Zanim rozpocznę pisanie „zajawki”, która krótko wyjaśni dlaczego tekst ten tytułuję w taki, a nie inny sposób, pragnę zachęcić Czytelnika do zapoznania się z materiałem pierwotnym, którego rozwinięcia pojawiają się w ostatnich numerach „Wywiadowcy”. W artykule „Dlaczego kocham harcerstwo?” pozwoliłem sobie poruszyć kilka (moim zdaniem) istotnych kwestii, których dokładniejszą analizę zapowiedziałem na później: małżeństwo a harcerstwo; relacje z byłymi harcerzami; gdzie jest granica między życiem prywatnym a harcerskim? itp.
Na wstępie pragnę też wyjaśnić, że kwestie przeze mnie dotykane są dość delikatne i może często przejaskrawione – czynię to jednak celowo, aby Czytelnik mógł dostrzec, że „problemy” te nie tylko rzeczywiście istnieją, ale co więcej – pośrednio dotyczą każdego z nas. Zaczynajmy…
Tak się złożyło, że jako hufcowy ŁHH-y „Szaniec” od początku mojej kadencji, w wydawanych rozkazach, co miesiąc zwalniam co najmniej jednego harcerza ze struktur ZHR. Doświadczenie to daje mi wiele do myślenia, analizuję też moje rozmowy z byłymi harcerzami, próbuję przypomnieć sobie podobne przypadki z przeszłości – wszystko to wpływa na kształtowanie się pewnej myśli, którą będę się starał Czytelnikowi przybliżyć.
„Harcerstwo to jest taka sekta – jak Cię już złapią to nie wypuszczą, dopóki nie wycisną z ciebie ile jest to możliwe” – przypomnę, cytowaną już myśl mojego brata, byłego harcerza. Zdaje się, że powyższą tezę potwierdzać może powszechnie już przyjęte określenie, że ktoś „wypalił się”, którym definiujemy harcerkę czy harcerza, który nie mając już sił czy chęci do prowadzenia drużyny szuka alternatywnego pola służby, a jeśli go nie znajdzie… najczęściej odchodzi.
Chciałbym rozpocząć od dokonania analizy naszych relacji z byłymi harcerzami. Najczęściej przyjmowane postawy to: zerwanie kontaktu, ograniczenie relacji do sfery luźnej (obojętnej) znajomości lub relacji koleżeństwa/przyjaźni ale zupełnie oderwanej od rzeczywistości harcerskich. Zdarzają się też (na szczęście!) przypadki, w których byli harcerze nadal utożsamiani są ze środowiskiem – poprzez grono przyjaciół – i w jakimś stopniu nadal angażują się w harcerskie inicjatywy.
Każda z tych postaw, które przyjmujemy, zależy od wielu czynników i okoliczności – postaram się dokonać krótkiej analizy każdego przypadku.
Harcerz wyrzucony dyscyplinarnie – jak zwał tak zwał, różne tu kryją się przyczyny: nieprzestrzeganie Prawa, machloje, naganna postawa. Łatwo napisać, trudniej zrozumieć i wczuć się w daną sytuację. Analizując przypadek harcerza o krótkim stażu, o mniej „strategicznym” znaczeniu (brutalnie to brzmi, ale pozwalam sobie na takie określenie) – to problemu nie ma: piszemy rozkaz i po sprawie. Gorzej w sytuacji, gdy dotyczy to drużynowego, Instruktora, harcerza czynnie zaangażowanego w pracę ZHR-u… Najczęściej po dokonaniu tego rodzaju „czystki” pozostaje niesmak, „smrodek”, który często dodatkowo podsycany jest przez następne pokolenia harcerzy: „A pamiętacie Kamila? Co to był za cep! Niby taki święty, a go spotkali pijanego w pubie; nie dość że pił, to jeszcze rozwalił drużynę…”. Zdarza mi się podobne uwagi o byłych harcerzach słyszeć od ludzi, którzy zupełnie ich nie znali… I pytam: czy ten sam Kamil nie zapisał się w kronice harcerskiej również czymś dobrym? Nie poświęcał swojego czasu dla drużyny kiedy ją zakładał? Nikt już nie pamięta o tym, że to dzięki niemu powstało nowe środowisko harcerskie? To prawda, że później pogubił się, może wpadł w złe towarzystwo… Faktem jest, że w ZHR-ze nie ma dla niego już miejsca, ale czy nie zasłużył na to, by nie piętnować go przez lata? Może też warto zastanowić się czy my, jego koledzy, zrobiliśmy wszystko, by mu pomóc; a może swoją biernością sami w jakimś sensie doprowadziliśmy do takiego a nie innego finału…?
Oceniać jest łatwo, sądzić też! Piętnować trzeba złe postawy, a nie osoby! Potępiać możemy zło, a nie człowieka. Drży mi ręka wpisująca w rozkaz dyscyplinarne zwolnienie, bo mam świadomość tego, że jedna głupia sytuacja jest czasem powodem przekreślenia wszystkiego…
Dyscyplinarne zwolnienie nie zawsze musi odbywać się w atmosferze „wojny” i „niesmaku”. Prosty przykład, którego nie można tu nie przytoczyć – Szymon Majewski, choć wywalony z 16 Warszawskiej Drużyny Harcerzy ZHR, ubiera się dziś w koszulkę z napisem: „Marek odmienił moje życie”. Mam nadzieję, że każdemu z nas daje to wiele do myślenia.
Harcerz odchodzi sam – postawa uczciwości: Prawo już nie obowiązuje. Tą sytuację zaliczam do zupełnie innej kategorii – a kryterium tego przyporządkowania będzie nasza reakcja. O ile w pierwszym przypadku (Kamila) towarzyszy często (dla mnie niezrozumiała) ironia, kpina, sensacja i wrogość, o tyle tutaj przyjmujemy zupełnie inną postawę. Bardzo dobrze rokujący wódz, który będąc przybocznym oświadcza, że odchodzi, wzbudza w nas rozczarowanie i smutek. Często towarzyszy nam żal, że „tracimy” kogoś fajnego, lubianego i zaangażowanego. Wyobrażam sobie, że w takich chwilach w głowie niejednego z nas rodzi się pytanie: czy te harcerskie „wyrzeczenia”, Prawo – nie są zbyt rygorystyczne, szczególnie ten ostatni punkt… taki „zero-jedynkowy”? Wielu zapewne, w takich momentach, analizuje jak dużo świetnych ludzi (z tych, czy innych powodów) traci nasza Organizacja.
Zdarza mi się słyszeć: „Szkoda, że Patryk odszedł… był fajnym gościem, byłby z niego dobry drużynowy. Żałuję, że go już nie ma”. Wówczas uśmiecham się pod nosem i myślę sobie: przecież nie umarł, żyje! Czy fakt, że nie jest już harcerzem powoduje, że stracił ową „fajność”, że już nie może być wśród nas? Czasem wydaje się, że szufladkujemy ludzi biorąc za kryterium „jest – nie ma w ZHR”. Faktem jest, że zapewne kontakty, spotkania i relacje były częstsze kiedy (przykładowy Patryk był przybocznym) – odprawy, biwaki, zloty, turnieje, obozy itd. – ale nie oznacza to, że te nadal nie są możliwe.
Niestety w większości przypadków, świadomie bądź nie, sami zaniedbujemy te relacje; zapominamy o tych co „odeszli”. Powody są różne: brak czasu, zabieganie w bieżących ZHR-owskich sprawach, a przecież jest jeszcze rodzina, praca, szkoła… Często też przyczyną jest złe samopoczucie byłego harcerza w naszym gronie, gdzie wokół „starych znajomych” z harcerstwa spotyka ludzi, których zupełnie już nie zna, czuje się wyobcowany – i oczywiście na odwrót.
Harcerz odchodzi sam – „wypalony” – to trzeci przykładowy przypadek. Tu proces odchodzenia trwa dość długo: przekazanie hufca, drużyny; potem pomoc w hufcu, albo lekkie zaangażowanie na poziomie Okręgu; dalej urlop instruktorski; czasami jeszcze „powrót” na chwilę; aż wreszcie złożenie karty o przeniesienie do rezerwy… W przypadku nie-instruktorów proces jest podobny: oddanie zastępu; przyjęcie funkcji przybocznego, albo kwatermistrza w drużynie; później pojawianie się raz na dwa miesiące na zbiórce drużyny (punktowy podczas gry); wyjazd na obóz; potem już coraz mniej czasu dla harcerstwa – brak stałych zobowiązań („ale jak będzie trzeba, to dzwoń – pomogę”); aż wreszcie rozmowa, że już koniec lub po prostu zniknięcie… Przyczyny? Przeróżne – najczęściej: nauka, studia, praca, rodzina… ogólnie mówiąc dorosłość. Jaka nasza reakcja? Też przeróżna…
Chciałbym w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym, bardzo ciekawym i dość często występującym zjawisku. Przedstawię je na przykładowym pytaniu: „Czy nie wkurza cię czasem, że ty harujesz, prowadzisz drużynę, ogarniasz szczep, angażujesz się w tysiące innych rzeczy, a obok ciebie jest ktoś kto mógłby robić więcej, a jego służbą jest tylko bycie członkiem jakiejś kapituły?” Domyślam się, że większość z nas odpowie: TAK! Więc zadam kolejne, myślę że dość brutalne i kontrowersyjne pytanie: „Jakim prawem mówisz że ktoś jest nierobem?!” Jakie kryterium przyjmujemy oceniając zaangażowanie i pracę Instruktora czy harcerza? Bo jeśli tym kryterium jest tylko chwila obecna – to jesteśmy dokładnie tacy jak mówi mój brat: „wycisnąć ile się da i porzucić”… Przecież większość z tych Instruktorów prowadziło kiedyś drużynę, a nawet dwie… Brali odpowiedzialność podczas obozów, wyjazdów; organizowali zloty, zjazdy itp. Poświęcali swoje prywatne wakacje na rzecz harcerskiej służby. Czyż więc nie należy się im zasłużone zwolnienie tempa i ograniczenie swojej działalności do dzielenia się doświadczeniem i doradztwa?
Z drugiej strony ktoś zapyta mnie: „Maszeruj albo giń” – to przecież hasło kadencji obecnego hufcowego „Szańca” – więc jak to jest? I giną – jeden, drugi. Jedna drużyna, druga… Ja odpowiem: stańmy w prawdzie: kogo na ile stać… Nie oszukujmy się. Można iść nawet małymi kroczkami, ale zawsze do przodu. Nie stój w miejscu – bo jak masz stać, to lepiej odłącz się, żeby innych nie spowalniać. Idąc dalej tą analogią dodam: nie znaczy jednak, że jak ktoś biegnie to wszyscy muszą biec! Potrzebni są nam jedni i drudzy. Ba… potrzebni są nam nawet ci co nadal idą, mimo że już nie harcerskim szlakiem!
Ci co odeszli… Św. Jan Bosko twierdził, że byli klerycy salezjańscy byliby najlepszymi animatorami grup w dziele salezjańskim (w Oratoriach). Może i warto byłoby pójść za tą myślą świętego w naszym harcerskim układzie? Środowiska czy drużyny szukają Przyjaciół skupionych w formalnych czy nieformalnych KPH-ach. A przecież najlepiej ideę harcerską rozumieją ci, którzy nią żyli, i zapewne żyją nadal (nawet nie będąc już harcerzami). To oni też najefektywniej pozyskają grono sympatyków harcerskich dla naszego środowiska. Zresztą co tu mówić – o ile łatwiej pracuje się ze świadomością, że nawet jeśli w przyszłości przyjdzie mi przejść do rezerwy, to mimo wszystko z tym moim środowiskiem (szczepem) nadal będę miał bliski kontakt i wciąż w jakiś sposób będę mógł działać, choć w innej już strukturze… Zadać musimy sobie jednak pytanie: czy my w ogóle taką możliwość w naszym myśleniu widzimy? Praktyka pokazuje, że w niektórych sytuacjach to realizujemy, ale tylko w nielicznych…
Środowisko Zielonogórskiego Hufca harcerzy jest ewidentnym przykładem, że można – 60% środowiska to byli harcerze skupieni w kręgu KPH, którzy założyli wręcz własne stowarzyszenie, którego celem jest wspieranie środowiska tamtejszego ZHR-u, w którym się wychowali. Widząc to przeżyłem szok myślowy – naprawdę! Otworzyło mi to zupełnie nieznaną dotąd perspektywę pracy. Może dlatego zadzwoniłem do „starej ekipy” 42 ŁDH i zorganizowałem wspólne spotkanie… Jaki jest tego efekt? W grupie 6 osobowej planujemy wraz z drużynowym obchody 75-lecia 42 ŁDH poprzez m.in. przygotowywanie publikacji na temat historii drużyny. Naprawdę chcemy pomóc – realnie pozostawić coś po sobie, jako byli drużynowi czy przyboczni salezjańskiej drużyny. Można? – można. A ile przy tych „spotkaniach herbatkowych” jest wspomnień z dawnych obozów, kolonii… Pada nawet propozycja, żeby wspomóc drużynę, szczep w kwaterce!
Ja też kiedyś już raz odszedłem z harcerstwa (miałem kilkuletnią przerwę) i wiem za czym tęskni eksharcerz: zgniłe płótno namiotu, wiszący w szafie mundur i zdjęcia, ognisko i trzaskające polana, w tle śpiew pieśni harcerskich… Kto wie… być może kiedyś powróci z rezerwy? – czego przykłady się naprawdę pojawiają. A nawet jeśli munduru już nie założy, to naprawdę ważne jest, żebyśmy tę przyjaźń kontynuowali i starali się nadal sobie wzajemnie pomagać. Mam nadzieję, że takim moim własnym miejscem w przyszłości będzie właśnie Szczep „Zacisze”.
Jojo
10 komentarzy
cóż odpowiadając na wszystko po kolei:
– wypalają się tylko ci którzy nigdzie nie jeżdżą, ja jako drużynowy-instruktor mam tyle wyjazdów (dla mnie organizowanych) że muszę z niektórych rezygnować bo nie dałbym rady dla przykładu wymienię (kursy zastępowych, metodyczny przewodnikowski, złazy OH, zlot drużynowych, wyjazd instruktorski chorągwi) więc wypala się tylko ten kto jest sam… Ja gdy czuje ten problem idę do mojego byłego drużynowego, albo drużynowej ze szczepu albo zuchmistrza z którym współpracuje i z nim rozmawiam i co? i kopa takiego dostaje że od razu zaczynam się brać do roboty.
– nasze zbiórki muszą być atrakcyjne i jeśli ktoś odchodzi to niech odchodzi nie negujmy tego. co więcej, powiedzmy jasno chcesz odejść droga wolna.. twój wybór, ale jak odejdziesz to pożegnaj się ze zbiórkami i obozem jeżeli to ich nie trzyma to znaczy że jest robione nie atrakcyjnie a to juz nasza wina
– faktycznie jest taka mania piętnowania „nierobów”, ale ja uważam że jest to złe i niech instruktor robi mało, nawet malutko ale niech robi, my natomiast powinniśmy zamiast piętnowania nierobów gloryfikować pracusiów, bo to oni są naszą siłą pociągową.
– nie umiem działać ze środowiskiem to fakt choć odnoszę wrażenie że teraz i tak jest trochę lepiej niż było, już mamy tą świadomość że tam gdzieś sa ludzie, nie hracerze którzy nam pomogą i ich wykorzystujemy
-co do tego systemy 10-3-1-0,5-0,25
to uważam że to jest ok na 40 nowych chłopaków powinnien przybywać jeden instruktor (rocznie do drużyny dochodzi z 10 ludzi więc co 4 lata byłby instruktor a myślę że tak nie jest. dużo większym problemem jest odchodzenie instruktorów o których niedbamy… tak myślę
– i co się jeszcze z tym systemem wiąże to pytanie co z pozostałą 7? rozumiem że ze 3 odpadnie ale pozostałych czterech pozostało wędrownikami!!! wędrownictwo nie działa? ja widze jedną przyczynę, nie działa bo nie ma chętnych, druzynowym na tym nie zależy i ludzie odpadają zamiast z powrotem wejść do systemu i na kolejnych 10 wędrowników myślę że conajmniej 1 zostanie instruktorem
odeszli, bo im przestalo sie podobac, bo znalezli cos ciekawszego dla nich. starajmy sie, zeby w naszych szeregach byli ludzie ogolnie mowiac ciekawi, a nie ludzie, ktorych przygarnelo tylko harcerstwo, bo bardzo latwo jest imponowac mlodszym.
