Nie ukrywam, że harcerzem nie jestem długo, bo jakieś 5 lat. Pamiętam dobrze pierwszą zbiórkę, pierwszy obóz, pierwszego zastępowego i drużynowego. Może wydaje się to zabawne i infantylne, bo minęło przecież tylko 5 lat. Dla mnie jednak to aż epoka. Epoka, która zmieniła i wciąż będzie zmieniać moje życie. I nadal trwa.
Okres gimnazjalny, podczas którego wstąpiłem do harcerstwa, był ciężkim okresem. Głównie ze względu na jego specyfikę. Mam na myśli stereotyp, który się narodził głównie wśród gimnazjalistów, że gimnazjum to „wstęp ku dorosłości i czas naśladowania dorosłych”. Czy nie jest tak, że czasem przechodząc obok palących uczniów Publicznego Gimnazjum nr XY zastanawiamy się nad tym zjawiskiem i przywołujemy wspomnienia? Każdy, kto przeżył jakiś okres, krytykuje innych, którzy właśnie przez niego przechodzą.
Przez ten stereotyp wielu drużynowych, jak zauważyłem, boi się robić nabór w gimnazjach. Dlaczego? Ano właśnie dlatego, że „to czas degeneracji młodzieży”. Założę się, że nieraz drużynowemu drużyny harcerskiej przechodziła taka myśl . Każdy mam prawo mieć swoje obawy. Jednakże skoro wiemy, że czas gimnazjum to początek postępującego zła, to czy nie warto poświęcić się w walce z nim, na pewnego rodzaju powstrzymanie degeneracji? Wystarczy jeden telefon do dyrektora, dzień przygotowania, plakaty, dobry plan, energiczne i pewne wejście do klasy, rozdanie ulotek, prezentacja lub film i już znudzony uczeń czuje, że oto coś nowego, co może go zaangażować w taki sposób, że zapomni o kolegach z parku i używkach.
Najważniejsze to odzyskać takiego chłopaka i pomóc mu, zanim stanie się coś niedobrego. Przepis jest łatwy: dotrzeć i zainteresować go. Z moich obserwacji wynika, że trudno „przetrzymać” gimnazjalistę w drużynie. Przy rozbieżności wiekowej 11/12-16 (a czasem, włączając studiującego drużynowego, do 24 lat) nie jest łatwo zapewnić komfort każdemu. Zuch, który przeszedł z gromady oczekuje czegoś innego, młody harcerz z naboru w SP często boi się i niepokoi, co wymyśli zastępowy na zbiórkach, a gimnazjalista będzie chciał więcej adrenaliny, militariów, więcej przeżycia. Znam to z autopsji. Łatwiej zaskoczyć młodziaka, niż starego, dorastającego byka. Być może po jakimiś czasie dojrzeje dzięki wpływowi starszych (głównie drużynowemu). Jeśli nie dojrzeje, to zniechęci się i odejdzie. Jeśli jest na tyle inteligentny i rozumny, że poczuje czym jest harcerstwo, jaka jest jego rola — pozostanie w drużynie ze świadomością, że jest potrzebny tak, jak inni jemu.
Procesy zachodzące w drużynie o dużej rozbieżności wiekowej mają swoje zalety i wady. Dużą zaletą jest to, że młodzi szybko dorosną i to trzeba odpowiednio wykorzystać. Wadą zaś, że trudno jest zrealizować uniwersalny plan dla wszystkich. I tu decyduje drużynowy: wybiera odpowiedniego zastępowego, który „poskromi” grupę gimnazjalistów, dostosuje do nich plan i przygotuje zaplecze. Po pewnym czasie zrobi bilans, ktoś odejdzie, kilku zostanie. Po około pół roku ustabilizuje się zastęp starszoharcerski. I co teraz? Wiadomo, że piątoklasista nie ma szans z bykiem z gimnazjum praktycznie w każdej konkurencji. Pojawia się problem. Trzeba go w jakiś sposób zniwelować. Pierwszy obóz zastępu starszoharcerskiego. Niektórzy będą rozczarowani, kilku znudzi jego forma i odejdą lub przejdą do drużyny wędrowniczej. A co z resztą? Mnie osobiście wydaje się, że to najlepszy moment na tworzenie wartościowych funkcyjnych z tych kilku twardych i wyrabiających się gimnazjalistów. Kurs zastępowych! Jednak warto brać pod uwagę fakt, że rzucanie na głęboką wodę może być ryzykowne. Jeśli pojechało kilku, to będzie dobrze. Jeden lub nawet kilku przejmie zastępy, któryś może podejmie się trudu jego założenia. Zastęp starszoharcerski w końcu się rozpadł.
W moim zastępie po ponad roku z 9 osób zostało nas 2. Na kurs pojechałem sam z tej grupy gimnazjalistów. Na drugim obozie z naszego naboru zostałem tylko ja, już jako zastępowy na czele 7-osobowego zastępu. Obecnie jestem wodzem gromady. Brakuje mi pomocnika w wieku wędrowniczym. W środowisku nikogo takiego nie ma. Chłopaki z gromady to wspaniałe zuchy, potencjalni harcerze, w przyszłości wyrobieni lepiej, niż starsi koledzy z naboru do drużyny.
Dlaczego przez strach drużynowych mają wymierać gromady z potencjałem? Dlaczego zuch, który żąda od swojego wodza dwóch zbiorek w tygodniu, za rok nie będzie mógł chodzić na żadną? Dlaczego nikt nie dostrzega tych zależności? I dlaczego niektórzy uważają, że drużyna jest dla nich, a nie oni dla drużyny i harcerstwa?
Łatwo rozwijać się tylko na jednej płaszczyźnie, to prosta droga. Ale czymś wielkim jest zdobywanie umiejętności w kilku rzeczach. Chylę czoła przed tymi, którym udaje się stworzyć organizm, jakim są zuchy – harcerze – wędrownicy i jednocześnie apeluję do reszty: więcej odwagi i poświęcenia.
Artykuł dedykuję pierwszemu zastępowemu pwd. Konradowi Pawlakowi, który sprawiał, że, zamiast chodzić, biegałem na zbiórki. Także pierwszemu drużynowemu, hm. Sebastianie Grochali, dzięki, któremu wiele zrozumiałem i wciąż uczę się rozumieć. Oraz wszystkim niedowiarkom, drużynowym i wodzom zuchowym.
Biały Lew
