Polecam wpierw przeczytać poprzednią część.
Zdecydowanie, Wieszczyk daleki był od posiadania się z radości.
Kniaź zamknął go wraz z harcownikami w tiurmie. Gdy bowiem dokładniej zlustrował przybyłych chłopaków, naszła go widać myśl (która i Wieszczyka rychło nawiedziła), że nie byliby oni w stanie nawet kilku dzikich psów od obejścia odpędzić, a co dopiero grasancką szajkę.
Wieszczyk z niepokojem patrzał w przyszłość. Mścigniew tak się zacietrzewił, że nie tylko zawarł go w ciemnicy wraz z wyrostkami, ale też i dobra z obejścia mu skonfiskował. Harcownikom zresztą też zabrał wszystko, włącznie z chorągwią opatrzoną herbem i napisem „Lisy”. Wyraźnie też zaznaczył, że jeśli w dwa zachody słońca więźniowie sposobu na przepędzenie bandytów nie wymyślą, to wszyscy (z Wieszczykiem włącznie) utracą zarówno kniaziowską łaskę, jak i głowy.
Cała siódemka więc intensywnie koncypowała, jak by tu zbójców się pozbyć. Harcownicy, jak się okazało, ani się umieli bić, ani oręż mieli. Szukali więc inszych metod: forteli wszelakich, zasadzek…
Po kilku godzinach jedyne, co uzyskali, to ból głowy Wieszczyka, spowodowany wsłuchiwaniem się w nietypowy akcent harcowników. Jakoś się ze sobą dogadywali, choć często nie rozumieli wzajem pewnych słów. Ta skromna bariera językowa szargała i tak już napięte nerwy uwięzionych.
– To chore! – zakrzyknął naraz zdesperowany Krzysiek, podrzucając w górę ręce. – To jakiś durny sen. Cofamy się w czasie i mamy powstrzymać grupę bandytów? Nawet gawędy drużynowego nie są tak wyssane z palca. Trzeba było nie robić tej zupy z grzybów, jeśli nie mieliśmy pewności, czy są na pewno jadalne.
– Odwal się od mojej zupy – burknął Staszek. – Była tylko trochę niesłona, jasne? Już raczej zażalenia można mieć do twojego makaronu z kory brzozy. Jak to nam leży na żołądkach, to nic dziwnego, że mamy zwidy.
Zastępowy Michał przeczuwał, że chłopaki się zaraz chwycą za łby, ale ku swemu niepomiernemu zdumieniu zobaczył, iż Krzysiek walnął się na pryczę i łyknął tabletkę wyciągniętą z kieszeni.
– Idę spać – rzekł dobitnie. – A jak się obudzę, znów będziemy na podchodach.
– Czymże była ta biała rzecz? – zapytał zaciekawiony Wieszczyk.
– To tabletka na sen – wyjaśnił Michał. – Krzysztof ma kłopoty z zasypianiem.
– Na sen, powiadasz? – szaman uśmiechnął się z ukontentowaniem, a po chwili wyłożył harcownikom ideę, która świeżo zakwitła w jego głowie.
Gdy więźniowie wysłuchali konceptu, nadzieja wstąpiła w ich serca. Szczęśliwie, Krzysiek miał zacny zapas pigułek snu. Notabene, jemu nie udzieliła się powszechna radość, bo od dobrych już kilku minut cicho pochrapywał.
Rychło jednak harcownicy doszli do smutnego wniosku, że przede wszystkim to trzeba im móc się wcześnie wywiedzieć, że grasanci nadchodzą. Lecz było ich raptem siedem dusz i nie byli w stanie się rozstawić wokoło grodziska, by pewnie obserwować okolicę. A musieli dokładnie wiedzieć, gdzie łupieżcy uderzą, by tam przygotować się na ich przybycie.
– Szlag, gdyby tu był mój wujek! – westchnął Michał. – On ma cichutki aeroplan, moglibyśmy patrolować okolicę z góry; a może nawet byśmy dostrzegli obozowisko bandziorów…
– Aeroplan? – spytał znużony szaman. Dość już miał kolejnych bzdurzeń o przyszłej cywilizacji. W duchu błagał bogów, by zachowali ich od świata, jaki wyłaniał się z tych niewiarygodnych opowieści. Zwłaszcza od czegoś zwanego „eklektycznością”: wyglądało na to, że żaden z harcowników właściwie nie rozumie, czym ona jest, choć gęsto korzystają z jej usług. Zaś Wieszczyk miał już doświadczenia w przyjmowaniu pomocy duchów, których się do końca nie poznało. Doszczętny pożar chatynki był jednym z tych doświadczeń.
– Aeroplan to maszyna do latania – wyjaśnił powoli Michał, a widząc niedowierzanie na szamańskim obliczu, dodał: – Naprawdę! Wygląda jak duży biały ptak, w środku siedzi człowiek i tym steruje…
Wieszczyk przerwał mu podniesieniem ręki, marszcząc brwi.