nie wiem co to jest luzne podejscie, ale jesli ktos ma cos lepszego do roboty niz zhr, to niech to robi, a dla nas jest to znak, ze nie jestesmy atrakcyjni.
co do biernosci. wiem, ze stracilismy kilku druzynowych, bo wiecej czasu poswiecalo sie tym, ktorzy odchodza. pojawilo sie myslenie: ja zawsze jestem, ciezko pracuje i nikt mnie nie docenia, a on… typowy motyw syna marnotrawnego, wiec rozwiazanie znamy.
w teorii „10 osob w zastepie” jest pewien problem, bo zakladamy, ze kazdy musi byc instruktorem. to po co nam metoda wedrownicza? harcerstwo starsze? oczywiscie to wszystko kuleje, bo boimy sie nowego, i nie wiemy co mozemy zaoferowac czlowiekowi po gimnazjum.
a co do wypowiedzi alka, czesto mlody instruktor jest wyeksploatowany na maksa i znika, bo nikt nie dba o srodowisko. wiec mlody druzynowy jest czesto frajerem, ktorego glowie jest wszystko, a spokojnie ktos moglby go odciazyc. tu pojawiaja sie glosy, ze warto korzystac z pomocy naszych wychowankow, tylko to kolejna rzecz do animacji przez druzynowego.
moj wniosek do artykulu jest jeden: nie umiemy pracowac z wlasnym srodowiskiem i nikt nam nie pomaga.
z kim chce rozmawiac dyrektor szkoly? z nastolatkiem czy z doroslym facetem?
Macie racje, że przedstawiłem dość skrajne podejście. Nie można takiego podejścia mieć zawsze ale w niektórych sytuacjach jest to wskazane.
Do wypowiedzi Michała:
Nie widzę w tym nic negatywnego, że ktoś przechodzi na urlop instruktorski bo nie jest już tak bardzo zaangażowany w harcerstwo. Taka osoba pomimo, że jest na urlopie często jest związana z harcerstwem i gdzieś z boku sobie jest. Trzeba wykorzystywać potencjał wszystkich osób. Po co trzymać sztucznych instruktorów??? Uważam, że u nas w chorągwi akurat z tym problemu nie ma, każdy instruktor pełni jakąś funkcje. Bierność instruktorów ocenia komendant chorągwi :D przy zaliczaniu służby instruktorskiej.
Do wypowiedzi Wojtka:
Model który przedstawiłem można stosować w drużynie. Wśród instruktorów/osób starszych nie ma tak prostego przełożenia. Co do drużyny to nie chodzi mi o trzymanie kogoś strachem/szantażem. Istnieje zwykła zależność w grupie. My jesteśmy potrzebni tobie a ty nam. Każdy coś od siebie daje. Gdy jedna osoba przestaje dawać to automatycznie odłącza się od grupy, zaczyna taką grupę ignorować (nie mówię o chwilowym niedziałaniu). Jeszcze raz podkreślam, że jest to zależność dla osób w gimnazjum, liceum. Jak Wojtku słusznie zauważyłeś z 10 osobowego zastępu może 0,5 osoby zostanie drużynowym. Mając luźne podejście (jak chcesz to sobie odejdź bo akurat chwilowo nie masz ochoty popracować) jeszcze bardziej zmniejszamy szanse na nowego zastępowego, drużynowego.
