Strona główna / Wyróżnione / Dlaczego kocham harcerstwo?

Dlaczego kocham harcerstwo?

Zacznę od wyjaśnienia, że tytuł jest parafrazą książki o. Jacka Salija OP „Dlaczego kocham Kościół” (swoją drogą naprawdę polecam jej lekturę). Dalej przechodzę do „zajawki” (bo wiem, że bez niej wielu z Was nawet nie spojrzy dalej w ten tekst)…

Czy harcerstwo nadal jest wierne ideom, skoro wielu z nas „nawala”? Co bycie harcerzem mi dało i dlaczego nie chcę odejść? Dlaczego i jak długo muszę oddawać, czy spłacać dług, który zaciągnąłem wychowując się dzięki harcerstwu? Czy harcerzem muszę być przez całe życie? Kiedy kończy się harcerstwo, a zaczyna dorosłe życie w „długich spodniach”? Gdzie jest granica między życiem prywatnym, a harcerskim? Czy moja żona musi być harcerką?

Mam nadzieję, że dzięki tym pytaniom, wystarczająco zachęciłem Was, żeby zagłębić się bardziej w tekst mojego wywodu…

„Zielony płomień, zielony mundur, zielona chusta i czapka…”

„Co robiłeś, powiedz, powiedz…?” – pytałem mojego brata, kiedy wrócił ze zbiórki harcerskiej. Ale sam nie widziałem potrzeby bycia harcerzem. Marcin pojechał na obóz, wrócił po trzech tygodniach, opowiedział, co robili, pokazał zdjęcia z aparatu „Kodak” z letniej promocji i… we wrześniu 1995 r. już byłem na pierwszej zbiórce. Dlaczego? Chyba jak każdy z nas: dla zabawy, przygody. Traktowałem to trochę jak zajęcia pozalekcyjne za free. Nawet nie przeszkadzało mi, że zastępowy pisał na tablicy, że zbiórki mieliśmy w paskudnej sali katechetycznej w piwnicach szkoły. Nie zdawałem sobie sprawy, że zwiąże mnie to na tak długo i na tak poważnie… I każdy przyzna – oczywiste. :)

Czy harcerzem zostałem dla idei? Jeśli tak, to dlaczego wraz z zastępem chodziłem do pobliskich torów kolejowych rzucać kamieniami w przejeżdżające towarowe wagony pociągu…? Jeśli tak, to jak wytłumaczyć, że gdy zastępowemu nie chciało się robić zbiórki, to rżnęliśmy w piłkę całe dwie godziny (co drugie spotkanie)? Jeśli dla idei, to raczej nie powinniśmy ganiać się z panią woźną po szkole i „bawić się” z nią w ścigano-chowanego. Albo – na obozie – niezwykły pomysł chłopaków z zastępu, którzy – po kłótni z zastępowym – wszystkim przed wejściem do namiotu kazali pluć na zdjęcie swojego wodza… To chyba obala mit, że kiedyś harcerstwo było czymś bardziej niezwykłym niż dzisiaj, a druhowie w zastępach bardziej porządni niż współczesne dzieci… Warto też przypomnieć sobie sceny z filmu „Czarne stopy”, gdzie widać jakich „ananasów” miało harcerstwo przed laty.

No więc dlaczego zostałem harcerzem…? I chyba ważniejsze pytanie: kiedy nim się zostaje?!

„Aż w końcu zbudzili i powiedli w las, do światła małego ogniska…”

Wielu twierdzi, że harcerzem zostaje się po złożeniu Przyrzeczenia. Chłopcy z naboru „harcerzami” nazwą kolegów w mundurach – nawet tych bez krzyży. Zadaję sobie więc pytanie: kiedy ja zostałem harcerzem, skoro Przyrzeczenie złożyłem dopiero w roku 2005? A może życie według zasad i idei harcerskich wybieram dopiero, kiedy zostaję Instruktorem (moment często określany jako świadoma „powtórka” Przyrzeczenia) i wówczas staję się harcerzem na 100%? Którakolwiek z teorii nie byłaby słuszna, w moim przypadku zrealizowała się każda, więc… jestem harcerzem.

I zaczęło się… Może jednak zacznę od refleksji nad tym, co dało mi harcerstwo, która poniekąd jest jedną z odpowiedzi na pytanie postawione w tytule tego artykułu. Nie byłem zuchem – więc trudno mi powiedzieć, że harcerstwo dało mi prawdziwą dziecięcą przygodę w świecie fantazji i bajek, że będąc zuchem mogłem bawić się z „dorosłymi druhami”, którzy zawsze mieli dla mnie czas – ale wielu z nas pewnie miało takie doświadczenie. Moje myśli zmierzają raczej ku zabawie, przygodzie, umiejętnościom, w których prześcigam moich rówieśników spoza ZHR. Bo przecież żaden z moich szkolnych kolegów nie rozmawiał z przedsiębiorcami, urzędnikami i rodzicami w taki sposób jak ja (organizując wyjazdy, załatwiając sponsorów, szukając dofinansowań). Żaden z nich nie prowadził pełnej księgowości firmy jaką była moja drużyna. Nikt z moich rówieśników nie stosował planowanej formy pracy w grupie, której był liderem… Są to umiejętności, których nie zastąpi żaden podręcznik: „jak planować czas”, „jak prowadzić finanse” czy „jak być liderem” itd. I tak sobie myślę – ja to wszystko (lepiej lub gorzej) robiłem mając zaledwie lat 16, 17… Jednakże nie oznacza to żadnym wypadku, że „normalnie” nie przeżyłem swojej młodości. W błędzie jest ktoś, kto stwierdzi, że zastąpiłem młodość „dorosłym” życiem. Niesamowite właśnie jest to, że w harcerstwie (na tym etapie!) jedno drugiego nie wyklucza.

I najważniejsza dla mnie osobiście rzecz… Dlaczego kocham harcerstwo? Bo od początku otaczali mnie ludzie, którzy byli dla mnie życzliwi. I niesamowite w harcerstwie jest to, że im dłużej w nim jesteś, tym te relacje stają się coraz bardziej zażyłe… Tym bardziej przekonujesz się, że na tych ludziach możesz polegać – i to w tak zaskakujących sytuacjach, że sobie tego nie wyobrażasz…

„Aż okres próby przyszedł na Ciebie… to już nie tylko zabawy!”

Kontynuując piosenkę natrafisz na słowa: „w dzień zakasujesz rękawy!” – i to chyba najbardziej oddaje to, na co chcę zwrócić tutaj uwagę. Otóż w życiu każdego beztroskiego harcerza przychodzi taki moment, gdy zaczyna się zmniejszać ilość zabawy na rzecz odpowiedzialności. Oczywiście proces ten odbywa się stopniowo, w pierwszym stadium nawet niezauważalnie – kurs zastępowych. :) Spore grono naszych druhów dochodzi do tego etapu, a w momencie, w którym zauważają ten proces (jedni wcześniej, inni później), rezygnują, odchodzą… Podobnie było ze moim bratem, a poniekąd i ze mną. Marcin odszedł z XV-stki jako zastępowy; ja jako kandydat na kurs zastępowych.

W „okresie, który przychodzi na ciebie – to już nie tylko zabawy…” dochodzi odpowiedzialność, organizacja, planowanie… Wydaje się, że nie wszystkim to odpowiada. Nie uważam tej sytuacji za złą. Moim zdaniem jest to naturalny proces wyłaniania się liderów i ich kształtowania na różnych poziomach. Rzeczą naturalną jest, że kandydaci odpadają wraz z postępującym procesem „liderowania”. Szkoda tylko, że nie znajdujemy dla nich alternatyw…

