Ach, co to był za rajd! Marek i jego patrol byli naprawdę zachwyceni. Mknęli po Bieszczadach od punktu do punktu, wykonując zadania i zdobywając punkciki. A trzeba przyznać, że organizatorzy naprawdę się postarali i wszystko stało na wysokim poziomie. Same zadania na punktach były różnorodne i ciekawe: skok na bungee, strzelanie do ruchomego celu (nie żywego, oczywiście, tylko jeżdżącego kawałka tektury), polowe laboratorium chemiczne…
Marek naprawdę nie żałował, że wzięli udział w rajdzie. A co więcej, nadspodziewanie dobrze im szło. Realnie patrząc, mieli nawet szansę zdobyć jedną z głównych nagród; a trzeba przyznać, że w kwestii nagród organizatorzy też się postarali. Dlatego też, niesieni na skrzydłach zapału, chłopcy biegli od punktu do punktu po pięknych bieszczadzkich szlakach.
W pewnym momencie Marek, przeanalizowawszy mapę, stwierdził, że dużo ekonomiczniej będzie do najbliższego punktu dotrzeć „na skuśkę”, w dół zbocza przez kosodrzewinę. Pełen bojowego ducha patrol zgodził się z nim i ekipa runęła w dół. Karłowate drzewka trochę ich smagały, a na luźnych kamieniach nie było łatwo utrzymać równowagę. Nagle Przemek zapadł się po kolano – albo i głębiej – w jakąś ukrytą dziurę. Reszta patrolu jakoś wyhamowała (głównie poprzez zderzenia z drzewkami) i wróciła, by pomóc druhowi.
Wyciągnięcie Przemka było łatwą sprawą, zaraz jednak ktoś przezorny wyjął latarkę z bocznej kieszeni bojówek i zaświecił do otworu. Ku zdziwieniu wszystkich, okazało się, że pod nimi jest niemała, nieregularna jaskinia. Ale jeszcze bardziej chłopcy byli zaskoczeni, gdy zauważyli wewnątrz starą trumnę.
„No bombowo, świetne miejsce na pochówek. Ukryta jaskinia w szczerym górskim borze” pomyślał Marek. Ale żyłka do przygód nie pozwoliła mu – ani też jego towarzyszom – zostawić tej trumny w spokoju. Nie, żeby mieli na myśli jakieś świętokradztwo, choć nie wykluczali możliwości, że nieboszczyk mógł zostać złożony w grobie wraz z pokaźnymi skarbami. Raczej pchała ich typowo ludzka ciekawość. I ostatecznie warto by wiedzieć, o czym ewentualnie donieść do muzeum.
Jeden z nich wyciągnął saperkę z plecaka i ochoczo zabrał się do powiększania otworu. Chwilę później już Przemek – jako najdrobniejszy – powoli opuścił się do wnętrza. Zabrał ze sobą łom i, na wszelki wypadek, siekierę – chłopcy profilaktycznie zabrali na rajd wszystko, co mogło się przydać (chcieli wziąć też agregat prądotwórczy, ale ostatecznie był za mało poręczny; generalnie tata Marka nieźle się zdziwił, gdy wszedł do garażu po wyjeździe syna i nie znalazł połowy swoich narzędzi).
Czekający na górze przyświecali Przemkowi przez otwór latarkami. Ten zaś podszedł do trumny i przyjrzał się jej. Była już mocno spróchniała. Znalazł miejsce, gdzie wieko leżało na skrzyni i raźno wbił tam łom.
– Chłopaki… – wyszeptał słabo, gdy przebrzmiało echo upadającego na bok wieka.
– No, co?! Co tam jest?! – dopytywali się ci z góry.
– Ale arsenał!…
W trumnie bowiem leżało kilka karabinów, pęki granatów i paczki amunicji. Marek od razu stanowczo zakazał komukolwiek dotykania znaleziska – dość się nasłuchał o niewybuchach. A odkryta broń była w tak kiepskim stanie, że pewnie niewiele brakowało do zamiany patrolu w krwawą plamę. O ile proch nie zamókł – a biorąc pod uwagę ilość rdzy na karabinach, wilgoci w tej jaskini nie brakowało.
Przemek się wygramolił na powierzchnię i właśnie chłopcy gremialnie fotografowali swe odkrycie, gdy gdzieś spośród drzewek huknął głos:
– Na ziemię, szczeniaki!
Patrol momentalnie padł na ziemię (pewnie trochę zadziałał wyuczony instynkt słuchania donośnych komend). Chłopcy bali się poruszyć i słyszeli tylko odgłos przedzierania się przez kosodrzewinę. Odgłos trwał… i trwał…
Marek powoli odwrócił głowę i zerknął w stronę, skąd dobiegał go dźwięk. Z najszczerszym zdumieniem zauważył sędziwego staruszka powoli wychodzącego z chaszczy. Człowiek ów miał na sobie mundur tak stary i poplamiony, że nadawałby się idealnie do maskowania w błocie. Starzec podpierał się drewnianą kulą. W drugiej zaś ręce dzierżył karabin tak wielki, że aż dziwne było, że jest w stanie go nosić. Po prawdzie to ledwo mu się ta sztuka udawała, bo końcówka broni zataczała w powietrzu pokaźne kółka. Gdyby wystrzelił, mógłby trafić każdego. W tym siebie – biorąc pod uwagę to, jak bardzo karabin był przerdzewiały.
Staruszek mamrotał coś głośno, lecz niezrozumiale. Marek wyłapywał pojedyncze frazy: „złodzieje”, „moja skrytka”, „faszysty”. Nagle starzec spojrzał na niego i kilkoma szybkimi krokami podszedł doń. Używając kuli przewrócił go na plecy (Marek cieszył się, że nie użył do tego sprzętu z drugiej ręki) i zlustrował surowym wzrokiem. Kiedy zauważył biało-czerwoną naszywkę nad kieszenią, natychmiast się rozluźnił – opuścił karabin (ku niewysłowionej uldze Marka) i uśmiechnął się półgębkiem.
– No, wy swojacy! Ja tu się przyczaił i od ’42 czekam na innych partyzantów. To co, idziem na wroga?
Jacek Tomaszewski HO
PS
Sponsorem tego opowiadanka są słowa: kosodrzewina, patrol, trumna.


2 komentarze
Oj tak tak nic nie przebije czadowych opowiadań Jacka, nie da się ukryć ma chłopak talent
Jacku! Twoje artykuły, wywiady … szacun! Zachęcam do czytania „Wywiadowcy” najlepszego miesięcznika harcerskiego w mieście ;)