– Sterowany ptak, powiadasz..? Zaiste, da się to zrobić.. – uśmiechnął się powoli.
—
Mścigniewa nielicho zaskoczyło to, że już wieczorem Wieszczyk chciał się z nim rozmówić. Podobno coś obmyślił wraz z tą bandą nieudaczników.
Kniazia nadal cholera trzęsła na samo wspomnienie ich szamańskiego przyzwania i odkrycia, że się ani krztyny nie wyznają na wojennym rzemiośle. Tak bardzo był zawiedziony, że zaraz po wtrąceniu wszystkich do karceru zaczął poważnie rozważać poszukanie jakiejś wiedźmy, co by urokiem parszywym zbójców skutecznie wytrzebiła.
Gdy przywleczono Wieszczyka przed kniaziowski majestat, szaman, trzęsąc się cały, zwięźle przedstawił niezgorszy fortel. Mścigniew czoło potarł, zamyślił się i huknął groźnie:
– Kiej, durny! Soczewica? – widząc gniew władyki, Wieszczyk skulił się jeszcze bardziej. – Te psie juchy nie ruszą nawet soczewicy. Każę ci piwa beczkę dać, na to bez wątpienia się połaszą. Wnet was wypuszczę i do roboty! Pomnijcie jeno, że straże będą miały was na oku.
Moment jeszcze Wieszczyk nie wierzył w nagłą zmianę tonu. A gdy dotarło doń, że wszystko dobrze się układa, ukłonił się pospiesznie i w asyście dwóch drużynników wrócił do tiurmy.
—
Rankiem Mścigniew czuł, że tego dnia grasanci znów podejdą gród. Niezbyt wiedział, skąd miał takie przeświadczenie: czy przez fakt, że kilka dni panował spokój (więc rabusiom zapewne jadło się pokończyło), czy też z powodu krążącej nad grodziskiem chmary kruków, jakby wyczekujących uczty na świeżych trupach.
Wieszczyk i harcownicy rozsiedli się w samiuśkim środku grodu. Szaman drzemał oparty o beczkę piwa, a chłopaki cicho przycupnęli dookoła. Znać było po nich nerwowe wyczekiwanie.
– Kra! Kra! – rozległo na nagle i jeden z kruków, sfrunąwszy z nieba, wylądował na ramieniu Szamana, który naraz rozwarł oczy i wychrypiał: – Dajcie mapę.
Staszek podsunął szamanowi szkic grodu, który zastęp wykonał w nocy. Wieszczyk wskazał na planie, z której strony nadchodzi wataha i gdzie zdąża. Nacierała na północną część.
Zastęp raźno poderwał się na nogi. Trzech chłopa chwyciło za beczkę i zaczęło ją turlać we wskazanym kierunku. Reszta pobiegła przodem i już łomotała w odrzwia domostw północnego podgrodzia. Wieszczyk tymczasem ponownie zamknął oczy, a kruk wzbił się w powietrze.
Nie minął pacierz, a już antałek stał pod jedną z najbardziej wysuniętych na północ chat. Mieszkańcy uciekali z dobytkiem, kto ile wziąć dał radę, gdy zbójcy wpadli w obręb grodu. Jak zwykle uwinęli się chwacko – w okamgnieniu przetrzebili chaty, wynosząc jadło i dobytek. Szczęśliwie ich uwadze nie uszła i pękata beczka, a gdy któryś grasant sprawdził, że kryje ona w sobie przedni trunek, zaszpuntowali ją z powrotem i zgarnęli ze sobą.
Zastęp zebrał się ponownie wkoło szamana. Harcownicy drżeli z przejęcia i adrenaliny, ale i odczuwali nie lada satysfakcję z udanej akcji.
Po jakichś kilkunastu pacierzach kruk ponownie sfrunął na szamańskie ramię, a Wieszczyk (z trudem przekonując siebie, iż ma usta, nie dziób) przekazał, że ledwo grasanci skosztowali piwa, natychmiast się wszyscy pospali. Objaśnił też kniaziowskim wojom, jak odnaleźć ich leśną kryjówkę, a drużynnicy ochoczo wyprawili się po sprawiedliwość.
—
Mścigniew nie posiadał się z radości.
Nie tylko ataki ustały (trudno, by nadal trwały, gdy grasancka szajka obecnie zdobiła szubienice przy bramie do grodu – ku przestrodze), ale i odzyskano zrabowany dobytek (rzecz jasna, co zbóje zjedli, to ich; a wkrótce i dzikich psów, gdy drużynnicy zdejmą truchła z dusienic i rzucą w lesie).
