Patrząc na sposób obchodzenia świąt narodowych w naszym kraju, można stwierdzić, że są one co najmniej nieciekawe, co jest według mnie wyrazem głębszego problemu i na nim chcę się skupić. Nie mam zamiaru rozpisywać się na temat sposobu obchodzenia świąt narodowych, bo kilka takich artykułów było, a nawet, co najważniejsze, podjęliśmy inicjatywę zmiany sposobu obchodzenia tych dni na prawdziwe świętowanie.
Mam nadzieję, że czytelnik zna podstawy logiki matematycznej, bo będę się nią teraz posługiwać. W czasie moich przemyśleń ciągle wracam to pewnej prawidłowości: patriotyzm => wojna => śmierć, czyli patriotyzm => śmierć. Wielu naszych bohaterów narodowych (i naszych jednostek harcerskich) to osoby, które wpisują się w tę swoistą implikację patriotyzm => śmierć. Już teraz zaznaczam, że nie umniejszam ich zasług – dla mnie też są bohaterami – chcę skupić się na innym problemie, który kryje się za przytoczoną przeze mnie implikacją.
Przypomnę nasz punkt wejścia: jeśli jestem patriotą, to jestem martwy.
Pierwszy przypadek jaki rozpatruję: patriota ginie, dwa zdania prawdziwe, więc implikacja prawdziwa. Można tutaj podać przykład Cichociemnych, pilotów z bitwy o Anglię, oczywiście poległych. Dlaczego akurat tych? Ponieważ ci ludzie nie musieli tego robić, wojna obronna się skończyła, Polska skapitulowała, a oni wypełnili swój obowiązek wobec ojczyzny; jednak i tak podjęli dalszą walkę i polegli.
Następny przypadek: żołnierz (niekoniecznie patriota) ginie. Wspominałem o kampanii wrześniowej. Podam przykład Armii Łódź, której pomnik jest dość ważny dla nas harcerzy, szczególnie instruktorów. Sam przez wiele miesięcy zbierałem pieniądze na jego budowę. Dodam także, że jako Okręg sprawujemy nad nim honorową opiekę. W tej armii służyli żołnierze z poboru, inaczej mówiąc: z przymusu. We wrześniu zasady były bardzo proste: niewykonanie rozkazu, próba dezercji, sabotaż kończyły się kulą w łeb. Jeszcze raz podkreślam, że nie umniejszam zasług tych ludzi i nie umniejszam ich trudu. Każdy z nich został bohaterem, niezależnie od tego czy był Polakiem, Żydem, Ukraińcem czy nawet Niemcem, i przede wszystkim niezależnie od pobudek, jakie nimi kierowały. Implikacja prawdziwa.
Teraz zaczną się trudniejsze rzeczy. Implikacja jest prawdziwa kiedy oba zdania są fałszywe, czyli w naszym przypadku zwykły człowiek, który przeżył. Najłatwiej znowu odwołać się do wojny. Pomimo, delikatnie mówiąc, trudności mnóstwo osób przetrwało wojnę, a podczas niej jakoś tam żyło, bo jakoś trzeba było. Tyle.
I ostatni przypadek: patriota, który przeżył. I tu pojawia się problem, bo z prawdy wynika fałsz i cała implikacja jest fałszywa, taka osoba jest poza systemem. I znowu odwołanie do wojny, a właściwie do czasów po niej, kiedy zwalczano tych, którzy walczyli (na różne sposoby) o wolną i niepodległą ojczyznę. Tutaj podam dwa przykłady: rotmistrza Pileckiego (zachęcam do poznania jego życiorysu tych, którzy jeszcze go nie znają) i żołnierzy wyklętych.
I tu właściwie doszedłem do swojego celu, ponieważ dzięki nowemu okupantowi wielokrotnie zdanie 'przeżył’ zostało zmienione na 'zginął’ i implikacja jest obecnie prawdziwa. I tu pojawia się moja teza: obaj okupanci zaszczepili nam tę regułę: patriotyzm => śmierć. I nadal z niej korzystamy. Bardzo często zadaje się pytanie: „czy oddałbyś życie za Polskę?” Pytanie bardzo mocno abstrakcyjne, na przykład biorąc, że coraz mniej osób wie co to jest wojna. Człowiek cechuje się wolą życia i niechęcią do zabijania (przytoczę powiedzenie „wyjątek potwierdza regułę” dla tych którzy zapytają się o samobójców i morderców). Wniosek nasuwa się prosty: nie chcę być patriotą, bo chcę żyć.
Teraz czas by odwrócić ogon do góry kotem i zrobić coś bardzo prostego, czyli zanegować opisaną przeze mnie implikację. Otrzymujemy wtedy koniunkcję: jestem patriotą i żyję. Czy to ma sens? Jak najbardziej tak, ale omówmy przypadki.
Pierwszy z nich, czyli martwy patriota. O osobie zmarłej mówi się w czasie przeszłym i z naszego punktu widzenia, teraźniejszości, martwy patriota był nim, ale teraz już nie jest, ponieważ nie żyje; brzmi to dość okrutnie, prawie jak czarny humor. Co w przypadku świętych? Przecież są martwi, a są świętymi teraz; odpowiem: świętość jest potrzebna za życia i po nim, przynajmniej tak utrzymuje nasza wiara. Jednak nie możemy stwierdzić czy po śmierci patriotyzm jest potrzebny. Podobnie można rozpatrzyć przypadek z martwym 'niepatriotą’.