Moje harcerskie doświadczenia ukazały mi przypadki jeszcze inne. Otóż są druhowie „pośredni” między liderami, a tymi, którzy nie chcąc nimi być i odchodzą… Rzadkie są to przypadki, ale zdarzają się osoby, które nie chcąc być liderami, jednak nimi się stają, ale tylko… z poczucia obowiązku. Dokładniej, żeby spłacić zaciągnięty dług wobec harcerstwa, bo dostrzegają, jak wiele im harcerstwo dało i ile mu zawdzięczają. Są to osoby niezwykłe, bo nawet w chwili, w której zdecydują się wystąpić z naszych szeregów, to często są nam życzliwe i pomocne… Co prawda mam (bliski mi) konkretny przykład, ale, nie chcąc go tutaj przywoływać, posłużę się innym: Szymon Majewski – „Marek zmienił moje życie”. Nie będę rozwijał dalej wątku.

Zostają Ci najtwardsi – nasi wodzowie. To wszyscy „nie p.o.”, ale pełnoprawni drużynowi – Instruktorzy, którzy poświęcają się nadal świadomej pracy wychowawczej. Ale czy i oni podświadomie nie spłacają „długu” zaciągniętego w harcerskiej organizacji? I czy w ogóle można na to spojrzeć w tej kategorii – bo te twierdzenia troszkę ukazują harcerstwo jako grupę „sekciarską”, a przecież tak nie jest… Zastanawiam się, jak ja powinienem do tego odnieść moje instruktorskie zaangażowanie w sprawy ZHR-u. I szczerze przyznam, że pojawiają się takie przebłyski, że to co robię, to czynię z wdzięcznością (inaczej „z wdzięczności”). Rodzi się więc pytanie postawione w „zajawce”: Dlaczego i jak długo muszę oddawać, czy spłacać dług, który zaciągnąłem wychowując się dzięki harcerstwu? To takie trochę prowokacyjne pytanie, które mam nadzieję – wzbudzi dyskusje w komentarzach :)

„Po wielu latach… przysięgi strzec już nie muszę?”

Dobre pytanie: czy po latach – i ilu latach? O ile należy uznać, że Przyrzeczenia małego chłopaka na obozie nie powinno się traktować jako przysięgę obowiązującą go na całe życie, to czy „ponowienie” tego Przyrzeczenia przez Instruktora nie ma takiego wymiaru? Prowokuję tu trochę dyskusję, bo znamy przecież wielu Instruktorów, którzy przeszli na urlopy, później do rezerwy…

Ja do harcerstwa powróciłem po kilku latach przerwy, można powiedzieć, że w sposób już świadomy. Ale powrót ten i tak był przesiąknięty egoistycznym pragnieniem przeżywania klimatu wieczornych ognisk z obrzędowymi piosenkami; wspólnych spotkań, rajdów, gier… Wcale nie dlatego, żeby „spłacać jakiś dług”, albo móc dać coś z siebie… Zostałem pomocnikiem gromady zuchowej i pamiętam, że gdyby nie środowisko zuchmistrzowskie i atmosfera przyjaźni, to jestem przekonany, że łażące po mnie i wrzeszczące obok mojej głowy zuchy na pewno zniechęciłyby mnie do kontynuowania przygody harcerskiej (już po powrocie).

Będąc wodzem gromady, potem referentem, obserwowałem ludzi, którzy odchodzą na jakimś etapie swojej harcerskiej drogi. Zastanawiałem się: jaki jest tego powód? Ściągnąłem mojego brata ponownie do harcerstwa, żeby pomógł mi w prowadzeniu gromady – zgodził się, ale tylko pod warunkiem, że będzie to zwykła pomoc i nie będzie musiał angażować się harcersko na dłużej… Stało się jednak inaczej… W chwili, w której jego pomoc nie była mi już potrzebna i Marcin chciał pomału się wycofywać, pojawiła się wobec niego prośba (w nagłej sytuacji), aby stał się wodzem pewnej jednostki. Ze względu na więzy przyjaźni, trochę doświadczenie i poczucie odpowiedzialności harcerskiej (mino, iż nie był instruktorem) zgodził się. Pozostał jeszcze przez 2 lata…