Jako że kniaź był słowny, to puścił wolno szamana i harcowników zastęp, zwróciwszy wszystkim skonfiskowane mienie. W przypływie szczodrości nawet obdarował harcowników pośledniejszymi mieczami, co wywołało u nich zachwyt i uciechę na myśl o, jak to nazywali, „ekstra punktach dla zastępu za rekwizyty obozowe”.
—
Wieszczyk nie posiadał się z radości.
Właśnie wrócił do swego obejścia po odesłaniu harcowników do ichniejszego czasu. Teraz w spokoju przyjrzał się swojej szamańskiej lasce.
A właściwie nie swojej. W zamieszaniu towarzyszącym rytuałowi odesłania zamienił się na laski z Michałem. Były bardzo podobnej długości, obie opalone na końcach. Jedyną większą różnicę stanowił napis na górze: szaman pogładził palcem wypalone litery, składające się w słowo „Puszczyk”. Ciekaw był, kiedy biedny harcownik się zorientuje, że obecnie posiada laskę podpisaną „Wieszczyk”.
Szaman zatarł ręce. Laska harcownika miała na sobie wypalone wiele runów w okręgach. Dużo więcej, niż Wieszczyk wcześniej umieścił na swojej. A to oznaczało znaczniejszą moc. Do tego te niesamowite więzienne opowieści harcowników… Wynikało z nich, że w swym świecie całkiem gładko zawładnęli siłami przyrody.
Wieszczyk złapał solidnie lagę i, skierowawszy jej koniec na stertę chruśniaku, wymamrotał ogniste zaklęcie.
Chwilę później bór przeszył gromki jęk zawodu, po którym nastąpiła seria wymyślnych przekleństw.
—
Cała drużyna zasiadła już wokół ułożonego stosu ogniskowego.
Drużynowy powstał. Nie było tego po nim widać, ale w duchu nie mógł się już doczekać zobaczenia scenek dotyczących gry w podchody. Miał nadzieję, że wreszcie się wyjaśni, skąd zastęp Lisów nagle stał się posiadaczem sześciu żelaznych mieczy, i gdzie się podziewali przez dobry dzień. Było co prawda możliwe, że tak dobrze zamaskowali swój „gród”, że nikt nie był go w stanie znaleźć, ale dlaczego sami nikogo nie podeszli?
– O rozpalenie dzisiejszego ogniska poproszę druha Michała Malicha.
Zastępowy Lisów powstał, podniósł swoją laskę skautową i podszedł do drużynowego. Ten wyciągnął ku niemu pudełko zapałek, którym zagrzechotał, by przypomnieć, że w środku jest tylko jedna zapałka.
Michał uśmiechnął się tajemniczo i ku zaskoczeniu drużynowego odsunął od siebie pudełko. Podszedł do stożka ogniskowego.
A potem nagle uniósł laskę skautową i skierowawszy jej koniec na drewno, zakrzyknął krótko.
Z zakończenia laski bluznął strumień ognia, momentalnie rozpalając do białości najgrubsze polana. Po chwili płomienie pociemniały i oto paliło się normalne ognisko.
W nagłej ciszy, w której słychać było jedynie trzaski płonących gałęzi, Michał wrócił na swoje miejsce. Uśmiechał się łobuzersko, czując na sobie zdumione spojrzenia druhów.
– „Już rozpaliło się ognisko…” – zaintonował, usiadłszy.
Ale po prostu nie mógł się doczekać zazdrosnych min innych chłopaków, gdy jutro pokaże, jak jednym ruchem laski skautowej ścieli wszystkie prycze w namiocie.
Jacek Tomaszewski HO
PS
Te trzy słowa to: aeroplan, soczewica, kra.
Mam nadzieję, że wybaczona mi będzie rozwlekłość tekstu, ale jakoś wszystko tam pasuje i nie byłem w stanie niczego wykreślić.

3 komentarze
Myślę że dla zwiększenia sobie poziomu trudności (bo widać że takie artykuły dla ciebie to bułeczka z masłem, co jeden to lepszy) mógłbyś zrobić jakąś logiczną serię opowiadań opartych na „trzech słowach” np. wspólni bohaterowie.
Zapewniam że to zwiększy ciekawość…
przepraszam że tak porównam, ale dzięki czemuś takiemu staniesz się jak dobry serial, wszyscy będą nie mogli się doczekać następnego numer myśląc tylko o tym co się tym razem wydarzy panu Waldkowi spod 5 czy też pani Wiesi z naprzeciwka.
taka propozycja z mojej strony.
Nie, to już (na razie) koniec historii o Mścigniewie.
Ale niewykluczone, że jeszcze kiedyś kniaź zagości na łamach 3 słów.
Co ty chcesz wykreślać ja ile razy czytam twoje opowiadania to liczę na to że się nie skończą a przynajmniej zajmą jeszcze kilka stron.
zawsze koniec przychodzi zbyt szybko.
Będzie dalsza część?