I teraz prawdziwa wisienka na torcie. „Nie jestem patriotą i żyję” (fałsz) i „jestem patriotą i żyję” (prawda). Pojawia się tutaj sprzeczność: nie będąc patriotą działam wbrew logice? Przed chwilą zanegowałem narzucaną według mnie implikację, więc niech drogi czytelnik zrobi to samo, przynajmniej na kilka minut, w celu zastanowienia się nad moimi argumentami za prawdziwością koniunkcji „jestem patriotą i żyję”. Pozwolę sobie skorzystać z źródła jakim jest Wikipedia i podam zawartą tam definicję:
Patriotyzm (łac. patria,-ae= ojczyzna,gr. patriates) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a często także gotowością do poświęcenia własnego zdrowia lub życia oraz pracy dla jej dobra. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka.
Moim głównym argumentem będą Szare Szeregi, aby pokazać, jak nasi harcerscy przodkowie myśleli o tej tematyce. Od wielu lat program Dziś – Jutro – Pojutrze jest dla mnie tematem wielu przemyśleń. Szczególnie, według mnie niedoceniane, Pojutrze. Czasy były na tyle ciężkie, że nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, w jakich warunkach żyli nasi rówieśnicy (z czego swoją drogą się bardzo cieszę). Nasi harcerscy przodkowie myśleli o tym, co będzie, gdy skończy się wojna. Widać to na przykład w „Kamieniach na szaniec”, gdzie bohaterowie poświęcają czas na własny rozwój. Podałem przykład Szarych Szeregów nie tylko dlatego, że jestem harcerzem, ale aby pokazać kontrast między tym, czego oni nie mieli i co robili, a tym, co my mamy i czego nie robimy.
Pozwolę sobie przypomnieć, że okupant zlikwidował polskie szkolnictwo; jako Polacy mieliśmy umieć trochę pisać, trochę liczyć i właściwie tyle. Uczenie się było co najmniej utrudnione i wiązało się z dużym ryzykiem. Obecnie żyjemy w wolnym kraju, gdzie szkoła jest jednym z najgorszych obowiązków młodego człowieka. Nikt do nas nie strzela, nie wsadza do więzienia, więc, myśląc choć trochę logicznie, powinniśmy być dobrze wykształconym narodem. Jednak coraz więcej mówi się o tym, że nie umiemy czytać ze zrozumieniem, w sumie to w ogóle nie czytamy; podobnie ma się z liczeniem i innymi podstawami jak historia, geografia. Pojawia się przyzwolenie na lekceważące podejście do nauki: za dużo książek, za dużo prac domowych, za dużo lekcji, za mało czasu na „życie towarzyskie i dzieciństwo”. Efekt jest taki, że tak zwany dzień wagarowicza jest normą, bo przecież polityk powiedział w telewizji, że też chodził.
Skutek jest prosty: umiemy ilościowo i jakościowo mniej. Bardzo często argumentem jest „to mi się nie przyda”; gratuluję dalekowzroczności i daru przewidywania. Myślę, że bardzo niewielu młodych ludzi ma plany na przyszłość. Liceum: to które jest modne, albo blisko; studia, które są łatwe, modne i z dziwną nazwą. Byle się nie zmęczyć. Mamy też podział na „humanistów” i „matematyków”, który w rzeczywistości jest podziałem na „nie umiem pisać, nie znam liczb” i „nie umiem liczyć, nie znam liter”. Nasz język z biegiem lat staje się coraz bardziej prosty i przez to coraz mniej precyzyjny, szczególnie biorąc pod uwagę popularne i powszechne wulgaryzmy (idąc za pochodzeniem tego słowa stajemy się społeczeństwem pospólstwa, ale nie mówcie nikomu, bo ktoś się obrazi). Przez to słysząc rozmowę nie wiem, czy ktoś był pijany, pobity czy zachowywał się głupio. Całe piękno języka, kiedy jednym zdaniem można przekazać pełną informację, powoli się kończy.
Co było takiego w II Rzeczypospolitej, że do tej pory mamy do niej taki sentyment? Że wszystko, co przedwojenne, prawie na bank jest lepsze od tego obecnego? To, że wtedy działał patriotyzm życia, a nie śmierci (lepszym określeniem byłaby śmierć patriotyzmu). Często motywuje się ucznia, że uczy się dla siebie, że robi coś dla siebie. Ale przecież tak nie jest, prawda? Teraz drogi czytelniku pomyśl sobie, że twój lekarz czy pilot samolotu, którym lecisz, uczył się swojego fachu tak jak ty, czyli: ściągając, oszukując, idąc „po łebkach”. Na tych przykładach widać, co mam nadzieję zostało zauważone, że nie uczymy się dla siebie tylko dla innych, bo nasza praca będzie służyć innym, a szkoła jest początkiem tej drogi. Dawno zapomniane 'pro publico bono’ aż ciśnie się na usta.
W dużym uproszczeniu możemy porównać drużynę harcerską do narodu. Mamy kilka zastępów z własną historią i wspólną historię drużyny, mamy zwyczaje i tradycje zastępów i drużyny. W drużynie są różni ludzie, z różnymi możliwościami i umiejętnościami. I teraz pomyśl: jak by wyglądał obóz drużyny, gdyby każdy myślał o sobie? Każdy stawia sobie namiot, sam sobie buduje pryczę i inne urządzenia. Czy to ma sens? To bardzo proste porównanie. Okazuje się, że patriotą jest się w wielu małych rzeczach i bardzo prostych, ale zarazem bardzo wielkich, bo do nich należy przezwyciężanie własnych słabości. Wielu z nas jest patriotami i patriotkami z krwi i kości, a przede wszystkim ducha, choć nie do końca o tym wiemy.
pwd. Filip Zdziennicki