To co piszesz Wojtku jest jak najbardziej słuszne. Posłużę się się dodatkowo klasycznym wyrażeniem: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Mnie się wydaje, że zupełnie przy tego typu „ocenach-opiniach” nie patrzymy wstecz na nasze doświadczenia (choćby przez to, że zmiana pokoleniowa wyparła je z pamięci), ale także na „fizjologie instruktora” (jeśli można tak to ująć). Okres aktywności jest ograniczony, nie przez to, że ktoś się już narobił … albo, że robił za 2-3. Tylko dlatego, że jest to „proces naturalny”, kiedy możemy robić mniej, bo … egzamin, sesja, obrona, nowa praca, rodzina …, kiedy „opanujemy sytuację” wracamy i znowu działamy za 2-3, aż do kolejnego momentu ważnego w naszym życiu. Co ważne, nie ma w przypadku NGO, jako ZHR „ciągłości tego procesu”, tylko występuje on falami. Gdyby był to proces ciągły, wtedy nauczylibyśmy się z nim, żyć, a kiedy jest falowy to jesteśmy nim zaskakiwani. Przez to myślę, może dochodzić do braku zrozumienia sytuacji pomiędzy pokoleniami 18-24, 25-30, 30-… (widełki wieku to czysty strzał). Jest to także zauważalne przy maturach … pokolenie, które ma ją za sobą, a znajduje się w „widełkach” do 24 nie ma litości dla maturzysty (nie raz mówiliśmy „matura to nie może być wymówka”).
Moim zdaniem jest szansa na zbudowanie modelu i przygotowanie się do „opanowania” takiego zjawiska. Co do przytoczonej gradacji 10-3-1-0,5-0,25 to potraktujmy to dość umownie, bo uważam, że jesteśmy skuteczniejsi ;)
Temat poruszony w artykule jest jednocześnie bardzo trudny i niezwykle ważny z strategicznego punktu widzenia dla całej organizacji. Ciekawe czy ktoś to liczył kiedyś, ale mi wydaje się, że naturalny proces selekcji wygląda tak: mamy 10 harcerzy w zastępie, 3 z nich zostanie zastępowymi, 1 przybocznym, 0,5 drużynowym, 0,25 instruktorem itd. Dorastanie, razem ze swoimi obowiązkami, pokusami połączone z faktem, że nie każdy ma osobowości harcerza sprawia, że ludzie się wykruszają. Tylko, że akceptacja takiego stanu rzeczy powoduje, ze organizacja by się rozwijać potrzebuje rekrutować coraz większą ilość szeregowych na starcie. Czy to jedyna droga?
Mnie sposób patrzenia marka trochę na początku zasmucił- albo jesteś z nami, albo olać i zapomnieć jak najszybciej. Tutaj zgadzam się z autorem, że marnujemy ogromny potencjał wielu wartościowych ludzi. Z drugiej strony marek też ma racje, że przykład osób, które odchodzą i nadal są szanowane likwiduje presję na pozostanie w szeregu. Pytanie: Czy chcemy trzymać ludzi groźbą i strachem przed wykluczeniem z grupy?
Może jest szansa na zbudowanie modelu, w którym nie negujemy odejścia, a nie jest to niewychowawcze?
Przyznam, że smutno mi się czyta: „To są ludzie dorośli, którzy jak nie widzą żadnego pola służby dla siebie to odchodzą/przechodzą na urlop i nikt im tego nie ma za złe.” (…) „Musimy negować bierność, aby organizacja się rozwijała, nawet u osób które kiedyś pełniły wysoką funkcję, ale już teraz nic nie robią.”
Powiązałem te dwa fragmenty, bo wydaje mi się, że są od siebie współzależne. I dostrzegam w tym następującą prawidłowość. Dość skracając wypowiedź, być może jest tak, że ludzie odchodzą, bo nasze oczekiwania, nie idą w parze z ich możliwościami? Do tego, jeśli: „MUSIMY NEGOWAĆ BIERNOŚĆ”- mocne słowa! Kto tę bierność ocenia? Jaki jest jej zakres, kto decyduje o punktach odniesienia etc. A może mamy za złe „ich bierność i dlatego odchodzą/przechodzą na urlop”?
Tu w 100% się z tobą zgadzam. W okresie kiedy byłem drużynowym nie było ani jednej zbiórki dla drużynowych. Co jakiś czas odbywały się wyjazdy kadry. Jeżeli nie tylko ty odczuwasz brak takich zbiórek to trzeba zdecydowanie ten temat poruszyć na forum hufca.