Kilka dni temu kiedy przeglądałem z bratem i jego żoną zdjęcia z naszej wspólnej kolonii zuchowej, stwierdził z naprawdę życzliwą ironią, że  harcerstwo to jest taka „sekta”, która wykorzystuje przyjaźnie, relacje do swoich celów. „Jak już cię złapią, to nie puszczą, dopóki nie wycisną z ciebie ile się dasz” – opowiadał żonie (oczywiście nie-harcerce :)). I jakkolwiekby z tym nie dyskutować – każdy przyzna, że coś w tym jest. :) Dla niewtajemniczonych dodam dookreślenie, że brat mój wspaniale wspomina harcerstwo i do dziś uważa je za najlepszy system wychowywania młodych ludzi.

Pytam brata, dlaczego zdecydował się odejść? Pytam tak wielu byłych harcerzy. Każdy odpowie tak samo – dom, rodzina, dorosłe życie, praca zawodowa… I przypominają mi się częste słowa mojego ojca, który, widząc moje zaangażowanie w sprawy harcerskie, niejednokrotnie mnie przestrzegał: „Harcerstwo ci jeść nie da!”. W tym kontekście zmieniłbym trochę pytanie ze wstępu: czy harcerzem powinno się być przez całe życie? Bo w kontekście słów Przyrzeczenia: „…całym życiem…” – chyba tak…

Na odprawach hufca zdarza mi się pojawiać w garniturze. Bo prosto z pracy, bo za chwilę na spotkanie, bo… bo… itd. Widzę harcerzy uczestniczących w różnych służbowych spotkaniach w „cywilu”. Opustoszałe mundury: bez plakietek i sprawności, jedynie świecące czerwienią spod krzyża – czy to są oznaki powolnego przekraczania granicy między harcerstwem a dorosłym życiem? Czy można to wydzielić i postawić jakąś granicę? Wydaje mi się, że nie… Ale jeśli tak jest, to gdzie jest ta granica między harcerstwem, a dorosłym życiem w „długich spodniach”…?  I tu kolejna prowokacja do dyskusji – zachęcam :)

Telefon. Komendant Chorągwi pyta mnie czy piszę jakiś tekst do „Wywiadowcy”. Akurat jestem w tym miejscu pisania artykułu. Odpowiadam, że tak: będzie to kontrowersyjny tekst na temat: „Czy moja żona musi być harcerką?”. Słyszę śmiech i stwierdzenie: „zapewne będziesz wyrażał opinię, że ZHR jest zamkniętą sektą, w której dobieramy się w pary”… To jest właśnie kolejny aspekt, który wpisuje się w nasze „dorosłe harcerstwo”. Dane mi było być uczestnikiem licznych dyskusji na ten temat. Pojawiały się nawet argumenty za i przeciw; korzyści i aspekty negatywne… I to też kolejny wątek warty dyskusji i komentarzy – rzekłbym nawet, że warty wypowiedzi czytelników na łamach pisma naszych druhen „Prząśniczka”. ;) Jest to temat rzeka i rozważanie godne osobnego tekstu tematycznego. Moim celem jest jedynie kwestię zaakcentować i skłonić czytelnika do refleksji i ewentualnych wypowiedzi.

„Żar ostatniego ogniska to… i słowa bratniej pomocy”

Ostatni wiersz „Zielonego Płomienia” niech będzie zakończeniem i krótkim podsumowaniem. A będzie nim pewna teza, którą śmiem postawić: Nie da się rozdzielić życia prywatnego od harcerskiego, a nawet jeśli usiłuje się to czynić, to jest to niewłaściwe. Nie ma tu spraw prywatnych i służbowych. Harcerzem się jest – całym życiem… To pewna postawa, styl życia, styl bycia. I nawet „rezerwowi Instruktorzy”, byli drużynowi – czy tego chcą czy nie – w jakiejś mierze harcerzami pozostaną do końca życia!

Mam nadzieję, że udało mi się odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule ;)

Jojo

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *