, na przykład panią, co ma wodogłowie i do tego nie może chodzić. Ale rozmawiała bez problemów i była pełna pogody ducha. Także ludzi z pasjami, na przykład osobę, co robiła figurki świętych. Niektórych spotykaliśmy kolejny już raz. Ludzie ci bardzo się cieszyli, niektórzy wręcz płakali ze wzruszenia na nasz widok.

Dziadek poszperał w pamięci w poszukiwaniu jakichś innych charakterystycznych osób. Bo zwykłymi przypadkami nie zaciekawi dzieciaków, to wiedział. Ale jakoś nie był sobie w stanie przypomnieć.

– Nikt was tam nie napadł, nie okradł? – zapytał ktoś z pewnym rozczarowaniem.

– Na szczęśnie nie – dziadek się zaśmiał, widząc zawód na twarzy pytającego szkraba. – Poprzednim razem okradli nam busa, ale w tym roku zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu. Ale jakiś pijany pan chciał ode mnie wziąć paczkę, ale nie był agresywny, więc po prostu się obróciłem i poszedłem dalej.

– I długo tak roznosiliście te paczki?

– Od 10 do 18 mniej więcej… Niektórzy mieli bliżej, to skończyli wcześniej i poszli na zakupy, na przykład po sławną waniliową Coca-Colę. Cały jej zapas z marketu wykupili. Ci, co mieli dalej, wrócili nieco później. Zjedliśmy kolację i bardzo zmęczeni poszliśmy spać.

– A co następnego dnia? – znów odezwała się niecierpliwa dziewczynka.

– Właśnie miałem powiedzieć – dziadek popatrzył na nią karcąco. – W niedzielę poszliśmy na cmentarz Orląt Lwowskich. Wiecie, kim były Orlęta Lwowskie?

Odpowiedziało mu gremialne kręcenie głowami.

– … to opowiem wam za tydzień – dziadek ucieszył się, że już miał temat na następne spotkanie. – Na tamtym cmentarzu mieliśmy się spotkać z ludźmi z innych miast, którzy też przyjechali na Ukrainę. Ale oni się spóźnili, a my musieliśmy już jechać tramwajem na mszę po polsku do katedry. I żeby było ciekawiej, to tramwaj już się zbliżał, a my musieliśmy się przecisnąć przez dziurę w bramie. Harcerze z innych miast w końcu też przyjechali na mszę, więc się potem spotkaliśmy.

– Skąd oni byli?

– Z Małopolski i z Mazowsza. No, a po mszy to już prawie wracaliśmy, tylko jeszcze weszliśmy na pchli targ, by obejrzeć starocie i inne ciekawostki. Na przykład kilka osób kupiło tam czapki uszanki; takie same jak ta, którą sam tam kupiłem kilka lat wcześniej. Potem już chcieliśmy wracać, ale zadzwonił do mnie druh Rene z ekipy Krakowa, że im akumulator padł w autokarze i czy moglibyśmy ich wspomóc prądem, bo by utknęli na Ukrainie.

– I co? – zapytał ktoś z wypiekami.

– Pomogliśmy, a jakże. Udało im się odpalić. Potem tylko oddaliśmy resztę paczek siostrom i w drogę do Polski.

– Też czekaliście na granicy 7 godzin?

– Nie. Z powrotem tylko półtorej godziny. Bo pan kierowca był fajny i pomyślał, żeby zostawić jedną paczkę. I dał ją celnikowi, dzięki czemu nas szybko przepuścił, nie przedłużając formalności.

– Dziadku, a masz jakieś zdjęcia z tej akcji?

– Pewnie. Znajdziecie je na stronie http://mg2.zhr.pl/v/srodowiska/lodz/horyzont/2/4/paczka/.

Wnuki pobiegły do komputera, by wpisać adres i obejrzeć fotografie, a dziadek odsapnął wreszcie i przy akompaniamencie trzaskającego w kominku drewna pogrążył się we wspomnieniach.

Jacek Tomaszewski HO

Wszyscy uczestnicy na Cmentarzu Orląt Lwowskich

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *