Trzy słowa vol. 8

– Ojcze, mam złe wieści. Leon zawiódł.

Don Salviano majestatycznie wydmuchnął obłok dymu z cygara.

– Nie jestem zaskoczony. W końcu zwie się Leon „Zawodowiec”, więc z samej nazwy wynika, że zawodzi… Ale tego się spodziewałem. Skoro wcześniej zawiódł i Killer, i Hitman, to oznacza to, że nasz przyjaciel jest całkiem dobry w unikaniu naszej zemsty. Ale koniec tego dobrego.

Boss zaciągnął się cygarem i wypuścił kolejny szary obłoczek. Potem zwrócił się do stojącego przed nim posłańca.

– Połącz mnie z Jackiem „Kostuchą” i jego piekielną ekipą.

Chłopakowi ciarki przeszły po plecach, ale posłusznie podniósł słuchawkę i na obrotowej tarczy wykręcił znany mu numer. Podał aparat ojcu chrzestnemu.

– Jack? Tu Salviano. Mam kolejne zlecenie… Tak, zapłata taka jak zawsze. Celem jest Mark Costello…

Mark wracał sam do domu. Jego limuzyna mknęła pewnie przez noc, choć sam kierowca już tak pewnie się nie czuł. Ledwie dwa dni temu cudem uniknął kolejnego zamachu na swoje życie. Teraz nerwy miał prawie w strzępach.

Wjechał na podjazd i wysiadł z samochodu. Zdawało mu się, że na tle rozgwieżdżonego nieba widzi ciemną plamę. Tak jakby ktoś przysiadł na szczycie dachu, na kalenicy. Nim Mark zdążył dłużej się nad tym zastanowić, rozległ się wysoki, przenikliwy, nieludzki krzyk. Długi, mroczny skowyt.

Dreszcz przeszedł ciało Marka.

„Banshe…” – pomyślał. Nie wierzył w takie bujdy. Ale co innego o takich bujdach słuchać, a co innego na własne uszy usłyszeć krzyk szyszymory.

Mark otworzył drzwi auta i ze schowka wyciągnął swoje podręczne Magnum. Odbezpieczył je i ruszył w kierunku drzwi domu, trzymając broń w pogotowiu przy nodze.

Naraz uchwycił narastający tętent kopyt. Odwrócił się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Dało mu to tylko tyle, że zdążył zauważyć czarny kształt, który wyskoczył z alejki obok willi, nim ten na niego skoczył. Mark poleciał do tyłu i legł bez tchu na plecach, zaś stwór na jego piersi.

Mężczyzna próbował odetchnąć, ale nie był w stanie. Siedzący na nim stwór zdawał się z każdą chwilą stawać coraz cięższy, wyciskając z Marka powietrze wraz z życiem.

„Dusiołek!” – pojawiło się w jego świadomości w tej samej chwili, co gwiazdki przed oczami.

Na szczęście zareagował instynkt. Wręcz machinalnie uniósł rękę z bronią i wypalił w kierunku potwora. Rozległo się żałosne meknięcie i ucisk na piersi Marka zelżał, choć przywaliło go truchło stwora. Czym prędzej się spod niego wygrzebał i stanął, oddychając ciężko.

– Co do cholery…? – zapytał retorycznie, oszołomiony. Jakiś ptak bezszelestnie przefrunął tuż nad jego włosami.

Ptak? O tej porze to raczej nietoperz…

Marka naraz nawiedziły złe przeczucia. I całkiem słusznie, bo chwilę później z cichym puknięciem pojawiła się przed nim wysoka, blada postać z długimi kłami. Mark na odlew trzasnął wampira kolbą pistoletu w twarz i przy skowycie odlatującej zmory pogratulował sobie dawnego pomysłu, by posrebrzyć broń.

Od razu też pognał do drzwi wejściowych. Chciał udać się do piwnicy, gdzie czułby się znacznie bezpieczniejszy. Jednak gdy tylko otworzył drzwi, stanął jak wryty. W przedpokoju stała kolejna wysoka, chuda postać. Ta jednak odziana była w czarny płaszcz z kapturem, a w dłoniach trzymała kosę. W dłoniach bez skóry i mięśni…

Mark wrzasnął i cofnął się kilka kroków. Kostucha uniosła swą broń i ruszyła w jego stronę. Costello odwrócił się i co tchu pognał w kierunku nabrzeża i prywatnej przystani. Tam w pośpiechu odcumował motorówkę i wskoczył do jej środka. Odpalił silnik i na pełnej mocy oddalił się od nabrzeża. Za łódką pozostawał wzburzony kilwater.

Mark odwrócił się i spojrzał na ląd. Kostucha stała na pomoście i nie ruszała się. Mark zaśmiał się triumfalnie. Dobrze pamiętał, że demony nie mogą przekroczyć wody.

Odwrócił się znów do przodu i zamarł. Na dziobie motorówki, tuż przed nim, stała ta sama postać w czarnym kapturze. Uniesiona do góry kosa opadła…

Don Salviano stał tuż obok trumny. Kapłan właśnie kończył odprawiać egzekwię. Salviano rozejrzał się po zgromadzonych żałobnikach.

Gdzieś z tyłu naraz dojrzał postać ubraną w jeszcze bardziej czarny strój niż inni. I to dość szkieletowatą postać.

Salviano spojrzał na nią i lekko uniósł jedną brew. Na to kostucha uniosła w górę kościsty kciuk i rozwiała się w dym. Salviano pokiwał lekko głową. Na Jacka zawsze można było liczyć. Był niezawodny.

Kapłan skończył i grabarze właśnie brali się za liny. Ojciec chrzestny ostatni raz spojrzał na trumnę i umieszczoną przy niej tabliczkę: Giovani Salviano, lat 17.

Salviano cicho westchnął. To prawda, że Jack był niezawodny, ale nie pracował za darmo. Zapłata była zawsze taka sama.

Mimo wszystko Don Salviano uśmiechnął się w duchu. Miał bowiem wystarczająco liczną rodzinę, by móc pozbyć się każdego wroga.

Jacek Tomaszewski HO

PS

Kilwater, kalenica, kostucha – takie były słowa.

Wyjątkowo jest nieharcersko, co – mam nadzieję – będzie mi wybaczone.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *