Strona główna / Wyróżnione / Wyprawa po raz drugi

Wyprawa po raz drugi

Promowanie wędrownictwa, sezon drugi, odcinek pierwszy. W rolach głównych: ulewne deszcze, dwudziestu chłopa, autostopy, stacje benzynowe, dziesięć kajaków, przebieranie się na widoku publicznym i wiele innych…

A zaczęło się od tego, że rok temu przeprowadziliśmy akcję pod nazwą Wyprawa Wędrownicza. Było miło (o czym można poczytać tutaj: http://wywiadowca.lodz.zhr.pl/?p=920) , wyjazd okazał się też udaną akcją naborową, zatem poszliśmy za ciosem i postanowiliśmy zrobić sequel programu.

Niestety, jak to sequele mają w zwyczaju, poziom części drugiej był gorszy od oryginału. Ktoś mógłby pomyśleć, że zapewne zawinił kiepski scenariusz lub nie najlepsi aktorzy. Albo niski budżet. Nic z tych rzeczy! To nasza Matka Natura złośliwie pokrzyżowała nam szyki, zsyłając burze i inne przelotne, acz gwałtowne opady. W takich warunkach ciężko było odnieść spektakularny sukces kinowy…

Moment startowy był ogłoszony na 23 lipca 2010, godz. 17:17 (bo jakżeby inaczej). O tej godzinie mieliśmy się znaleźć na obozie harcerskim w okolicach Skępe (by być dokładniejszym, to najbliższą miejscowością wcale nie było Skępe, tylko Rumunki Skępskie, koło krajowej 10). Uczestnicy mieli tam dotrzeć dowolną metodą – jakoś tak wyszło, że praktycznie wszyscy wybrali autostop. Nie jest to pewny ani szybki środek transportu, więc niektórzy przybyli dopiero pod wieczór – ale cóż się dziwić, kierowcy coraz mniej chętnie biorą ze sobą obcych pasażerów, choćby byli oni umundurowani. :)

Uwertura: koszmarna ulewa. Rzeki przepływają przez podobozy. Tworzą się błotne pojezierza. Harcerze biegają w bieliźnie i gorączkowo tworzą wokół namiotów okopy, które i tak nic nie dają. W obniżeniu drogi powstała ogromna kałuża (woda do kolan), w której taplają się druhowie wraz z druhnami.

Scena pierwsza (kilka godzin później): ognisko, z gawędą o kamieniach. Podczas niego docierają jeszcze ostatnie dwie osoby. W planach było wcześniej integracyjne kompletowanie antycznych namiotów typu marabut, ale pomysł spalił na panewce z powodu ich kompletnego przemoczenia.

Zmiana ujęcia: udajemy się spać, by następnego dnia rano zebrać się po godzinie szóstej i wyruszyć na spływ kajakowy w miejscowości Brodnica. Zostajemy dowiezieni na miejsce kilkoma samochodami, bo wszak 60 km dzieli miejsce obozowe od Brodnicy.

Scena druga: stoimy pod wiatą ośrodka PTTK nad jeziorem niedaleko Brodnicy. Tuż obok stoi samochód, a na jego przyczepce dziesięć kajaków. Znowu leje, więc czekamy aż przestanie. Wkrótce deszcz słabnie na tyle, że pełni entuzjazmu postanawiamy wyruszyć. Jeszcze kropi, kiedy wodujemy kajaki i odbijamy. Profilaktycznie zdjęliśmy z siebie ubrania i zapakowane w foliowe worki wieziemy wewnątrz naszych środków lokomocji.

Scena trzecia: przenieśliśmy kajaki przez śluzę i zmieniamy akwen z jeziora na rzeczkę. Zbliżenie na ludzi z zaciekawieniem obserwujących naszą ekipę. Pogoda słoneczna.

Interludium: Jamiś i Masło się wywrócili. Sebastian krzyczy do nich z oddali: „Poczekajcie, nie podnoście jeszcze kajaka, zrobię zdjęcie!”. W nadchodzącym zamieszaniu, jakie towarzyszy ponownemu przystosowaniu kajaku do płynięcia, tracimy kilka butelek soku pseudo-jabłkowego (tańszego od wody). Ale morale ma się raczej dobrze.

Scena z lotu ptaka: pośród krętych zakoli rzeki mknie 10 kajaków, czasem zbliżając się do siebie, czasem oddalając. Słoneczko przygrzewa, gzy gryzą niemiłosiernie. Wtem niespodziewanie rozpoczyna się kolejna ulewa, nad wyraz obfita. Uczestnicy nie przemakają do suchej nitki, bo nie mają na sobie ubrań (nie licząc kąpielówek) – raczej należy to określić tak: korzystają z przymusowego zimnego prysznicu. Wewnątrz kajaków tworzą się lokalne jeziorka. Na szczęście pogoda – główny reżyser ­– decyduje, że nie trzeba długo nękać kajakarzy i po kilkunastu minutach znów świeci słońce, susząc uczestników.

Szybkie migawki: postój na jedzenie, czyli hamburgery półwłasnej roboty; zmiany ekip kajakowych; lądowanie w Brodnicy, wyciąganie pojazdów na brzeg, przebieranie się w suche (nie zawsze) rzeczy.

Zbliżenie: jeden z harcerzy przebiera się kompletnie, stojąc w zagłębieniu zabudowy. Przechodząca obok pani odruchowo zerka w jego kierunku, po czym momentalnie spuszcza wzrok i udaje, że niczego nie widziała.

Dalej scenariusz zakładał powrót autostopem na miejsce obozowe, przez Rypin i Lipno. Niestety, jakoś kierowcy nie chcieli zabierać mokrych wędrowników na pokłady swoich aut. Do tego pogoda znów się psuła. Skończyło się tak, że Sebastian przez 5 godzin kursował swoim samochodem i zbierał ludzi z trasy. Wszyscy byli zmęczeni, a do tego aura nadal nie sprzyjała, więc z programu wyleciało wieczorne ognisko (na rzecz dłuższego snu).

Niespodziewany zwrot akcji: w nocy obóz był podchodzony przez harcerzy z 9 ŁDH. Kilka osób rzuciło się do pomocy w odparciu ataku – w tym Sebastian. Przez to spał jeszcze mniej.

Następnego dnia, to jest w niedzielę, odbyły się indywidualne rozmowy kadry drużyny z uczestnikami. Potem zaś apel, na którym do Honkera zostało przyjętych pięciu nowych wędrowników. A następnie już tylko pożegnanie – większa część wracała autostopem do Męcikału, a mniejsza czekała, aż Sebastian się wyśpi, by pojechać wraz z nim do Łodzi…

Jak sami widzicie, program nie był przesadnie obfity, ale cóż począć może człowiek w starciu z upartą pogodą? Spływ można zdecydowanie zaliczyć do udanych atrakcji. Jazdę stopem też (osobiście zostałem podwieziony przez polskiego rajdowca).

No i cóż dalej? Czekamy na następną Wyprawę Wędrowniczą…

Z mgły się wyłania kolejna ulewa,
Kajaki mokną, zbierają wodę;
Stopy nie łapią mokrych wędroli,
Tak przeżyliśmy nową przygodę

Jacek Tomaszewski HO

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *