W izbie pachniało świeżą jodłą. Panował rozgardiasz. Harcerki i harcerze z uśmiechem na twarzach krzątali się dokoła, dokładali do stołu ostatnie potrawy, przeprowadzali ostatnie poprawki. W oddali dało się słyszeć dźwięki strojonej gitary. Panowała atmosfera podniecenia. Wszyscy oczekiwali z niecierpliwością na umówiony znak – sygnał aby móc rozpocząć.
Stanął na środku największej izby. W rękach trzymał Pismo Święte. Momentalnie wszystkie szmery i szepty ucichły. Odruchowo otoczyli go tak aby utworzyć krąg. Słychać było tylko świerkot spalających się świec. Zaczyna się, czytał, na twarzach powaga ale kącikami ust wymykał się uśmiech szczęścia i zadowolenia.
Później życzenia od szefostwa – odpoczynku, nowych sił, rodzinnych świąt (a co innego życzyć sile roboczej). Talerz pełen opłatków przemknął po okręgu w mgnieniu oka. Każdy dzierżył w dłoni gotowy to połamania kawałek chleba. Start! W powietrzu zawisła chmura dobrych myśli i życzliwości.
Uff, wreszcie koniec z życzeniami, uczta dla duszy chwilowo przerwana, teraz trzeba zaspokoić potrzeby ciała. Kiszki już marsza zaczynały odgrywać, a w samym centrum stołu doskonale prezentowała się „Karpatka” – tak to ta sławna karpatka. Siedliśmy do naszego stołu wigilijnego. Ledwie co niektórym udało się zaspokoić pierwszy głód i pragnienie a już druhny i druhowie ze stolika później nazwanego „chórem” rozpoczęli swoje kolędowanie. Dwa męskie głosy wspierane przez dwa głosiki druhen i jeszcze jeden męski głos szefa porwały większą część zgromadzonych do głośnego śpiewania. A czego oni nie śpiewali, właściwie to śpiewali wszystko co było w śpiewnikach. Tylko najwytrwalszym udało się oprzeć tej magii wspólnych świąt. Czas mijał. Co jakiś czas, ktoś się wymykał, żegnając się uśmiechem który mówił nie mniej nie więcej: „na mnie już najwyższa pora ale było bardzo miło”. Siła naszego śpiewu powoli malała.
I tak około czwartej znowu padł umówiony znak – sygnał. Jeszcze ostatni uścisk rąk. Ostatnie uśmiechy. Chwila sprzątania. Następna taka noc za rok. Do zobaczenia.
Maciej Blim