Tak odprawa hufca mnie męczy. To moje subiektywne odczucie. Nie będę się teraz użalał co jest w tym takiego męczącego (jeśli chcesz mogę Ci to powiedzieć w prywatnej rozmowie). Mi marku na przykład w pracy hufca brakuje. Kominków na których poruszalibyśmy kwestie ideowe, moglibyśmy konfrontować swoje zdania (to kształtuje światopogląd), ktoś mógłby przedstawić kwestie w rożnych światłach. Fajną rzeczy było by chociaż mieć chociaż jedną zbiórkę w roku (nie luźny wyjazd). Ludzie nie są w harcerstwie dla samej idei, ale też dla ludzi.
Po pierwsze super artykuł i ciekawie przedstawiony problem jednak w wielu miejscach się nie zgadzam.
1. Dlaczego negujemy postawy osób, które odeszły z harcerstwa? Bo młodzi (osoby z drużyny) muszą czuć, że bycie harcerzem jest czymś ciężkim co bardzo pozytywnie świadczy o osobie. Analizując np funkcje zastępowego mogę stwierdzić, że każdy zastępowy ma okresy załamania (ma bardzo odpowiedzialną funkcję jak na swój wiek) i ostatnie co może zrobić drużynowy to w jakikolwiek sposób popierać odejście z drużyny/pójście na łatwiznę. Odejście z drużyny jednej osoby może spowodować odejście paru innych i w konsekwencji jednostka się sypie. Silne negowanie odejścia z harcerstwa w drużynie (nie zależnie jak bardzo fajna jest osoba która odeszła) jest jak najbardziej na miejscu !!!
2. Jeżeli chodzi o instruktorów to już inna kwestia. To są ludzie dorośli, którzy jak nie widzą żadnego pola służby dla siebie to odchodzą/przechodzą na urlop i nikt im tego nie ma za złe.
3. Pisałeś także o tym, że często krytykuje się instruktorów niedziałających. Patrz punkt 1. Tu pojawiają się te same zależności psychologiczne. Musimy negować bierność, aby organizacja się rozwijała, nawet u osób które kiedyś pełniły wysoką funkcję ale już teraz nic nie robią.
Co do wypowiedzi Alka.
W jaki sposób męczy cię odprawa hufca? Nie rozumiem. Równie dobrze rozmowa z kolegą może cię męczyć… Nie uważam by w liceum czas był tak ograniczony by przyjście na odprawe hufca było jakimś wyrzeczeniem. Bycie drużynowym uczy wielu różnych rzeczy!!! Nie będąc drużynowymi bylibyśmy zupełnie innymi osobami. Pomyśl o tym w ten sposób. Wiadomo, że jest to mega wymagające, ale sami się na to zdecydowaliśmy.
Strasznie mnie irytuje takie mówienie o wypalaniu, bo to nic nie wnosi poza tym, że inni nagle też u siebie dostrzegają wypalenie.
Myślę, że warto dodać jedną jeszcze kategorie „Harcerz odchodzi, bo duża daje z siebie”. Myślę, że tacy harcerze tracą sens i idee kiedy dużo z siebie dają, a w zamian nic nie dostają. Na przykład kiedy zastępowy organizując zbiorki nie dostaje ideowego wsparcia na zbiórkach ZZ-u. Warto zauważyć że drużynowy ma gorzej niż taki zastępowy. Zastępowy ma chociaż zbiórki ZZ-u. A drużynowy co ma? Odprawy hufca? W moim odczuciu odprawa hufca ma raczej negatywny wydźwięk co prawda spotkam dobrych kumpli (hufcowego innych drużynowych), lecz jest to kolejne męczące spotkanie, które znów wymaga czegoś od drużynowego, a nic w zamian nie daje. Sama satysfakcja z prowadzenia drużyny i ewentualnych sukcesów wychowawczych nie wystarcza. Potrzebne jest dostarczanie idei takim, bo ona z pracą harcerską wypala się jak drewno w ognisku. W końcu może przyjść dzień, że drużynowy nie będzie wiedział co powiedzieć swoim harcerzom na ognisku… w tedy rzeczywiście „wiatr ułoży gawędę”.
Już nie raz pisano o tym, że harcerstwo ponad drużyną to biurokracja, to tylko kolejny wątły głos na ten temat.